Sobota, 20 października 2018. Imieniny Ireny, Kleopatry, Witalisa

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 59

O życiu ludzi i życiu sprzętów.

(20.09.2015, niedziela, godz. 8:15) Dzień 59
Kotbulary. Są to takie małe, okrągłe kotleciki przypominające miniaturowe mielone, z mięsa mieszanego o ile dobrze zrozumiałem, a tłumaczono mi to kiedyś w sklepie. Lepiej ich też nie przypalać choćby pisząc w trakcie smażenia czy resetując tablet do ustawień fabrycznych. Kiedy się podpiąłem pod sieć Artura, zupełnie zwariował, instaluje jakieś bzdury, blokuje ekran, wchodzi na strony porno, wiesza się. Cuda wianki, krótko mówiąc . Ustawienia fabryczne, super, tylko wracając do ustawień fabrycznych wykosiło mi również zainstalowane aplikacje , a po uruchomieniu powitał mnie znajomy ekran blokady. Ale wciąż walczę. Powoli dochodzę z nim do ładu, zajadam kot-bulary (że niby z kota?) i łykam kawę. Nie było by ciśnienia, gdyby nie prośba Stanisława o upewnienie się co do godziny wypłynięcia do Polski promu. „Ale czy aby na pewno 19:00 ???”. Nie chciałem aby to wyglądało tak, jakbym nie chciał mu pomóc, zostawił mi przecież trochę żarcia którego nie chciał wieźć ze sobą do domu. A tu mi nawet przeglądarki nie chce otworzyć. Poradziłem Stachowi, że w ostateczności sprawdzi tę godzinę promu u Kasi, kiedy pójdzie rozliczać się za pobyt. Za tydzień sam pewnie uświadomię sobie definitywnie nieuchronność powrotu. Że będę tęsknił, to tego jestem pewien, ale czy dane mi będzie stawić się tu za rok, tego nawet najstarsi norwescy górale nie wiedzą. Kotbulary, zdecydowanie w taki ziąb, kiedy nocą były tylko 4 stopnie, lepiej smakują podgrzane. Chociaż mój współlokator zajadał się zimnymi i też bardzo je sobie chwalił. Wymieniłem u niego przed chwilą jeszcze tylko 100 koron na ich norweską odmianę, bo jak już wielokrotnie wspominałem, zamierzam poszukać swoich rybek, a jak nie znajdę to się obkupię w konserwy, które tu mają bardzo smaczne, o czym przekonałem się organoleptycznie pałaszując niedawno makrelę w pomidorach. Po powrocie do Polski czeka mnie kolejna walka ze sprzętem, bo przecież tuż przed wyjazdem padł mi dysk w Booklecie 3G Nokii, zatem po wymianie czeka mnie radosny dzień instalacji wszystkiego od nowa. „Baranie jaja” jak zwykłem już mawiać na Kotbulary zjedzone, z netem też powoli dochodzę do ładu, pora zatem zbierać się na pole, bo żarty się skończyły. No niestety nie udało mi się połączyć ze Stena Line, u Kasi sprawdzą to bez najmniejszego problemu w przeciągu minuty, sorry Gregory (znaczy Stachu). Dziś Katarzyna ma zadzwonić w sprawie tego fotela którego mam już naprawdę powoli serdecznie dosyć, mimo że nie mam go przecież wcale. Kto wie, może dziś ponownie czeka mnie kurs do Torsby, już ja sobie odliczę ten kilkukrotny dojazd od ceny fotela, a niech tylko spróbują mi nie dać rabatu. Był to całkiem interesujący dzień, tylko od czego tu zacząć? Może od tego, że zbierając dziś między godziną 10 a 18 zebrałem 54 kilo. Tak jak zapowiedziałem, wziąłem się ostro za zbieranie. Inna sprawa, że mając niezłą miejscówkę zadanie jest jednak znacznie łatwiejsze. Gdybym