Quantcast

środa, 21 października 2020. Imieniny Celiny, Hilarego, Janusza

Renata Kretówna: — Szybko, krótko, bez nadęcia!

2019-10-28 09:19:04 (ost. akt: 2019-10-28 09:22:36)
Renata Kretówna

Renata Kretówna

Autor zdjęcia: archiwum prywatne Aktorki -- Facebook

Całe życie uchodzę za indywidualistkę, kobietę niezależną i jak kot chadzającą własnymi ścieżkami. Bywa, że pod prąd. A jednak spotkanie z Renatą Kretówną uświadomiło mi, że do prawdziwego zrzucenia gorsetu mam jeszcze długą drogę przed sobą…!

Moja przygoda z „Nad Niemnem” trwa w najlepsze!

Zagrała kilkadziesiąt ról filmowych, setki teatralnych i wyśpiewała tysiące piosenek. A jednak ja będę zawsze kojarzyć ją z rolą Maryni Kirłowej w „Nad Niemnem” w reżyserii Zbigniewa Kuźmińskiego. Mądra i niezależna, pracowita i silną ręką prowadząca całe gospodarstwo domowe, licząca wyłącznie na siebie — bo na męża nie bardzo mogła, otwarta na ludzi, nieustępliwa, a nawet — jak stwierdziła Emilia Korczyńska — bardzo śmiała… Taka była Marynia — i taka jest też Renata Kretówna, wulkan pozytywnej energii, kobieta wykształcona, mądra, świadoma własnej wartości, ale też chętnie wsłuchująca się w słowa i opowieści innych.
Zaraz po tym, jak się przedstawiłam i oznajmiłam skąd dzwonię — usłyszałam spontaniczne: — Olsztyn? Pani Magdaleno…! Pamiętam, że w 1976 lub 1977 roku byłam w Olsztynie z takim programem „Moda i gwiazdy”. W hali Urania to było — bardzo dobrze pamiętam, śpiewałam „Ostatnią zabawę nad ranem” z taką wielką kokardą na głowie, a szef Mody Polskiej dopytywał, kto projektował mój kostium i skąd ja go w ogóle wytrzasnęłam. A ja sam go sobie zaprojektowałam…!

A ja już wiedziałam, że — niech pęknę! — nikt tak pięknie, nisko, ciepło, tym bardzo charakterystycznym głosem nie wypowiadał jeszcze mojego imienia…!
No właśnie. Panie i Panowie, Renata Kretówna w pełnej krasie…!

— Co u Pani słychać? Co Pani dziś porabia?
— No dziś właśnie odebrałam pocztę — pytania, które zaproponowała pani do naszego wywiadu. I muszę powiedzieć, że bardzo mi się spodobały. Takie nietuzinkowe są i z przyjemnością udzielę odpowiedzi. Ogólnie za oknem robi się coraz zimniej i nie bardzo mi się to podoba, bo lubię chodzić na spacery, a słota im nie sprzyja. A zawodowo? Wciąż jeszcze nie przebrzmiały echa wizyty naszej ekipy z „Nad Niemnem”, którą odbyliśmy po Białorusi. Odwiedziliśmy wszystkie miejsca, w których mieszkali bohaterowie powieści Orzeszkowej, i to było spore przeżycie. Zaraz potem były wywiady dla jednej ze stacji telewizyjnych, niedługo ukaże się książka Roberta Pawłowskiego i film dokumentalny z tej naszej wyprawy… To niezwykłe przeżycie: stać w miejscu, gdzie bohaterowie „Nad Niemnem” żyli, śmiali się, kochali, czasem przeżywali jakieś niepowodzenia, tragedie… A my, aktorzy, po 100 latach znów tchnęliśmy w nich życie… A jutro będę dzwonić do telewizji, bo już jakiś czas temu otrzymałam propozycję i czas najwyższy, bym dała odpowiedź…!

