Czwartek, 24 maja 2018. Imieniny Joanny, Zdenka, Zuzanny

Podziel się:

Podziel się:

"Gienia, dziadek Eustachy i wiadro moroszki" - Dzień 43

Początek zeszytu trzeciego będący końcem szczęścia.

Tak wiem, że zeszyt drugi skończył się ostatnim dniem sierpnia, ale chciałem stworzyć taką swoistą paralelę między zeszytami. Ależ jestem zły. Nie, zły to nieodpowiednie słowo, jestem wściekły, wkurzony, by nie użyć bardziej dosadnych określeń. Chyba zgubiłem dziś w lesie telefon z którego to słuchałem sobie MP3, moją Sony Xperię S. Ostatnio wkurzało mnie trochę już słabe trzymanie baterii, więc kupiłem sobie padaczkę z klapką, a smartfona używałem do słuchania muzyki właśnie czy sporadycznego oglądania filmów. No i gdybym jak zwykle słuchał na niej muzyki, to bym doskonale wiedział kiedy opuszcza ona moją kieszeń. Zawsze zresztą spoczywał w zapiętej kieszeni, bezpieczny i hałaśliwy. A dziś ani nie słuchałem muzyki, ani nie zapiąłem kieszeni. Po co zatem brałem ze sobą ten telefon skoro nie słuchałem na nim jak zwykle muzyki? I to jest bardzo dobre pytanie. A wszystko przez Ulę i Jarka, którzy ostrzegali mnie przed pszczołami, których mógłbym przez hałas muzyki nie usłyszeć, a przed którymi oni to musieli kiedyś zwiewać . Jednak o utracie telefonu przekonałem się dopiero po powrocie do domu, a dziś to w ogóle miałem moc atrakcji, bo przecież szukałem nowej miejscówki. Niby znalazłem polanę, zbierałem, niektóre krzaki wyglądały zresztą obiecująco, ale jak już przyszło do zapełniania wiader, to trwało to potwornie długo. Wreszcie zreflektowałem się, że w takim tempie to ja będę zapełniał wiadro przynajmniej do wieczora, czyli że trzeba szukać dalej. Wpakowałem się w jakąś boczną drogę, która po niedługim czasie przestała już nawet przypominać drogę. Coraz większe błoto, koleiny, coraz głębsze błoto i coraz większe koleiny. Dziadek znosił wszystko dzielnie, ale ryzyko utknięcia było aż nazbyt realne. W zasadzie to przed sobą widziałem już tylko pas błota, który dawał mi nieomal pewność, że w nim ugrzęznę. No dobrze, lepiej zawrócić póki jeszcze mam taką możliwość, odezwał się głos rozsądku.
No co ty, jedź dalej, na pewno nikt się w takich warunkach tak daleko nie zapuszczał co dobrze rokuje dla zbiorów, odezwał się zaraz po nich kolejny głos. Podjąłem decyzję, że jednak zawracam! Tylko wąsko tu jakoś, a wokół krzaki i drzewa, musimy podjechać jeszcze trochę do przodu i może tam będzie wystarczająco dużo miejsca by wykręcić, bo Passat do najkrótszych aut jednak nie należy. Jadę powoli, wypatrując choćby odrobiny przestrzeni, trzeba próbować bo jak pojadę jeszcze trochę do przodu to się zakopię po uszy. Jazda na wstecznym też raczej nie wchodziła w grę, bo to auto z napędem na przednie koła, poza tym dołów i wielkich kamieni wymijałem po drodze aż nadto. Próbujemy. Kręcimy trochę do tyłu, ostrożnie, z wyczuciem, wjeżdżam tyłem w jakieś krzaki, ale chyba jest ok. Teraz skręcamy koła maksymalnie w lewo i delikatnie gazem. Auto powoli ruszyło do przodu, ale zsunęło się w jakiś dół, trzeba znów wycofać. Wsteczny, z wyczuciem gazem, koła zaczynają mielić błoto, ślizgać się w miejscu, zły znak. To może do przodu? Zabuksowałem się jeszcze bardziej w błocie. No i teraz ani do przodu, ani do tyłu, a jak się z tego błota nie wydostanę to przyjdzie mi tu zapewne spędzić noc, bo jestem na szczycie góry na której w ciągu całego dnia mijały mnie może dwa auta. A do domu daleko. No wprost wybornie zaczyna się mój trzeci