tylko jutro naszarpał jakieś 80 kg, to w ciągu 2 dni zarobiłbym 1000 koron, co jak na naturszczyka stanowiłoby wprost rewelacyjny wynik. A może zacznę od tego, że Staszek przed swoim wyjazdem jeszcze raz zajechał na skup, z prośbą bym ustawił mu JEGO nawigację którą widziałem pierwszy raz na oczy, by go zaprowadziła do Karlskrony. Już ja ci ustawię trasę, czekaj no! Przyznaję, miałem ogromną ochotę wysłać go do domu (Podlaskie) trasą przez Wyspy Owcze, no ale zostawił mi przecież trochę swojego jedzenia, okazałem mu zatem mą litość. Mogę też zacząć, że Kasia dodzwoniła się wreszcie do tego nieszczęsnego lopisu w sprawie mojego nie mniej nieszczęsnego fotela, okazało się że gdzieś tam pojechali, a będą za tydzień między 11:00 a 16:00. Fotela jeszcze nie sprzedali, i całe Uli szczęście, bo już jej zapowiedziałem, że jak go nie kupię to ją gołymi rękoma zaduszę jak kurczaka . To oczywiście żart, bo wymyśliłbym coś znacznie dłuższego i dużo bardziej bolesnego. No bo kto mi niby poradził – „Zdążysz jeszcze ten fotel kupić” hę?! Naprawdę nie wiem od czego zacząć, wiem za to doskonale na czym skończyć. Około godziny 21-ej słyszę pukanie do drzwi. Kasia przyszła oznajmić, że dziś był ostatni dzień skupu borówki i w zasadzie nie ma już sensu zbierać, bo nie będzie gdzie tego sprzedać. Jak na osobę która dopiero nabrała wprawy i właśnie zaczynała się rozkręcać, możecie sobie wyobrazić jak mi to „podcięło skrzydła”. Koniec skupu? Teraz? Kiedy ja przez ten tydzień zamierzam odbić się finansowo? No ale tak łatwo się nie poddam, a jak będzie trzeba to stanę z moją borówką choćby i pod sklepem. Borówka wytrzymać może spokojnie i 5 dni, z jagodą jest już nieco krócej. Porozmawiam jutro z Ewą, bo coś mi się zdaje, że znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Kupię w loppisie wreszcie tę wagę (tak, dlatego właśnie już wcześniej chodziła mi po głowie), w sklepie woreczki, walnę kartkę z wielkimi bukwami po Szwedzku (jagodaaaa!, boróóóówkaaaa! Komu?! Komu?!), ustawię się w jakimś strategicznym miejscu zobaczymy co z tego będzie. A co mam niby zrobić, czekać przez tydzień na prom przejadając swoją żałosną kwotę którą zgromadziłem? O nie, to ostatni tydzień i zamierzam go wykorzystać maksymalnie! Nie tak łatwo mnie złamać! Poza tym muszę przecież zarobić na swój fotel. Na obiado/kolację zrobiłem tosty, a nawet dwa talerze tostów. Można nawet powiedzieć, że to taki rodzaj szwedzkiego stołu, bo zmiotłem dosłownie wszystko co na tym stole było. Dokończyłem zatem chleb, ser, cebulę, szynkę czy czosnek. Na podobnych zasadach przecież wymyślono kiedyś sos putanesca czy choćby pizzę. Wiele zresztą było takich kulinarnych pomysłów, by wykorzystać żywność która pozostała. I dobrze, tyle jedzenia się wyrzuca a są ludzie którzy głodują. Uważam zresztą, że to nie gospodarstwa domowe marnotrawią w największym stopniu jedzenie, a czynią to wszelkiego rodzaju hotele za sprawą swoich szwedzkich, tak szwedzkich właśnie, stołów. Sprowadza się to zresztą do konsumpcyjnego stylu życia, czyli w bardzo umownym skrócie zarabiam – wydaję, a wam wara od tego co robię z moimi pieniędzmi. Firmy