— Zagrała Pani dziesiątki ciekawych, różnorodnych ról. Która była najtrudniejsza, która najciekawsza…?
— Ról było wiele, ale przede wszystkim teatralnych. Kiedy wróciłam z zagranicy i zaczęłam przeglądać Internet — dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak wiele tych ról było. Bo ja o niektórych nawet nie pamiętałam…! Jeśli pyta pani o moje role w filmach — bezapelacyjnie wygrywa Marynia Kirłowa. Przeanalizowałam wszystkie i ona była jednak najciekawsza. Ale miło wspominam też epizod w „Kryminalnych” — zagrałam nieco niezrównoważoną matkę psychopatycznego mordercy. To było dobre, bo zupełnie inne. I równie miło wspominam rolę w „Ojcu Mateuszu”. Niezła była też moja rola w „Przemytnikach”, ale to był rok 1984, strasznie dawno…! Dużo miałam ról ciekawych, ale prawdę mówiąc — ja zawsze wolałam szybko, krótko, bez zbędnego paradowania przed kamerą. Bez dukania tekstu i jakiegoś mruczenia — po powrocie z zagranicy kompletnie mnie to nie interesowało. Na mruczenie mam zresztą zbyt charakterystyczny głos…! Ale jakby nie patrzeć i co by nie mówić — Marynia Kirłowa przebija wszystkie moje role. Natomiast jeśli mówimy o rolach teatralnych — najwięcej tych najciekawszych zagrałam w trakcie 9-letniej pracy w Teatrze Starym w Krakowie. To najpłodniejszy okres dla mojego aktorstwa teatralnego. Summa summarum byłam w tym Krakowie 14 lat i to chyba najpiękniejsza, ale i najważniejsza część mojego życia. Zagrałam choćby u Jarockiego Onkę w „Garbusie” Mrożka, u Wajdy Hankę w „Moralności Pani Dulskiej” — potem była to też rola filmowa. Była też Polly w „Operze za trzy grosze” Bertolta Brechta… Z wieloma tymi spektaklami jeździliśmy z Teatrem Starym choćby do Deutsches Theater, do Teatru Dramatycznego w Warszawie. Film zawsze pociągał mnie nieco słabiej, nie miała do niego aż takiego sentymentu… A jak nie grałam w filmie lub w teatrze — to jeździłam ze swoimi recitalami. Z moją poezją śpiewaną…!

— To przejdźmy do mojej kochanej Maryni Kirłowej. Trudna była…?
— To było, pani Magdaleno, tak. Gdy wróciłam z Berlina Zachodniego, gdzie grałam w „Epizodzie Berlin West” z Januszem Zakrzeńskim, czyli Benedyktem Korczyńskim z „Nad Niemnem” — i nie bardzo miałam czas, by nad rolą Maryni Kirłowej popracować. Miałam już angaż w warszawskim Teatrze Syrena, dużo różnych spraw i obowiązków… W Warszawie byłam wtedy bardzo popularna, spektakle, w których grałam, nie schodziły ze scen, to samo recitale, mnóstwo wywiadów, występy w telewizji… I wtedy dostałam propozycję od Zbigniewa Kuźmińskiego: 10 dni zdjęciowych. Oczywiście zgodziłam się bez namysłu, ale cały dowcip polega na tym, że zanim zaczęłam studiować aktorstwo na PWST w Krakowie, na UMK w Toruniu studiowałam filologię polską. I właśnie na tych studiach oblałam egzamin z pozytywizmu, nie zaliczyłam roku i przeniosłam się na to aktorstwo do Krakowa…! Kto by przypuszczał, że kilka lat później dostanę rolę w filmie kręconym na podstawie na wskroś pozytywistycznego utworu…! Stąd do roli Maryni tak naprawdę przygotowałam się dopiero na planie i po nocach — w czasie, kiedy mnie z tego planu odwozili do domu. A ponieważ Kuźmiński reżyserem był po prostu fantastycznym i gdyby żył, zagrałabym u niego jeszcze nie raz i nie dwa — świetnie wytłumaczył mi, jak mam grać. No i zagrałam. To był rok 1985. Przyjechałam wtedy z tego Berlina Zachodniego taka wystrzałowa laska: krótkie blond włosy, nieskazitelna figura… W międzyczasie wystąpiłam w Opolu, gdzie nie dostałam Grand Prix, choć dostać miałam. I skończyło się na tym, że przecież ja tę moją Marynię zagrałam w peruce. Potem zapuściłam nieco włosy, wróciłam do naturalnego koloru — tylko warkocz był dopinany do tej sceny z kurą. A krótko potem wyjechałam zagranicę i ten wyjazd był dla mnie czymś w rodzaju złapania oddechu. Popularność dla takiej aktorki z krwi i kości, jaką jestem, nie jest zbyt wskazana. Dla mnie na pewno nie. Ja otrzymałam świetne aktorskie wykształcenie od najlepszych krakowskich aktorów, reżyserów — a za to nigdy nie miałam ochoty być celebrytką. Udzielałam wywiadów, fakt, ale niedużo i zawsze musiały być autoryzowane. A przede wszystkim koncentrowałam się na pracy — nie na robieniu kariery.

