Wtorek, 4 sierpnia 2020. Imieniny Dominiki, Dominika, Protazego

Rzeźnia na ekranie? Będzie lała się krew, będą łamane kości

2020-07-13 07:25:44 (ost. akt: 2020-07-13 07:33:24)
Szlachetność sportów walki w najbliższych latach może być wystawiona na ciężką próbę. Zdjęcie ilustacyjne/fot. pixabay

Szlachetność sportów walki w najbliższych latach może być wystawiona na ciężką próbę. Zdjęcie ilustacyjne/fot. pixabay

Autor zdjęcia: pixabay

SPORTY WALKI || Mata cała we krwi, wojownicy wynoszeni z ringu na noszach i... rekordowe wyniki oglądalności. Na polskiej scenie sportów walki pojawiło się względnie nowe zjawisko walk na gołe pięści. Dokąd zaprowadzi ta gonitwa za pieniądzem i emocjami?

Pojedynki toczone bez rękawic są obecnie promowane jako "nowość" i "powiew świeżości", lecz ich genezy śmiało można byłoby szukać nawet w starożytnej Grecji czy Cesarstwie Rzymskim. Tego typu "mordobicia" cechowała minimalna ilość reguł i fakt, że nierzadko kończyły się one śmiercią. Gdy na początku XVIII wieku rodził się boks (w formie zbliżonej do tej, którą widzimy dziś), wciąż jeszcze nie używano rękawic, choć była to już dyscyplina wyraźnie bardziej "dżentelmeńska". Na przestrzeni kolejnych lat, walki — za sprawą nowych reguł i sprzętu zabezpieczającego — stawały się wyraźnie mniej "śmiercionośne". W dyscyplinach uznawanych za "uderzane" coraz trudniej było zobaczyć wojowników bez rękawic. Jeśli już, to głównie w Internecie. Co jakiś czas temat jednak wracał, czego dowodem była m.in. w 1993 roku pierwsza, historyczna gala legendarnej już federacji UFC (nakaz rękawic ochronnych pojawił się dopiero 4 lata później, podczas 14. odsłony cyklu).

Będą pękały kości

Temat przez wielu uznawany za "miniony" powrócił w Polsce na dobre w 2020 roku. Najpierw za sprawą organizacji WOTORE, a następnie — niedawno — za sprawą pierwszej w historii, czerwcowej odsłony gali GROMDA. — To nowa jakość w realnych pojedynkach. Odrzuciliśmy wszystko co zbędne skupiając się na zachowaniu honorowych zasad rywalizacji sportowej. Nasi członkowie muszą wykazać się niezłomnym charakterem, który pozwoli im przetrwać największy ból i krew — przekonują na swej oficjalnej stronie organizatorzy, do których należą m.in. znani z telewizji Mateusz Borek oraz Mariusz Grabowski. — Będzie lała się krew, będą pękały kości, a tylko jeden odejdzie w glorii i chwale zwycięzcy — brzmiało jedno z zachęcających do udziału w turnieju haseł.

Chętnych nie brakowało, zgłosiło się blisko ćwierć tysiąca wojowników. Wśród nich nie tylko pięściarze, kickbokserzy czy zawodnicy MMA, ale i... "miłośnicy rywalizacji ulicznej". Główną nagrodą w turnieju było 100 tys. zł. Widzom zgromadzonym przed telewizorami zaserwowano 10 krwawych pojedynków (liczbę publiczności bezpośrednio przy ringu wyraźnie ograniczały "zalecane" przez rząd obostrzenia dot. koronawirusa).

Po miano pierwszego, historycznego triumfatora sięgnął Krystian "Tyson" Kuźma, który w pamięć zapaść mógł m.in. brutalnym, półfinałowym nokautem na Łukaszu "Brodaczu" Załusce (zawodnik opuścił halę na noszach i trafił do karetki — przyp. K.K.). Gdy zgasły ostatnie światła, wydano oświadczenie, że po gali wszyscy zawodnicy są wciąż zdrowi. "Krew na ekranie" sprzedała się nieźle. Organizatorzy przekonywali, że — jeszcze przed turniejem — tak wysokie wyniki oglądalności "braliby w ciemno". Pojawiły się więc i plany na kolejne odsłony polskiego cyklu.

Czy to droga, którą powinny podążać — uznawane za szlachetne i rozwijające ciało oraz ducha — sporty walki? A może konfrontacji na gołe pięści bliżej do miana "ślepej uliczki"? Po opinię zgłosiliśmy się do tych, którzy ze sztukami walki mają do czynienia na co dzień.