przy pomocy reklam w telewizji hodują sobie takie wydające jedynie pieniądze, bezmózgie „warzywa”, w których widzą jedynie słupki przychodów. A człowiek, mamiony wizją szczęścia które zapewnić ma mu kolejny, zakupiony przedmiot, kupuje go w nadziei że tak się rzeczywiście stanie. Lecz tak się nie stanie. Przez chwilę faktycznie czuje radość, ale i tak wcześniej czy później dotrze do niego, że jest to jedynie kawałek plastiku bez duszy, trochę szkła, czy metalu. Nowy telewizor, najnowszy telefon czy mebel. Pracuje więc coraz więcej aby zdobyć pieniądze na kolejne przedmioty, które w jego mniemaniu wypełnią pustkę w nim narastającą. Myślałem o tym już od jakiegoś czasu i doszedłem do wniosku, że tak właśnie może wyglądać zaprzedawanie własnej duszy. Brzmi niedorzecznie? No to zastanówmy się nad tym choć przez chwilę. Czas który spędzasz w pracy, to godziny twojego życia które niejako inwestujesz, czy raczej poświęcasz za swoją comiesięczną gratyfikację pieniężną w postaci pensji, oraz późniejszej emerytury którą i tak się zapewne zbyt długo nie nacieszysz. Sam fakt, iż człowiek łoży przez całe życie swoje pieniądze, by potem przy pomocy jakiegoś algorytmu wyliczono mu na odczepnego procent w postaci ochłapów działa nad wyraz motywująco. Ale nie odbiegajmy zanadto od wątku głównego. Czyli poświęcasz jakiś ustalony czas swojego życia za pieniądze. Tak to już jest urządzone i absolutnie nie zamierzam tego negować. Pracujesz przecież by godnie żyć, by zarobić na rodzinę, samochód, mieszkanie i drzewo. Czas, który mógłbyś poświęcić na przebywanie z bliskimi, poświęcasz swej pracy. Na chleb zarobić trzeba, ale czy naprawdę jest ci niezbędny do życia większy dom , nowy samochód czy najnowsza wersja smartfona? Czy te dni, miesiące, lata twojego życia naprawdę warte były tych przedmiotów? Bo nie płacisz za nie wcale papierami, miedzią ani innym kruszcem, płacisz czasem swego życia który to czas przemija bezpowrotnie. I zrozum to wreszcie! A w pracy spędzasz to życie przecież z różnymi ludźmi, których mniej lub bardziej lubisz. Niektórych nie znosisz, niektórych ledwie tolerujesz, no ale wciąż szukasz kompromisów bo przecież zależy ci na tej pracy a nie chcesz być wzięty za jednostkę konfliktową i aspołeczną. Trzeba się dostosować, nagiąć, zacisnąć zęby i uśmiechać do osoby której chciałbyś dać w mordę. Pół biedy jeszcze, jeśli jest to współpracownik, sytuacja komplikuje się znacznie bardziej, kiedy musisz znosić niekompetencje, złośliwość i chamstwo przełożonych. Ale znosisz, nie chcesz przecież zostać bezrobotnym, prawda? Praca cię zmienia, ludzie którzy cię w niej otaczają cię zmieniają, coraz mniej już jesteś sobą. W zasadzie zastanawiasz się, czy kiedykolwiek sobą byłeś. Przestaje mieć znaczenie co jest białe a co czarne, bo coraz częściej uzależnione jest to od konkretnej sytuacji. Niektórzy zdolni są do podłości, plotek, donosicielstwa, byle tylko poprawić swoje status quo i być spokojnym o swoje miejsce pracy. A może po prostu rodzą się już z takimi predyspozycjami? I chociaż powracasz do domu, to myślami wciąż jesteś w pracy, nie potrafisz po prostu zabrać