środa, 20 czerwca 2018. Imieniny Bogny, Rafaeli, Rafała

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 60

„Olimp w ogniu”, „Świat w płomieniach”, a mnie jest kuźwa ciągle zimno!

(21.09.2015, poniedziałek, godz. 9:15)
Nowy dzień to zawsze nowe możliwości, aczkolwiek te w mojej sytuacji wydają się dosyć ograniczone z racji padającego wciąż deszczu. A taka sytuacja ma nie ulec zmianie w ciągu kilku najbliższych dni, co jest szalenie zabawne bo ani zbierania, ani żadnych sesji zdjęciowych się raczej zrobić nie da. No chyba że tematem przewodnim moich fotografii będzie „Szwecja w deszczu”, a popstrykam sobie kałuże, ot takie zdjęcia artystyczne. Na zbiory też się chwilowo jakoś nie palę, a to z powodu przeziębienia, które coraz mocniej zaciska swoje lodowate szpony na moim gardle. A propos dłoni, jak dobrze jest je choć przez chwilę ogrzać, a choćby i w nagrzanym piekarniku, wręcz szkoda że nie mieszczę się w nim cały. Grzeję kolejną porcję tostów. Tak, tych samych co ostatnio, z cebulą, czosnkiem, szynką i serem. Grunt że zjadliwe, a i nie marnuje się jedzenia. A wracając do mojego zimnego pokoju na szwedzkim, nieczynnym już skupie to rano wypytałem Ewę jakie nazwy ma jagoda i borówka w ich języku, jakie są orientacyjne ceny i czy zarobię od kogoś pałą jak się z moim „kramikiem” ustawię pod sklepem. Ewa mówi, że ona się tu szarpać nie będzie, tylko weźmie borówkę ze sobą do Polski, gdzie sprzeda ją bez problemu w podobnej cenie. Fajnie, tylko że jak ja mam w planach upchanie w bagażniku stołu, że o fotelu nie wspomnę, to już nie ma szans abym upchał w nim jeszcze skrzynki z borówką. Przestało padać, wybieram się do Konsuma, naprzeciwko jest stacja benzynowa gdzie też mnie „oczekują” bo po moich wycieczkach po fotel Dziadek się trochę opił. A w sklepie kupię nożyczki i spróbuję dojść z tą moją brodą nieco do ładu. Super, wiem już na co wydam pieniądze których jeszcze nie zarobiłem. Próbowaliście kiedyś przycinać brodę nożyczkami do paznokci? A to polecam, najlepiej jeszcze takimi, które jeden włos tną, dwa kolejne przy okazji wyrywając. Rozkoszne. Po południu przyjechał dostawczak po ostatnią już w tym roku tonę borówki, więc pomogłem trochę pani Ani w załadunku. Wspomniała mi, że musi w sklepie kupić kilka rzeczy a ja zamierzałem kupić przecież nożyczki. Po skonsumowanych na obiad flaczkach zbieram się do auta, ale widzę że przednie koło Dziadka jakoś mocniej siedzi w trawie. Dziwne, bo parkując wcale nie czułem abym wjeżdżał nim w błoto. Dobrze, pojechaliśmy na szybkie zakupy, po drodze zahaczając o mój „ulubiony” komis z wagą, tradycyjnie zresztą zamknięty. No ale miałem niebywałą okazję poznać kolejnego, drugiego już z trzech kotów właściciela. Zakupy zrobione, wracamy do auta. Patrzę, patrzę, a Dziadek koślawy. No cóż by innego? Uśmiecha się do mnie radośnie flak na przednim kole. Przy szklance do połowy pełnej powiedziałbym, że całe szczęście iż ten flak nie przytrafił mi się w głębokim lesie, lub (o zgrozo) w drodze do Polski. Co mógłbym powiedzieć przy szklance do połowy pustej? – A niech to szlag trafi! – kopię w koło. Jakbym miał za mało problemów a za dużo pieniędzy. Teraz jeszcze muszę zapłacić za oponę, a przecież wiosną kupiłem nowe. Nie ma co biadolić, trzeba się brać za wymianę koła na dojazdówkę. Zdejmuję kołpak, podnoszę auto na lewarku, próbuję odkręcać śruby a tu się okazuje, że klucz który posiadam jest za duży i nie łapie śrub. Jak to możliwe spytacie? To bardzo proste, osoba sprzedająca mi w grudniu auto zapewne wrzuciła ten klucz na odczepnego, a ja nie sprawdzałem, bo kto kupując samochód sprawdza czy przypadkiem klucz pasuje do śrub przy kołach. Zonk. A że nie miałem jeszcze okazji wymieniać w nim koła, to nawet o tym nie wiedziałem. No to się dzisiaj dowiedziałem. Trzeba załatwić odpowiedni klucz. Pytam jednej parkującej pod sklepem Szwedki, nie posiada, pytam drugiej , trafiony zatopiony. No ale przynajmniej w oczekiwaniu na zwrot klucza mogła sobie kobiecina spokojnie zapalić. Naprawdę nie wiem o co chodzi, ale wzbudziliśmy na parkingu niemałą sensację, bo kto by nas nie mijał ten się nam przyglądał. Czyżby Volvo nie łapało nigdy flaka? Nawet jakaś stara Tajka o kruczoczarnych włosach splecionych w warkocz uśmiechając się przyglądała uważnie w drodze do sklepu. – A żeby cię tak w tych obrotowych drzwiach zacięło – cedzę przez zęby również uśmiechając się do niej równie szeroko. Na dojazdówce wróciliśmy spokojnie do skupu, i już nie miałem kompletnie ochoty by się gdziekolwiek ruszać. Jutro rano pojadę coś zrobić z tą oponą, a potem pojadę naskrobać Kasi 30 kg borówki na które dała mi zamówienie (huraaa). No i oczywiście nazrywam też dla siebie by mieć co sprzedawać z auta. Kartki z nazwami wypisanymi wielkimi wołami już gotowe (borówka to „lingon” a jagoda ma znaki „świętości” więc sobie jej nazwę podaruję), które to kartki przykleję na szybę. Najpierw jednak należy uzbierać nieco towaru, a tu pada, i zimno, i flak, i przeziębienie. Nie poddam się, to już ostatni wysiłek i do domu. Woreczki kupiłem, szkoda tylko że nie udało mi się kupić tej wagi, bo bym mógł od razu ważyć w aucie. Ale zawsze mogę poważyć i popakować w woreczki jeszcze na skupie. Ostatni tydzień … (21:10) „Olimp w ogniu”, „Świat w płomieniach”, a mnie jest kuźwa ciągle zimno!
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)