— A czy to jest ta postać z „Nad Niemnem”, którą chciała Pani zagrać? Czy czytając książkę myślała Pani raczej o wcieleniu się w inną kobietę?
— Zacznijmy od tego, że ja „Nad Niemnem” nigdy nie przeczytałam i nie przeczytam…! To jak ja miałam myśleć o wcielaniu się w inna kobietę? A po obejrzeniu filmu wiem, że i tak żadnej innej bym nie wybrała, bo Marynia usatysfakcjonowała mnie absolutnie.

— Prócz Justyny Orzelskiej Marynia jest drugą bardzo wyindywidualizowaną kobietą. Twardo stąpa po ziemi, sama prowadzi gospodarstwo, jest wykształcona i nie ma żadnych kompleksów przed swoim kuzynem z hrabiowskim tytułem. Czy Renata Kretówna ma podobną osobowość?
— Przede wszystkim Justyna i Marynia, mimo różnicy wieku, są bardzo podobne do siebie. Obie lubią pracować, a przy tym cenią spokojne życie. Owszem, Marynia przy tym swoim mężu spokoju zbyt dużo nie zaznała, ale one obie przede wszystkim poświęcają się pracy, dbają o swoje gospodarstwa. Obie są też bardzo mądre. Justyna wybrała inne, na pozór cięższe życie, nie wypanoszone, nie takie wydumane, ale wypełnione pracą i miłością. To zresztą właśnie miłością kierowała się przy wyborze. Chciała być prostą, dobrą dziewczyna, która poświęca się swojemu domowi i życiu rodzinnemu. A Marynia już się poświęciła. Na swoje nieszczęście trafiła na takiego bon vivanta — tak ją wydano. Ale kompleksów przed Teofilem Różycem rzeczywiście nie ma. A ja? Zdecydowanie tak! Kompleksów nie mam żadnych, choćby właśnie w rozmowie. Ja wiem, kiedy wysłuchać, a potem dopiero powiedzieć — i też wiem, co mówić. Tak mnie po prostu wychowano. Ludzie dziś nie potrafią słuchać, nikt nie wie, o czym kto mówi, i nikt nie odpowiada na pytania. A przecież trzeba wysłuchać drugiej strony, przeanalizować i dopiero wtedy odpowiadać. Nienawidzę też takiego wtrącania się, żeby tylko powiedzieć swoje. Dla mnie liczy się dialog. To zresztą i wyniesione z domu, ale i ze studiów aktorskich: Patrz mi w oczy i dialoguj ze mną! I ja dokładnie tak postępuję w życiu. I właściwie nie widzę żadnej innej alternatywy dla takiej mojej postawy…!