stamtąd swojej „głowy”. Uśmiechasz się tylko zdawkowo i już czekasz na kolejny dzień, by jak najszybciej powrócić do przerwanych czynności. Jeszcze tylko jeden tydzień, miesiąc, rok, i odpoczniesz. Jeszcze tylko ten jeden ostatni projekt i już więcej czasu będziesz mógł poświęcić rodzinie. I tak do następnego projektu, który twoje plany zepchnie nieco w przyszłość, bliżej nieokreśloną przyszłość, bo jesteś przecież niezastąpiony. Nikt nie zrobi tego lepiej od ciebie, a jak się taki trafi, to siłą rzeczy staniesz się zbędny. Prawda? Trzeba więc pracować więcej, wykazywać się bardziej, uśmiechać szerzej, bo jak zrobisz coś nie tak to zastąpią cię bez mrugnięcia okiem. A ty doskonale zdajesz sobie przecież sprawę, że na twoje stanowisko wiele osób ostrzy sobie zęby. Młodszych, sprytniejszych, mądrzejszych. Jesteś w stanie pracować dłużej, ciężej, bardziej, w zasadzie to nawet nie musisz wracać do domu, bo przecież w pracy tyle osób na ciebie liczy i tyle jeszcze rzeczy jest do zrobienia. A ty po prostu nie możesz zawieść przełożonych którzy ci zaufali i obdarzyli odpowiedzialnymi zadaniami. Wszystko schodzi na dalszy plan, nie ma już nic ważniejszego od pracy, reszta może poczekać. A kiedyś przyjdzie refleksja, że zostałeś przemielony i wypluty. I że nie masz w zasadzie do czego wracać. Że gdzieś ci umknęło dorastanie twoich dzieci, śmierć bliskich którymi nie zdążyłeś się nacieszyć i wyrazić jak wiele dla ciebie znaczyli. Nie jest wcale tak, że twierdzę iż praca to zło, bo tak nie jest. Nie możesz po prostu przekroczyć pewnej granicy, za którą nie będzie już nic. Nie traćcie ducha i starajcie się o ile to tylko możliwe pozostać sobą, choć wiem że nie każdego stać na taki luksus. Powiem więcej, swoją indywidualność chrońcie niczym skarb największy, bo to właśnie dzięki niej będzie was można odróżnić pośród milionów identycznych ludzi, niczym na spotkaniu pracowników korporacji. No a skoro o ratowaniu duszy śpiewa Dezerter czy 30STM, to i ja chyba mogę o tym napomknąć. Kiedyś staniesz przed wyborem, i obyś tej chwili nie przegapił. Będziesz musiał podjąć decyzje, i obyś wybrał mądrze. A więc pamiętaj, że wyciągając portfel by zapłacić za jakąś kompletnie ci niepotrzebną rzecz, to tak naprawdę płacisz swoim życiem. Właśnie kończę oglądać na TVN7 „Mrocznego rycerza”, czyli moją ulubioną część z trylogii Nolana o netoperku. Ulubioną chyba za sprawą fenomenalnego Jokera . A „już za chwileczkę, już za momencik” zacznie się na TVN „Oszukać przeznaczenie 3”, który również chętnie sobie obejrzę. Nie jest to żadne tam wiekopomne dzieło, ale miło mi się kojarzy . Film się zaczyna, starczy już tego pisania na dziś. Kiedy rozmawiałem z Johnem na basenie, to spytałem w żartach nawiązując do szalejących w wodzie bez wytchnienia dzieciaków – Skąd one czerpią tę niespożytą energię? – Nie wiem – przyznał się szczerze ze śmiechem Szwed – ale ten kto to odkryje, będzie bardzo bogatym człowiekiem. – No to się muszę nad tym poważnie zastanowić – skwitowałem. Mam zatem jeszcze tydzień na wiekopomne odkrycie i stanie się bogaczem.
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)