środa, 19 września 2018. Imieniny Januarego, Konstancji, Leopolda

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 46

O niedoszłym gryzieniu szwedzkiej szynki ;)

Pochmurnie, dżdżysto i deszczowo. Staszek, czyli mój współlokator to całkiem sympatyczny gość z wąsem, ale pisać to ja sobie chyba przy nim nie popiszę, bo nieustannie gada przez co nie mogę się skupić. Pocieszam się przynajmniej, że nie dane mi będzie zdziczeć siedząc samotnie w moim domku który znów stoi pusty. „Zawsze dostrzegaj jasną stronę życia” jak radośnie śpiewali angielscy komicy kilkadziesiąt lat temu. Jakoś tam jeszcze dzisiaj dam radę ćwiczyć podzielność uwagi, a potem coś się wymyśli. Jakiś knebel. No i siedzimy obaj w tym pokoju na piętrze, brat Reni miał się pojawić ale się nie pojawił. Wczoraj, kiedy dowiedziałem się o konieczności przeprowadzki to wspomniałem o nim, bo byłem przekonany że Renata już do tej pory rozmawiała z Kasią i ustaliły warunki jego pobytu . Dowiaduje się od pani Ani, że wcale nie, a Kasia jest chyba nawet na nią za coś zła bo nie chcę nikogo przyjmować. Mam tylko nadzieję, że nic nie namieszałem. Wczoraj około 17-ej byłem jeszcze na basenie, a i uśmiałem się podczas tego pobytu całkiem nieźle. Co pół godziny latałem na bąble, byłem też dwa razy na saunie, normalnie „Salon recreativo”.
Na jacuzzi spotkałem szwedzką rodzinę, a może to byli tylko znajomi, dwie kobiety i dwóch i pół mężczyzn. Mały miał ubaw robiąc balony z kieszeni spodenek ku uciesze wszystkich, choć wyglądało to jakby mu jajka spuchły przypominając dojrzałe pomarańcze. Jeden ze Szwedów coś do mnie zagadał, więc mu grzecznie tłumaczę po angielsku, że ich język jest bardzo ładny ale ni w ząb go nie rozumiem. Padło pytanie skąd jestem więc odpowiedziałem, po kilku uprzejmościach stracili już na szczęście zainteresowanie moją skromną osobą. Oni zaczęli się tam „krztusić” po swojemu, a ja się wyłączyłem, uśmiechając tylko odruchowo od czasu do czasu kiedy w wannie zapanowała ogólna wesołość. Dobrze, myję się, przebieram i wychodzę do szatni założyć obuwie, a tam na ławkach siedzą moi nowi znajomi z wanny. Kobieta w średnim wieku przesuwa się na ławce, klepie w nią dłonią i mówi z uśmiechem – Zapraszam, nie ugryzę. Siadam na ławce i patrząc jej w oczy pytam również z uśmiechem – A skąd masz pewność, że to ja nie ugryzę ciebie? – No w zasadzie nie mam – przyznaje uczciwie i wszyscy wybuchamy śmiechem. Tak wiem, czasem lepiej mnie nie wypuszczać między ludzi. Osoby które podczas lektury tej książki mogły mnie odebrać jako osobę elokwentną oraz o wysokiej kulturze osobistej pragnę uspokoić, że nic się w tym względzie nie zmieniło. Po prostu na szwedzkiej ziemi nie używa się w rozmowie zwrotów „pan” i „pani”. Co jednak wcale od szacunku zwalniać nie powinno, a z tym już niestety bywa różnie. Kim byśmy byli i co byli byśmy warci, gdybyśmy się wzajemnie nie szanowali? Nie używa się ich zresztą również w mowie potocznej języka angielskiego, którą się posłużyliśmy. A zatem nie była to wobec tej pani z mojej strony żadna nieuprzejmość, czy inna poufałość, za sprawą której sam bym się zresztą nie czuł najlepiej. No ale teraz wiecie już, czemu warto uczyć się języków obcych. A choćby i po to, by sobie ze Szwedką pożartować po angielsku. Wróciłem z basenu do skupu około godziny 20-ej , a z tą 20-tą to też był niezły numer, to tak a propos znajomości języków obcych. Wykupuję w recepcji bilet wstępu i upewniam się u miłej pani, czy dziś basen na pewno jest otwarty do 20-ej. Pani patrzy na mnie i widzę po minie, że nie za bardzo rozumie o co mi chodzi. Ponawiam więc pytanie – czy basen czynny jest dzisiaj do godziny 20-ej? Nagle mnie olśniło i aż miałem wielką ochotę pacnąć się otwartą dłonią w czoło, a może nawet to zrobiłem – do jakiej znowu dwudziestej??? Przecież w języku angielskim nie ma żadnej dwudziestej, jest za to ósma
po południu, a nawet 8 PM. W ten oto sposób moja znajomość języków obcych została zdemaskowana i straciła na autorytecie, bo godziny to już poziom szkoły podstawowej, czy obecnie nawet przedszkola. A może i żłobka? Dziwne, że jeszcze co bardziej przedsiębiorczy rodzice nie czytają po angielsku bajek do brzucha przyszłych matek. Coraz gorzej ze mną hehe, a moje zapiski posłużą kiedyś za studium popadania w szaleństwo. Dałem Uli do przeczytania pierwszy z zeszytów mojego wiekopomnego dzieła, bo się skarżyła że się nudzi i nie ma co czytać . Poprosiłem od razu by sprawdziła błędy. Jakie? Wszystkie! Aha, po powrocie z basenu poszedłem pomóc Ewie w czyszczeniu borówki (tak wiem, rychło w czas), ale okazało się, że właśnie skończyła. I tak też skończyła się moja pomoc nim się w ogóle zaczęła. Tak tak, znam powiedzenie o dobrych chęciach i piekle…
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)