Czwartek, 24 maja 2018. Imieniny Joanny, Zdenka, Zuzanny

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 47

O tym, jak robić interesy życia na norweskim chlebie :)

Siedzę sobie wygodnie w zielonym fotelu, obok oświetla mnie stojąca na niewysokiej szafce lampa z zielonym, pękniętym kloszem, w rogu pokoju pochrapuje Staszek, a ja kreślę te swoje mniej lub bardziej logiczne zdania. Niedawno zrobiliśmy przemeblowanie według mojego pomysłu, a skoro nie tylko ja byłem z niego zadowolony, nie było chyba najgorzej. Sam pomysł przyszedł mi do głowy nocą, podczas jednej z wielu pobudek z zimna, które podstępnie zakradło się do naszego pokoju. Pomieszczenie zyskało
na przestronności, bo rozłożone na podłodze materace daliśmy pod ścianę, dosunęliśmy łóżkami, przesunęliśmy stół z krzesłami i teraz jest dużo więcej przestrzeni . Po burzy mózgów, wybraliśmy wyjazd na zbiory do Norwegii. Wyruszyliśmy około 9 rano, kawałek drogi trzeba było przejechać, na miejscu zebraliśmy po około 30 kg, szału zatem nie było ale i tak się cieszyłem, bo męczyłem zbieraniem jagód a nie łażeniem po polach czy ganianiem pod szlaban. Jutro zapewne uzbieramy przynajmniej dwa razy tyle, bo dopiero się rozkręcamy, trzeba też będzie wracać na mecz z Niemcami o 20:00. Jutro ma być ładna, słoneczna pogoda, więc będzie można zbierać do oporu. Na dziś natomiast zapowiadano deszcz i … padał deszcz, ale też przez kilka pierwszych godzin cieszyliśmy się że byliśmy sprytniejsi od tych, którzy z powodu deszczu jednak dziś nie wyjechali. No cóż, jednak nie okazaliśmy się aż tak sprytni, bo w końcu jednak lunęło i przemokliśmy do suchej nitki. Dobrze, że od Ewy dostałem rano nieprzemakalne spodnie, które nałożyłem na własne. No ale po krótkim czasie wyglądało to tak, że na plecach miałem bluzę mokrą od deszczu, a na nogach nieprzemakalne spodnie pod którymi lepiły się spodnie mokre od potu. Super, a jak fajnie telepało z zimna. Za to Staszek zrobił dziś interes życia. Posłuchajcie tylko jak się robi interesy życia. Zaproponował ludziom, że może im kupić w Norwegii chleb, bo jest tańszy i smaczniejszy od tego, który można kupić w okolicy. Jesteśmy w Norwegii, koniec zbiorów więc jedziemy do marketu. Są chleby, jedna z cen pod półką 6,99 korony norweskiej, czyli wszystko się zgadza. Zostawiłem go przy krajalnicy i poszedłem podpytać obsługi o te moje suszone rybki. Pani z obsługi zasugerowała, by poszukać w typowo rybnych sklepach, z których najbliższy jest oddalony o jakieś 20 km. Śmieszna sprawa, bo kiedy mi podała odległość w milach, a takim systemem metrycznym się posługują, ujrzawszy moją szczęśliwą minę że to całkiem blisko, błyskawicznie podała mi odległość w kilometrach momentalnie gasząc mój entuzjazm. No ale przynajmniej wiedziała o co mi chodzi, bo w „Jokerze” w którym pytałem wcześniej gościu pokazywał mi przegryzki dla psów. Kupiłem kilka puszek rybnych, chleb, coś tam jeszcze, rachunek przy kasie wydał mi się podejrzanie wysoki, ale machnąłem na to ręką bo stwierdziłem, że pewnie pomyliłem cenę konserw. Nie zgadniecie jednak, co było droższe. No dobrze, zgadliście. Za mną stoi Staszek z 11, słownie: jedenastoma chlebami, pani nabija na kasę, przychodzi do płacenia a Staszek patrzy biały jak kreda na zielony ekranik wyświetlacza. 230 koron norweskich. Spoko, „panika nie tyka załogi Titanica”. Po minie mojego towarzysza jednak wnioskuję, że mógł równie dobrze przed chwilą ujrzeć Elvisa. Oczywiście po norwesku, ani po angielsku to on ni w ząb, więc trzeba chłopa jakoś ratować. Pytam więc uprzejmie panią przy kasie, skąd taki rachunek. Okazuje się, że chleby kosztowały po 6,99, a i owszem, ale tylko 3 ze wszystkich wziętych z półki. Pozostałe, które leżały obok, miały już cenę 29,99, czyli jakieś takie wypasione, z marchewką. Śmieję się, ale przecież i ja taki kupiłem i to on mi zawyżył rachunek. Już słyszę głosy, że przecież można towar oddać, odłożyć na półkę i zapomnieć o sprawie. Taaaa jasne, a myślicie że czemu on tyle czasu stał przy tej krajalnicy? Interes życia, nie ma co, będą jeszcze o tym po Szwecji krążyły kiedyś legendy. Sam się zresztą śmiałem, że jak ludzie od niego tego chleba nie wezmą , to o chleb nie będzie się musiał martwić do końca miesiąca, a może nawet roku. No ale ludzie wykazali się daleko idącą tolerancją i chleb odkupili, Staszek zaś odetchnął z ulgą. Sam chleb był bardzo smaczny i wytrzymał parę dni, tylko ta cena. Miło się tak siedzi w nocnej ciszy, zakłócanej nieco chrapaniem z kilku stron, bo przez drewnianą ściankę działową słychać Edka, no a w pokoju mam oczywiście Staszka, obaj dzielnie rywalizują o miano najgłośniejszego chrapacza na skupie. Pora układać się do snu, obowiązkowo rozgrywając jeszcze przynajmniej jeden mecz. Plany na jutro są ambitne, no zobaczymy, ile uda nam się zebrać tej norweskiej jagody. Jutro jedziemy Dziadkiem a ja robię za szofera, czyli zamieniamy się rolami. Ale po dzisiejszym dniu i widoku pól z jagodami nabieram wiary, że może jednak coś się tu może uda zarobić. A jak wiadomo, uda są dwa.
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)