Jacek Szewczak (Katana Szczytno, trener polskiej kadry narodowej w jiu-jitsu):

Część społeczeństwa jest znudzona "zwykłymi" walkami i taka "formuła" się przyjmie, bo... wariatów zafascynowanych widokiem krwi nie brakuje. Najgorsze jest to, że dostęp do takich transmisji mają również dzieci, co spowoduje u nich wzrost agresji. Będzie prowadziło to do wzrostu liczby bijatyk w codziennym życiu.
Popularność tego typu imprez zapewne będzie rosła. A gdy i to się znudzi, to może organizatorzy dadzą ludziom miecze i dzidy, by się pozabijali? Może stworzą specjalne scenariusze na wzór filmu "Igrzyska Śmierci", byleby tylko zaspokoić widza?

Osobiście, jako pasjonat sportów walki i wieloletni uczestnik tego typu zawodów, zawsze zwracałem uwagę na bezpieczeństwo w czasie turniejów. Uważam, że takie walki są zbyt niebezpieczne, bym wziął w nich udział osobiście lub poprowadził tam któregoś z moich podopiecznych. Jako trener, policjant, wychowawca, nauczyciel — zwyczajnie się na nie zgadzam. O ile przy WOTORE możliwa jest walka w parterze (pojedynki mogą zakończyć się m.in. przez dźwignię czy duszenie, co zmniejsza możliwość występowania poważnych urazów głowy), o tyle boks bez rękawic w obecnych czasach uważam za kompletne wynaturzenie. Sekunda nieuwagi sędziego może doprowadzić do tragedii.

Tomasz Kalinowski (zawodnik i trener Fighters Team Mrągowo)

Gdy byłem młody, to sam często brałem udział po szkole w takich "akcjach". Teraz wolę jednak bezpieczniejsze dla zdrowia zabawy. Do tego zachęcam też dzieci, młodzież i dorosłych. Walczmy w ringu, nie na ulicy.

Tego typu wydarzeń nie nazwałbym dyscypliną sportową, a jedynie "legalną ustawką". Kojarzy mi się to z ustawkami kiboli. Tyle, że zamiast walczyć w lesie, bez udziału publiczności i policji, tym razem można spotkać się w pełni legalnie po to, by... dać sobie po ryju. Zjawisko to oceniam bardziej na minus niż na plus. Źle wpływa to na sporty walki i psuje wizerunek nie tylko boksu, ale kickboxingu oraz MMA. Te dwie ostatnie dyscypliny ubiegają się o wpisanie na listę dyscyplin olimpijskich. Tego typu działania mogą być w tym względzie uwsteczniające.

Może dojść również do tego, że młodzież będzie wolała bić się na gołe pięści niż brać udział w zawodach organizowanych bezpiecznie przez różne związki sportowe. Wydaje mi się, że zakazanie organizowania takich walk nastąpi dopiero wtedy, gdy — czego nikomu nie życzę — dojdzie do tragedii. A w takiej imprezie to całkiem prawdopodobne.

Jakub "Gromel" Gromelski (zawodnik z Kętrzyna),

Takie walki są niebezpieczne dwa, a może i trzy razy bardziej niż tradycyjne walki w rękawicach. Można stracić przy tym dużo zdrowia, więc raczej odradzałbym udział w tego typu wydarzeniach. Nie można jednak odmówić tym galom, że są widowiskowe. Przyciągają dużą grupę odbiorców. Wielu chce zobaczyć jak ulubiony wojownik mierzy się na gołe pięści. Dla kieszeni organizatorów takich gal to dobry krok, dla samych zawodników już niekoniecznie.
Nie zdecydowałbym się wziąć w tym udziału. A na pewno nie na etapie, którym jestem. Jako wciąż dość młody zawodnik chcę dostarczać ludziom emocji na ringach amatorskich, później zawodowych. Tego typu walki mogłyby odbić się na moim zdrowiu na tyle, że byłoby to niemożliwe.

Mateusz "Rybak" Żukowski (zawodowy fighter K-1 i MMA z Pisza),

Pierwsze walki w UFC, czy też pierwsze gale MMA np. w Japonii, organizowane były bez rękawic i... z jakiegoś powodu te rękawice wszędzie znalazły się na rękach zawodników. Z jednej strony z powodu licznych kontuzji. Z drugiej pewnie i dlatego, że rękawice — mimo wszystko — zwykłym ludziom kojarzą się właśnie z widowiskiem sportowym. Samo zjawisko walk na gołe pięści jest trudne do jednoznacznej oceny. Są widowiskowe, mają swoich zwolenników. Odbija się to jednak mocno na zawodnikach, którzy po kilku, maksymalnie kilkunastu takich walkach (co widać m.in. po ich twarzach) są wyraźnie wyniszczeni.
Sam raczej bym się na udział w czymś takim nie zdecydował. Nie jestem zwolennikiem walk ulicznych. Uważam, że sport powinien wiązać się z rozwojem ciała i umysłu. Fraza "sztuka" walki nie wzięła się z niczego.