— A dziś, na początku XXI wieku jaką kobietę można określić mianem „bez gorsetu”?
— No właśnie taką! Bez cudzosłowiowego gorsetu, ale czasem wręcz bez realnego stanika…! Bez nadymania się, ale i bez omdleń, globusów i innych dolegliwości. Kobieta bez gorsetu to dziś po prostu normalna kobieta.
— Śpiew czy aktorstwo — która z tych form ekspresji bliższa jest pani sercu?
— Prawdę powiedziawszy, jeśli ja śpiewałam w recitalach po 17 piosenek, a była to przede wszystkim poezja śpiewana, dla mnie komponowana, co trzy piosenki się przebierałam, do tego konferansjer, akompaniator — to dla mnie każda z tych piosenek była jakby mini-scenką. Jakbym teatr przenosiła na estradę…! Zatem dla mnie między aktorstwem a śpiewem nigdy nie było żadnego rozdziału. Ze wszystkiego najdalszy był mi film. Wychowałam się na Piwnicy pod Baranami, na Ewie Demarczyk, Marku Grechucie… Dlatego każda z piosenka to musiała być dla mnie właśnie taka mini-scenka, z odpowiednią atmosferą, emocjami…

— U jakiego reżysera chciałaby Pani zagrać, a z kim chciałaby Pani współpracować jeszcze raz?
— Rzeczywiście, ze wszystkimi reżyserami współpracę wspominam bardzo dobrze, miło, merytorycznie. Każdy umiał jakoś wydobyć ze mnie najlepsze aktorstwo, czasem ekspresyjne — a czasem trochę tę moją ekspresję nakazywał powściągnąć. Najgorszy reżyser to taki, który sam nie wie, o co mu chodzi — taka współpraca mnie stresuje i unikam jej. Wiem, że nie jestem żadną celebrytką i współpraca ze mną, wykształconą i do zawodu aktorstwa świetnie przygotowaną, na pewno przebiega inaczej. Ale wiadomo, to wszystko trzeba zawsze przetransponować przez własną osobowość. I dlatego w każdej mojej roli zawsze musiało być coś ze mnie — bo ja zawsze tworzyłam swoje postaci trochę inaczej. Tylko że na osobowość to trzeba sobie zapracować. Z kim chciałabym ponownie współpracować? Tych, z którymi świetnie się pracowało — już nie ma między nami, niestety… Choćby Zbyszek Kuźmiński, bo on po prostu pracował doskonale…! Albo taki Jerzy Jarocki… Chciałabym zagrać u Andrzeja Dziuka, ale on dziś kieruje Teatrem im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem, który zresztą założył — a mnie ostatnio jakoś do teatru nie ciągnie. A może taka stabilizacja dziś by mi pomogła…? Muszę się nad tym zastanowić… A jak oglądam współczesne polskie filmy — myślę, że mogłabym zagrać u Pawła Pawlikowskiego. To, co wydobył z Joanny Kulig w „Zimnej wojnie” — jest po prostu mistrzowskie…!

— A ja panią widzę u Agnieszki Holland…
— Oj tak!

Renata Kretówna-Strobel: polska aktorka teatralna i telewizyjna, piosenkarka. Urodziła się w Suwałkach, ale wkrótce potem rodzina przeniosła się do Białegostoku. 1974 ukończyła PWST w Krakowie i w tym samym roku debiutowała rolą Laury w „Młynie” Lope de Vegi — przedstawieniu dyplomowym w reżyserii Haliny Gryglaszewskiej.
W latach 1974-1975 występowała w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie, następnie 1975-1984 w krakowskim Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej. W latach 1984-1987 aktorka Teatru Syrena w Warszawie. W latach 1987-1998 występowała na estradach całej Europy Zachodniej: śpiewała w językach obcych piosenki z repertuaru m.in. Lizy Minelli, Édith Piaf, Whitney Houston.

Renata Kretówna

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. ej #2812205 | 83.5.*.* 31 paź 2019 13:14

    Bardzo lubilam p. Renatke szkoda ze nie widzimy dzisiaj jej na ekranach pozdrowionka

    ! - + odpowiedz na ten komentarz