Niedziela, 19 sierpnia 2018. Imieniny Emilii, Julinana, Konstancji

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 58

O tym, jak zaskakujące i przewrotne bywa życie.

Dziś bezdeszczowa sobota, a zatem dzień radosny. Dzień zdobycia „Świętego Graala” i cieszenia się nim przez krótką chwilę, by ledwie uciszywszy swój apetyt, zapałać jeszcze większym głodem i ruszyć na poszukiwania kolejnego. Rzeczy, która będzie mobilizować i dodawać sił. Rzeczy która doda nutkę oczekiwania i braku spełnienia niczym założenie niewygodnych butów. Zgodnie z przewidywaniami kolacji wczoraj nie jadłem, wypiłem za to dwa kilkuprocentowe „siuśki” i oczywiście wstawałem kilkukrotnie w nocy. Naprawdę zaczynam już z wolna tęsknić za szkocką. „Olimp w ogniu”, oprócz kilku scen ataku na Biały Dom oraz brutalnych, naturalnych do bólu scen zadawania przez Butlera ciosów wiele swym powstaniem do kinematografii nie wniósł. Aż dziw bierze, że ktoś jeszcze korzysta z tych wałkowanych już wielokrotnie schematów, czyli przypadkowy i samotny bohater na terenie opanowanym przez wroga oraz jego znacznej, liczebnej przewadze. Ile już razy to wałkowano, we wszystkich częściach „Die Hard”, „Nagłej śmierci”, „Liberatorach”, oraz setkach innych których w tym momencie nie pamiętam i nawet pamiętać nie chcę. Myślę, że ocena 5 gwiazdek którą dam na Filmwebie będzie i tak bardzo optymistyczna, no chyba że ci się takie schematy jeszcze nie znudziły, bo wtedy dodasz do mojej oceny zapewne jeszcze ze 2 gwiazdki. Ostrzyłem sobie zęby na kolejny film i nie zawiodłem się. „Operacja Argo” to film ciekawy, a Ben Affeck okazuje się całkiem dobrym reżyserem, wciąż rozwijającym swój warsztat. Uwolnił się od stereotypu ładnego chłopca Hollywood, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu, a który to jednak nie może się powyżej tego poziomu wznieść. A więc film zrealizowany sprawnie, może miejscami napięcie było budowane w nieco naciągany sposób, ale film spokojnie broni się na 8 gwiazdek. Rada Dziada. Kiedy podgrzewacie w piekarniku tosty, to raczej nie róbcie wtedy nic absorbującego uwagę, typu choćby notowanie w zeszycie swoich spostrzeżeń. No chyba że dysponujecie bardzo mocnymi zębami, tudzież młotkiem w podorędziu. A najlepiej jednym i drugim. Staszek nakosił wczoraj 100 kg borówki, ale jeździ bardzo daleko. No ale przynajmniej wie po co jeździ i nie musi szukać, bo ma przecież swoje miejscówki. Ja dziś za punkt honoru postawiłem sobie zebranie 50 kg . Daję sobie zatem godzinę na każde 10 kg, co jest wynikiem bardzo stonowanym, bo jeśli trafi się na tłuste kępy to spokojnie wystarczy połowa zamierzonego czasu do napełnienia wiadra. No ale są też przecież momenty słabsze, gdzie trzeba łazić