Czy walki na gołe pięści będą zyskiwały na popularności? Myślę, że tak. Przykładem może być tu np. śp. Kimbo Slice, który zyskał sławę dzięki walkom toczonym w tej "formule" na swoim własnym podwórku za domem (publikowane były w Internecie, m.in. w serwisie YouTube — przyp. K.K.). Później trafił dzięki temu m.in. do UFC. Gale zyskają rozgłos, zdobędą kolejne rzesze fanów. Prawdziwym sukcesem, w mojej opinii, jest jednak nie to, by "zaistnieć", a to, by trwać i rosnąć w siłę.

Przemysław "Spartan" Opalach (pięściarz zawodowy z Olsztyna)

Skłamałbym, gdybym stwierdził, że nie myślałem o tym, by spróbować sił w tego typu rywalizacji. Ze sportami walki jestem związany odkąd pamiętam, próbowałem sił w różnych dyscyplinach, lubię sprawdzać się z innymi fighterami. Gdy jednak się nad tym głębiej zastanowiłem, plusy zaczęły się rozmywać, a co chwilę odnajdywałem nowe minusy. Ryzyko poważnej kontuzji jest wysokie, a ja... mam przecież dla kogo żyć. Mam rodzinę, o którą muszę dbać.
Nie jestem więc fanem tego typu "formuły", czy wręcz "promowania walk ulicznych". To jednak chyba znak naszych czasów. Ludzie nie tylko chcą krwi na ekranie, ale są też chętni, by za nią płacić. Wydaje się, że w najbliższych latach może to być świetny sposób na biznes. Może wątpliwy moralnie, ale dla wielu przecież "pieniądze nie śmierdzą". Trzymam kciuki, by żadnemu z uczestników tego typu walk nie stało się nic poważnego.

Piotr Zembrzuski (trener Szczycieńskiego Klubu Kyokushin Karate),

W mojej opinii to bardzo brutalna i niemająca nic wspólnego ze sportem bijatyka. Przypomina trochę walki uliczne (tyle, że na ulicy nie ma sędziego). Plusów nie widzę, za to minusów — całe mnóstwo. Brak zagwarantowanego bezpieczeństwa zawodników, zbyt duże ryzyko kalectwa lub śmierci. Zbyt dużo brutalności, by mogły oglądać to dzieci. Co wnoszą tego typu walki do naszego życia? Na pewno nie uczą szlachetności, honoru, zasad fair play. Czemu więc mają służyć?
Tego typu walkę mógłbym stoczyć tylko w jednym przypadku: w obronie życia swojego lub bliskiej mi osoby. Żadnego ze swoich zawodników na pewno nie wysłałbym na taką rzeź.

Czy się przyjmą? Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że nie. Gdy obserwuję jak media pod naciskiem żądnych krwi kibiców propagują tę formę wyżycia się, to coraz częściej zachodzę w głowę do czego to doprowadzi. Brutalność wśród młodzieży i tak jest dużo większa niż przed laty.

Łukasz Marczak (zawodnik z Orzysza)

Uważam, że takie gale mogą znaleźć wielu sympatyków (jak ma to miejsce np. w USA przy Bare Knuckle Fighting Championship). Ludzi będzie przyciągała ciekawość do tej "ładnej rzeźni", chęć obejrzenia czegoś, czego nie widzą na co dzień. Czegoś brutalnego. Może się to rozkręcić do naprawdę dużych rozmiarów. Promotorzy już zacierają rączki, to nowy pomysł na biznes.
Oceniam to zjawisko dość neutralnie, choć boję się, że te walki mogą przyćmić budowane przez długie lata piękno sportów walki. Gdybym miał możliwość, to... zapewne stoczyłbym taki pojedynek. Myślę, że byłoby to niemałe wyzwanie, a ja takowych się nie boję. Zrobiłbym to, choć wielu tego typu walki może oceniać pewnie jako sportowo wątpliwe. Zawodnicy sportów walki to jednak taka... duża rodzina. Czasem bijemy się po głowach, ale łączy nas wzajemny szacunek i pasja.

Stanisław Kamiński (zapaśnik z Mrągowa, wielokrotny mistrz świata weteranów):

Z przyjemnością oglądam wszystkie sporty walki, bo sam zajmowałem się i cały czas zajmuję się dyscypliną, w której o zwycięstwie decyduje bezpośrednia konfrontacja z przeciwnikiem. Jednak uważam, że w życiu (a tym bardziej w sporcie) obowiązują pewne granice, których przekraczać nie wolno. Te wszystkie "chwyty", które mają przyciągnąć większą liczbę oglądających i wyciągnąć od nich pieniądze, nie prowadzą do niczego dobrego. Z drugiej strony, obserwując to wszystko co dzieje się wokół (metody, które stosuje się np. w polityce), wydaje się jasne skąd bierze się popyt na formy tak brutalnej rywalizacji "sportowej".

Kamil Kierzkowski

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także