Poniedziałek, 18 listopada 2019. Imieniny Klaudyny, Romana, Tomasza

Szkoła kontra życie

2019-10-14 13:23:40 (ost. akt: 2019-10-14 12:30:35)
Jeśli nauczyciel potrafi zmotywować do cięższej pracy, wzbudzić zainteresowanie — nawet trudne rzeczy staną się łatwe

Jeśli nauczyciel potrafi zmotywować do cięższej pracy, wzbudzić zainteresowanie — nawet trudne rzeczy staną się łatwe

Autor zdjęcia: Pixabay

Dzień Nauczyciela to dobry powód, by świętować, ale też poświęcić chwilę na refleksję. Nad stanem polskiego szkolnictwa, przyszłością uczniów i nauczycieli. A mnie zastanawia jeszcze jedno: dlaczego inni mogą, a my ciągle nie?!

Zasadniczo prawo do wygłaszania opinii o szkole mam z obu stron barykady. Po pierwsze, wciąż doskonale pamiętam swoje szkolne lata podstawówki i ogólniaka. Po drugie, jako studentka filologii angielskiej, ilekroć zgłaszałam się do szkoły z prośbą o przyjęcie na praktyki — łapano mnie jako anglistkę in spe, bo był początek lat dwutysięcznych, angielskiego uczyć chcieli się wszyscy, ale uczyć nie było komu. I co mi te doświadczenia dały? Jaka jest ta polska szkoła?

Ja — uczeń

Polski język, którym posługuję się dziś całkiem sprawnie, to była moja zmora! Nie, żadne tam problemy z gramatyką. Problemem — mam do dziś nieodparte wrażenie — była moja osobowość i absolutny brak umiejętności podporządkowania wymogom obu polonistek. No to tępiły mnie, na czym mogły — czyli na poezji, bo sęk w tym, że ja poezją mogę się wzruszać, ale nie rozbierać na czynniki pierwsze pt. co autor miał na myśli. Maturę zdawałam z trzech przedmiotów: polskiego, angielskiego i łaciny. Z obu obcych otrzymałam ocenę celującą, a z polskiego? Szkoda gadać! Świadectwo maturalne w pudle ze szkolnymi wspomnieniami leży na samym dnie, a i to planuję jeszcze wydrapać ocenę z tego ustnego polskiego na zawsze.

Na geografii cierpiałam natomiast za miliony, też z powodu pani psorki, która do mapy wzywała wszystkich prócz mnie. — Ty, Bukowiecka, czytasz mapy jak książki, a oni nie wiedzą, gdzie północ, gdzie południe i Madrytu szukają w Szwecji! — niezmiennie dopowiadała na moje żale, szkalując resztę klasy. Ale rację miała: do dziś gardzę systemem GPS!
Co innego matematyka, szczególnie w szkole średniej. Ja, humanistka, do dziś rozwiążę równanie z dwiema niewiadomymi, obliczę pole i obwód jakiej chcecie figury, niestraszne mi działania na ułamkach zwykłych, dziesiętnych i procentach. To prawda, znaczenie mógł mieć fakt, że niezwykle pociągała mnie osoba nauczyciela matematyki — możliwe zatem, że do tych cotangensów miałam dodatkową motywację.
Morały z moich perypetii są dwa. Jeśli człowiek chce się czegoś nauczyć, ma w tym kierunku odrobinę talentu i chęci — to mu żaden nauczyciel nie przeszkodzi. A jeśli człowiek nie ma ani talentu, ani zacięcia, ale nauczyciel tak czy inaczej potrafi zmotywować do cięższej pracy, wzbudzić zainteresowanie — nawet całki wejdą gładko.

Ja — nauczyciel

To była wielka pomyłka! Na taki obrót spraw znaczący wpływ miał mój indywidualizm i sprzeciw przeciwko schematom. Chciałam swoich uczniów nauczyć nazw drzew po angielsku. Topola, klon, lipa, dąb — wszystkie rosły wokół szkoły, zahaczyliśmy nawet o części drzewa i jakieś kwiatki — wszystko oczywiście po angielsku, z okazami i rysunkami poglądowymi w zeszytach. Na najbliższej przerwie natychmiast wylądowałam u dyrektora za prowadzenie lekcji poza salą. Podobnie kończyły się moje lekcje śpiewane: sama wiele słów i zwrotów poznałam z piosenek swoich idoli i chciałam podobnie uczyć uczniów. Dywanika może nie miałam, ale natychmiast narażałam się kolejnym dyrektorom. Z tej opowieści morał jest taki, że przynajmniej 15 lat temu polska szkoła na nowatorskie metody nauczania wciąż nie była gotowa. No to poszłam precz…

Szkoły i modele

Od lat mówi się, że polska szkoła działa — wciąż i niestety — na zasadzie 3xZ: zakuć — zdać — zapomnieć. — Dlatego ja uczę się wyłącznie tego, co przyda mi się w przyszłym zawodzie — mówi Romek, uczeń technikum w Olsztynie. — Chcę zostać informatykiem i naprawdę nie sądzę, by przyczyny upadku powstania listopadowego były mi do tego niezbędne. Staram się skupiać na matematyce, informatyce, wiele w tym kierunku sam czytam. A najważniejsze, że mam wyrozumiałych rodziców: za jedynkę z polskiego lub historii gniewają się nieco mniej, niż za dwóję z matmy.