i szukać, kręcić się i niuchać. A wtedy już tak kolorowo nie jest. Będzie dobrze, jeżeli na każde pełne wiadro wystarczy godzinka. Kończę śniadanie, myje paszczękę i wyruszam. Nawet przecież jeśli zacznę zbierać od 9, to do 14-ej mieć będę te moje 50 kilo, a co za tym idzie 400 koron które dołożę do wczorajszego urobku, i będę mógł jechać po mój fotel z nadzieją, że te sto koron jeszcze utarguję. Loppis jest otwarty do 16-ej, więc spokojnie powinienem zdążyć przejechać te 80 km, gdybym wyjechał po 14-ej. Kupię, usiądę, po czym stwierdzę, że było wariactwem tak się na niego nakręcać. Po drodze do Torsby , chciałbym zatem jeszcze korzystając z okazji pomyszkować po okolicznych lasach, by poszukać miejscówek na kolejne dni, bo tak jak zapowiedziałem, biorę się ostro za zbieranie. Lampka solarna świeci całkiem sprawnie, tylko światło nie jest białe, a raczej seledynowe. No ale wygląda na droższą niż była w istocie (po przewalutowaniu było to jakieś 10 złotych). Dokupię jeszcze kilka. Stanisław ma dziś ostatni dzień zbierania, bo jutro wyjeżdża, no a przynajmniej tak twierdzi. A że potrafi zmieniać zdanie szybciej nawet niż niektórzy zdążą pomyśleć, trzeba do tych planów podchodzić z lekką rezerwą. Nie jestem co prawda pewien czy może on się w tej konkurencji mierzyć z Heńkiem, który podobno już dawno wrócił do Polski, ale też nie zamierzam organizować zawodów. Miło się z wami pisze, słuchając w tle „30STM” („Love, Lust, Faith + Dreams”) no ale pora się zbierać, by zarabiać grubą kasiorę. A kolejne zdanie zapiszę już zapewne siedząc w moim czarnym, skórzanym i niesamowicie wygodnym fotelu. (20:45) Miałem pojechać wcześniej aby wcześniej zacząć zbierać i przez to zebrać więcej przed wyjazdem po fotel? Pojechałem. Czy zacząłem dzięki temu sprytnemu zabiegowi zbierać wcześniej? Ależ skąd. Wszystko przez mgłę, która z wolna wyłaniała górskie szczyty nad jeziorem, a ja wprost nie mogłem się powstrzymać przed robieniem zdjęć. Zacząłem więc zbierać dopiero po 10 rano. No ale do 14-ej zebrałem niemal 30 kg, czyli nie tak najgorzej. Właśnie spostrzegłem że chyba po każdej ilości zebranej borówki/jagody piszę że nie jest to wcale zły wynik, to się dopiero nazywa neurolingwistyczne programowanie . Szybko się przebrałem, by już po 14:30 wyruszyć pędem do lopisu gdzie miał być mój fotel. Miał być, to jest właśnie to słowo klucz które jest tutaj (jak przystało na słowo klucz) kluczowe. Mój zadek mościł się już na nieco wyślizganej skórze, plecy zapadały w luksusie, ramiona leżały luźno niby na lwich grzbietach. Rozprostowując nogi sprawiam, że rozsuwa się podparcie nóg tworząc prowizoryczne łóżko, a mnie jest tak wygodnie, że bez problemów mógłbym zamknąć oczy i zapewne momentalnie zasnąć. Czy coś mogło pójść nie tak? Oczywiście, jedno z podstawowych praw Murphy’ego głosi, że jeśli tylko coś może pójść nie tak, to na pewno tak właśnie będzie. Trasę pokonałem w około 40 minut, bo komis miał być przecież otwarty do 16:00. Na miejscu byłem więc ok. 15:40 i … mogłem pocałować szlaban. No to już jest przegięcie, bo przecież drugi raz macham niemal 200 km w obie strony i drugi raz na darmo. Super, dzień stracony, a mogłem w tym czasie przecież zbierać dalej borówkę. Zapisałem sobie numer telefonu widniejący na drzwiach, by po powrocie poprosić Kasię o wywiedzenie się w temacie, czy ktoś tam w ogóle kiedykolwiek pracuje. Wymyśliłem, że skoro już jestem w Torsby, to zajadę do second handu który podczas naszej wizyty z Jarkiem był zamknięty. I nie zgadniecie. Pewnie że był zamknięty, to znaczy był otwarty, ale tylko do 14:00. Są czasem