zeszyt (sic!). Nic jednak w tej chwili nie zrobię, muszę nieco ochłonąć, przewietrzyć głowę i spokojnie znajdę wyjście z tej mało komfortowej sytuacji. Zbieraczkę w dłoń, wiaderko w dłoń, jagodę goń, goń, goń! Skrobię, skrobię po okolicy ale myślę sobie, że dobrze by było sprawdzić dokąd ta niby droga prowadzi, niczym tęcza wiodąca do garnka ze złotem. Przecież im gorsza droga, tym większa jest szansa, że inni zbieracze ją sobie odpuścili i tym samym nie wyzbierali jagódek czy innej borówki. Ach, jakby mi się teraz przydał Grand Cherookie. Po jakichś dziesięciu minutach spaceru przez grzęzawiska dotarłem do polany przedzielonej drogą. Pokręciłem się chwilę uradowany widząc krzaki pełne dojrzałych jagód . Jak się wkrótce okazało, nie było tych jagód znowu tak dużo jak mi się z początku wydawało, ale te 20 kg do wieczora uzbierałem. No dobrze, dochodzi godzina 18:30, a muchy, komary i meszki wszelakie skutecznie wybiły mi z głowy dalsze zbieranie. Wracam! Maszeruję z wiadrami, patrzę, no i przypominam sobie o całej dramaturgii sytuacji, w której się znalazłem, no i że mogę do domu dziś nie wrócić wcale. Teraz już wiem po co ludzie wożą saperkę w bagażniku. Fajnie, tylko że ja w bagażniku nie mam saperki. Nazbierałem badyli, rozgrzebałem nieco koleinę i podłożyłem je pod koło. Próbuję ruszyć do przodu, choćby odrobinę, miele błoto. No dawaj Dziadek, musi się przecież udać! Do przodu, do tyłu, do przodu, do tyłu. Koła skręcone maksymalnie. Starczy, przerwa, niech odpocznie, trzeba złapać oddech . Dobra Dziadek, teraz na pewno się uda! Przód, tył, przód, tył, więcej gazu, przód, tył, przód tył, jeszcze więcej gazu! Trudno, najwyżej spalę sprzęgło, ale musi się udać! Ku mojej wielkiej uldze Dziadek wreszcie wydobył się z koleiny. Pogładziłem go po kierownicy – dobry Dziadek, dobry, widzisz, udało się. Mam nauczkę, tylko że jutro muszę tam jeszcze wrócić by szukać zgubionego telefonu. Powróciłem na skup około godziny 20-ej, od razu przekazując Ewie gazetę, a ze swoimi zbiorami musiałem nieco zaczekać, bo już przy wadze był klient. Patrzę, a tu się robi bardzo ładny zachód słońca. Jako że przyroda najlepiej się czuje w równowadze, była to chyba pewnego rodzaju rekompensata za ten zagubiony telefon. No to pojechałem jeszcze z powrotem na tę moją drogę którą tak lubię blokować i chwilę popstrykałem. Wróciłem na skup, sprzedałem swoje żałosne 25 kg , no ale postanowienie by zbierać codziennie na minimum 300 koron wypełniłem. No i to chyba tyle. Wreszcie mogłem udać się do domku by zjeść jakiś obiad, czy raczej kolację. Bo na obiad to już zjadłem dwa wafelki kupione rano razem z gazetą. Miałem zamiar opisać wam dziś moje spotkanie z Matką Naturą, ale uwierzcie mi, że kompletnie nie jestem teraz do tego w nastroju, Ale jutro, jak tylko znajdę moją komórkę i poprawi mi się humor, to bardzo chętnie. Jarek sprawdzał dziś w telefonie pogodę, jest duża szansa na deszcz po południu. Mam nadzieje, że rano padać jeszcze nie będzie, bo deszcz smartfonom nie służy, a chcę z samego rana jechać na poszukiwania. Skoro jednak już te 60 km przejadę, to też od razu chciałbym nieco pozbierać. A potem może basen, jak już lunie? Obiadek, już się z Ulą zgaduję, że można by na tych jej gazowych palnikach posmażyć steki których wczoraj nie dałem już rady usmażyć na grillu. A do tego frytaski. Mniam! Byle tylko znaleźć ten cholerny telefon.
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: Krzysiek Cegiełka
Oceń artykuł:

(0)