— Problem w tym, że trzeba mieć dobre świadectwo i sporo tych punktów, by dostać się do wymarzonego ogólniaka lub technikum — przyznaje Ewa, sąsiadka z dołu, uczennica naszej osiedlowej dziewiątki. — Na szczęście ominęło mnie to zamieszanie z dostaniem się do szkoły, które przeżywali moi o rok starsi koledzy w lipcu tego roku. Ale nie ma pewności, jak będzie w przyszłym roku. Bardzo chciałabym dostać się do olsztyńskiej jedynki, do klasy z rozszerzonym angielskim, ale zakuwać muszę nie tylko angielski. Też chemię, fizykę czy biologię…Trzeba kuć, bo każdy punkt na wagę złota…

Szkoła po fińsku

Tyle gadania o tym fińskim modelu edukacji — ale żeby ktoś zaczął wprowadzać go do polskich szkół — to już nie!

A szkoła fińska to jakby hołd złożony Albertowi Einsteinowi, który mawiał, że nauka w szkołach powinna być prowadzona w taki sposób, aby uczniowie uważali ją za cenny dar, a nie za ciężki obowiązek. Skutek jest taki, że władze Finlandii, wychodząc z założenia, że to właśnie nauczyciele decydują o sukcesie każdej reformy szkolnictwa — oparli system edukacyjny na zaufaniu do nauczycieli, a nie na ich kontroli. Nie uświadczysz w fińskiej szkole upokarzających inspekcji ani list rankingowych. Fiński nauczyciel nie działa według z góry narzuconego krajowego planu nauczania, nie musi sięgać po zatwierdzone materiały dydaktyczne, tygodniowe plany pracy i nie prowadzi skrzętnych zapisów w dzienniku dotyczących tego, co konkretnie robił w każdej godzinie pracy. Pewnie dlatego praca w szkole kojarzy się przede wszystkim z prestiżem, a nauczycieli w Finlandii darzy się szacunkiem. Już na studiach pedagogika jest kierunkiem równie ważnym, jak medycyna czy prawo. I równie trudno się na nią dostać: bo i wymagania wysokie, i konkurencja spora. A potem całkiem spore zarobki. Fiński model edukacji to też zaufanie, ale i rozwój pasji. Dzieci idą do szkoły w wieku 7 lat, nie noszą mundurków, do nauczycieli zwracają się po imieniu. Mają też wolną rękę w wyborze przedmiotów, których chcą się uczyć. Uczniowie wybierają również, które z nich będą zdawać na egzaminie, a te pojawiają się tu dopiero po ukończeniu przez dzieci 16 roku życia. Uczniowie spędzają na lekcjach relatywnie mało czasu.

Finowie uważają, że najskuteczniej uczyć się poza szkolną ławą. Fińskie klasy są niewielkie — tak, by nauczyciel mógł poświęcić każdemu czas. W klasach początkowych nauka odbywa się przez zabawę, w ciągu pierwszych 4 lat edukacji uczniowie nie otrzymują ocen, przez 6 lat nie są też poddawani jakimkolwiek egzaminom czy testom. Prac domowych nie ma, a jak są — to dobrane indywidualnie i tak, by nie zabierać dzieciom zbyt wiele czasu. Nie da się w Finlandii klasy powtórzyć, nie istnieją płatne korepetycje, a model opiera się na równości: nie ma lepszych i gorszych uczniów; są tylko uczniowie rozwijający kompetencje w różnych kierunkach. Szkoły dla elit też nie mają racji bytu. Wszystkie szkoły są równe i proporcjonalnie do swojego rozmiaru otrzymują takie same środki finansowe. Zdecydowana większość szkół jest państwowa, a te nieliczne prywatne też są bezpłatne, bo prawo do bezpłatnej nauki wszystkim dzieciom zapewnia konstytucja. I nikt nie faworyzuje matematyki czy chemii kosztem plastyki lub w-fu.

No prawdziwa bajka, choć czemu poza polskim zasięgiem — naprawdę nie jestem w stanie pojąć!

Magdalena Maria Bukowiecka

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (7) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. ol #2804226 | 79.184.*.* 15 paź 2019 12:32

    Dopiero co zaczęli pracować po 2 miesięcznym byczeniu się a już świętują. Potem płacz jak im mało. Czemu pracownicy innych branż nie mają świąt?

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Pl #2804000 | 83.5.*.* 15 paź 2019 06:16

    Ja swoje dziecko przepisze do prywatnej szkoły. Przynajmniej nauczyciele podchodzą do tematu poważnie.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-5) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. cvbcvb #2803852 | 109.241.*.* 14 paź 2019 18:26

      Smutne....wszyscy zapominają że , szkoła to nie tylko nauczyciele i uczniowie ale i pracownicy obsługi i administracji bez których nie istniała by. szkoda że zawsze wszyscy podkreślają tylko rolę NAUCZYCIELI :(

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. ok. #2803785 | 5.173.*.* 14 paź 2019 16:18

      dno

      ! - + odpowiedz na ten komentarz

    3. oko #2803761 | 195.136.*.* 14 paź 2019 15:40

      To raczej dzień dziecka, dzieci mają wolne, mogą być na świetlicy, a nauczyciele mają 3 - 5 godzin dyżury...

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    Pokaż wszystkie komentarze (7)