takie dni, że lepiej nic nie próbować załatwić. No szlag mnie po prostu trafi! Ale Dziadek to musiał coś czuć w kościach, bo kiedy się zbierałem do wyjazdu po fotel, to zaciął się zamek w bagażniku i musiałem borówkę wyciągać przez tylne drzwi. Myślę sobie, skoro nie otworzę klapy, to przecież nie będę mógł zapakować fotela do bagażnika, więc może lepiej będzie jechać jutro? Ale zaraz potem pojawiła się kolejna myśl, że jak już ten fotel kupię, to spokojnie pokombinuję na miejscu i jakoś tę klapę przecież w końcu otworzę. Co ja gadam, jak Dziadek zobaczy jakie cudo kupiłem, to sam paszczę z wrażenia rozdziawi! Szkoda że nie pomyślałem, że będę mógł na tym fotelu normalnie do Polski zajechać. Niestety. Popstrykałem trochę zdjęć w Torsby bo mają tam fajną tamę, chociaż nic tam mnie jakoś specjalnie nie zachwyciło, może gdybym odwiedził tamtejsze muzeum Ford’a, albo chociaż loppis? Pora wracać na skup. Jadę, patrzę, na niewielkiej górce loppis, widzę też że otwarty, bo na stole przed szopą leżą jakieś graty, polanka służąca za parking tuż obok. Skoro już jestem to zobaczę co tam mają. Wita mnie miła Szwedka, całkiem sprawnie operująca językiem angielskim. Pogadaliśmy trochę i dowiedziałem się wreszcie, że Szwedzi pozbywają się gratów z tak prozaicznego powodu, jak ograniczona przestrzeń w mieszkaniu. Poza tym są to rzeczy nie tylko jej i męża, ale też chociażby teściowej. Gdy spytała co porabiam w Szwecji to oczywiście pochwaliłem się że zbieram borówkę. Zaraz potem jednak dodałem, że robię też zdjęcia i bazgrzę książkę, jakby pierwsza odpowiedź była jakąś ujmą. Na pytanie czego dotyczy, odpowiedziałem zgodnie z prawdą zresztą, że jest o moich przygodach w Szwecji, tych prawdziwych i tych wymyślonych, pokroju rozmów z wężem, gangu zajęcy czy po prostu filozofowania na temat życia. Zdałem sobie nagle sprawę jak to musi dziwnie brzmieć, kiedy ktoś twierdzi że gada ze zwierzętami i pisze książkę, sam właściwie do końca nie wiedząc o czym. Niezły musiałem wprowadzić w jej głowie zamęt. A z tych jej „skarbów” to w zasadzie nic nie wpadło mi w oko, no bo przecież nie książki w języku szwedzkim, czy stara maszyna do szycia. Aż tu nagle widzę wiszące na ścianie dwa chińskie proporce, nieco w klimatach „Okami”. Teraz już po powrocie, mądrzejszy o przeczytane „Wyznań Gejszy” mogę nawet domniemywać, że bohaterka tej książki wspominała w niej właśnie o tym obrazie (na którym została uwieczniona) ale może sobie to jedynie wkręcałem podczas lektury, kiedy mój wzrok powędrował nagle na wiszące na ścianie obrazy i ujrzałem na nich Sayuri. Kiedy zaś ujrzałem je na ścianie loppisu miłej pani, wiedziałem po prostu że muszę je mieć. Pytam o cenę, myśląc głośno że mam nadzieję iż nie będą zbyt drogie. Pani szuka ceny na przedmiotach, jest, 30 koron za sztukę. Niby nie dużo, ale przecież mówimy o przedmiotach których ktoś się chce pozbyć, a skoro ideą jest spieniężenie gratów, to i cena nie może być przecież wygórowana. Majątek to nie jest, no ale dwie sztuki dają nam kwotę 60 koron. O tym wszystkim już jednak myślałem znacznie ciszej. Pani mówi że sprzeda mi za 30 koron … obie. – Dziękuję, jest pani bardzo miła – uśmiecham się. – Tak, wiem że jestem bardzo miła – nie mogła powstrzymać się od śmiechu pani „so kind”. Wróciłem do auta po portfel, wręczam pani banknot 100 koron , miła pani zaczyna wydawać mi resztę 20-kami. Jedna, druga, trzecia, co razem daje 60 koron, do pełni szczęścia brakowało już tylko 10. Skrobie w portfelu, skrobie, proponuję zatem – skoro była pani dla mnie tak miła, to umówmy się, że za oba proporce zapłacę 40 koron i na tych 60 skończymy wydawanie reszty. Po jej zaskoczonej minie wnioskuję, że jestem chyba jej pierwszym klientem, który chce zapłacić więcej niż powinien. No ale, o dziwo, przystała na moją propozycję. Podziękowaliśmy sobie serdecznie, pani życzyła mi powodzenia z moją książką, więc powiedziałem ze śmiechem, że może kiedyś będzie ją miała okazję przeczytać. Kto wie, kto wie … W międzyczasie pojawili się kolejni klienci, a ja miałem dzięki temu okazję pstryknąć zdjęcie. W zasadzie to już na dzień dobry zapytałem czy mogę jej kramikowi zrobić fotę, na co się zgodziła, zastrzegając jednak że bez niej (zupełnie nie wiem dlaczego) i zaczęła strategicznie zwiewać z kadru. Zapakowałem proporce i ruszyłem dalej, by przystawać przy co ciekawszej miejscówce, zrobić zdjęcie czy rozejrzeć się za borówką. Niestety, pomysł niezły tylko borówki jak na lekarstwo. Może gdzieś w głębi lasu, jakieś polany, wniosek jest jeden i wciąż ten sam, trzeba znać miejsca. Za to zdjęcia wyszły chyba prima sort, już się nie mogę doczekać przebierania na moim małym ekraniku w aparacie. Bo i dawno się nie napstrykałem tyle, co dzisiaj (przypominam o porannych mgłach). Siedzę sobie teraz przed telewizorem, pisząc te słowa, czy raczej notując myśli, zerkając też jednym okiem na film „Biegnij chłopcze, biegnij”, na który to zamieniłem „Smerfy” do których traciłem cierpliwość. Tak to jest, kiedy się nie ma gazety a zmieniać kanałów się zbytnio nie chce, bo baterie w pilocie padły. A moje proporce na ścianie obok telewizora prezentują się bardzo atrakcyjnie. Jutro rano Staszek wyrusza w drogę powrotną do Polski, bo prom odpływa o 19:00. W pierwszych dniach naszej znajomości wymyśliłem, że niezłym pomysłem będzie abyśmy wracali do Polski razem, potem jednak nasze relacje nieco się ochłodziły i mam mu już tylko do powiedzenia – szerokiej drogi Staszku! Ludzie przyjeżdżają wspólnie na zbiory, przyjaciele, rodziny, znajomi, czy obcy sobie ludzie którzy poznają się dopiero na miejscu. Jak to się dzieje, że wcześniej czy później nie mogą już na siebie patrzeć? Czy to kwestia dużej ilości czasu, który człowiek zmuszony jest ze sobą spędzić? No ale wtedy większość, o ile nie wszystkie małżeństwa by się pozabijały. Może jest to kwestia tak zwanego „syndromu biura”. Chodzi o to, że kiedy umieścimy dwie osoby
w niewielkim pomieszczeniu, możemy ich zachowania poddać chłodnej analizie. A te przejawiać się będą od początkowej sympatii, poprzez obojętność, aż po irytację, często na kończąc na jawnej wrogości. Zaczyna ci po prostu coraz bardziej przeszkadzać osoba siedząca nieopodal. Najbardziej jaskrawym przykładem jest chyba dojście do stanu irytacji przy „zbyt głośnym” mieszaniu przez nią cukru w herbacie. Przerabiałem i jedno i drugie. Pierwsze, kiedy chciałem „zamordować” Zibiego po jakimś czasie wspólnego mieszkania w przyczepie campingowej na szkockiej farmie. Drugie, kiedy kilka lat dzieliłem jedno biuro z koleżanką w pracy, kiedy to zaczynało mnie irytować dosłownie wszystko, od jej ciągłego mówienia o sobie i odbierania kilku telefonów (nie połączeń, połączeń na kilka telefonów) po ciągłe mówienie. W końcu musiałem nieco schamieć i zacząłem pracować ze słuchawkami na uszach, odcinając się od wszystkiego przy pomocy muzyki i koncentracji na pracy. To nie tak, że koleżanka była niesympatyczna, bo przy krótkiej rozmowie było bardzo miło. Lecz wspólne pomieszczenie staje się z wolna waszą celą, a wy zaczynacie się w nim dusić. Powinno się to chyba nazywać syndromem „osadzonego”? A zatem, drogi czytelniku, jeśli z uśmiechem na ustach jedziesz właśnie w gronie przyjaciół na zbiory, możesz być niemal pewien, że prawdopodobieństwo na przetrwanie waszej przyjaźni będzie z każdym dniem maleć. W zasadzie można to chyba nawet przyjąć za pewnik, bo nie takie przyjaźnie się kończyły, a ludzie rozstawali się w gniewie czy nawet nienawiści. Czy można cokolwiek zrobić? Chyba tylko być uczciwym wobec innych, a przede wszystkim wobec siebie. Trzeba też uważać, by nie powiedzieć słów które mówione w złości, nie dadzą się później cofnąć. Bo często bywa też tak, że po powrocie ze zbiorów ludzie znów wracają do swoich poprzednich, przyjacielskich relacji. Musimy też ich zrozumieć, bo znaleźli się gdzieś w obcym kraju, w obcej sytuacji, z dala od domu, próbują się odnaleźć niczym szczury w labiryncie, sami przecież nie jesteśmy inni. No i zostanę w moim pokoju zupełnie sam, ale skoro to już ostatni tydzień, to nie ma biedy. Poza tym mam telewizor, od groma kanałów na Cyfrowym Polsacie, Playstation 3 z „Fifą 2014” , tablet pełen filmów, Playstation Portable z grami (w tym „Fifą 2012”), myślę więc że może jakoś jeszcze ten tydzień pociągnę he he. Zresztą, mam przecież ambitne plany by od rana do wieczora kosić borówkę, bo przy Staszku wracającym ostatnio do skupu z ilościami idącymi w setki kilogramów to się można nabawić kompleksów. No ale tak to już jest, jak się ma swoje miejsca. Nic zatem dziwnego, że tylko szukał pretekstu do kłótni i rozdzielenia się. Można zatem powiedzieć, że mój przenikliwy umysł wszystko to odpowiednio rozszyfrował, co zresztą wcale aż takie trudne nie było. Nie rozumiem jedynie po co mi w ogóle głowę zawracał tym, że będziemy jeździć razem, kiedy byłem już w zasadzie dogadany z bratem Reni, o czym dobrze wiedział. No ale niech tam już zabierze tę swoją tajemnicę ze sobą do … Polski. Odzywamy się do siebie bo przecież dzielimy pokój więc nie ma się co wygłupiać. Pierwszy nawet zacząłem. Niby człowiek zachowuje się jakby wszystko było ok., ale gdzieś tam we mnie jest już jakiś dystans i ograniczone zaufanie. I nie zamierzam już tego w stosunku do Artysty zmieniać. Zimno mi jakoś, brrrr. Podziębiłem się czy co? Trzeba chyba ratować się grzańcem, no nie ma rady. To był całkiem fajny dzień, nawet bez mojego fotela.
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)