Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn"

2019-06-10 10:21:33(ost. akt: 2019-10-25 13:10:02)
1 maja

1 maja

Autor zdjęcia: archiwum

Zapraszamy do przeczytania cyklu felietonów Władysława Katarzyńskiego, wieloletniego dziennikarza Gazety Olsztyńskiej, który ukochał swój Olsztyn...
Pałac Kultury porwał wiatr...

Mój znajomy, człowiek starej daty, żartuje, że kiedy nadchodzi 1 maja, odruchowo szuka szturmówki. Takie przyzwyczajenie. Te barwne pochody, hasła, transparenty, te portrety nad trybuną honorową... Pamiętacie? To powspominajmy.

Jedni zapewniają, że uczestnictwo w manifestacjach pierwszomajowe nie było obowiązkowe, niemniej „bardzo wskazane”, inni, że był to nakaz. Jak nie poszedłeś, zawsze jakiś hak na ciebie potem znaleziono. W Olsztynie trasę przemarszu wyznaczano przez lata w różnych miejscach. Manifestacje odbywały się na starówce, ulicy Dąbrowszczaków, na Kościuszki, w końcu na ulicy Zwycięstwa, dzisiaj Piłsudskiego. Z tych, jakie zapamiętałem najbardziej jako uczeń ogólniaka, jedna odbyła się przy padającym śniegu. Staliśmy cienko ubrani, bo maj przecież, uczniowie ogólniaka naprzeciwko ówczesnej DOKP, w sąsiedztwie „szubienic”, czekając na swoją kolej, żeby dołączyć do pochodu. Kiedy to w końcu nastąpiło, rozpadało się na dobre. Nazajutrz na skutek przeziębienia pół klasy nie przyszło do szkoły. Od uczniów nie wymagano nawet usprawiedliwień. Bo zachorowała także część nauczycieli.

W przeddzień święta pracy aktywiści szkolni uczyli się na pamięć pierwszomajowych haseł w rodzaju: „Naród z partią, partia z narodem”, które mieli skandować przed trybuną honorową. W szkołach pojawiały się okolicznościowe gazetki i odbywały akademie. W jednej z nich jako uczeń podstawówki nawet uczestniczyłem. Z zadaniem wygłoszenia wiersza „Lenin w Poroninie”. Sala była nabita. „Na małej stacji w wiosce Poronił... — zacząłem i czując, że popełniłem jakiś błąd, zaciąłem się na amen. Po skończonej akademii zostałem wezwany do gabinetu dyrektorki.

— Jaki Poronił, Poronin, Poronin!

Na sali byli towarzysze z komitetu miejskiego! I już odtąd na żadnej akademii nie wystąpiłem. Jaka ulga!

Innym razem zaproszono do szkoły, aby uatrakcyjnić taką akademię, znanego poetę Juliana Przybosia, znanego w okresie socrealizmu z poniżania poetów kolegów z ZLP, m.in. Gałczyńskiego czy Broniewskiego ( oczywiście wtedy o tym nie wiedzieliśmy). Coś tak swojego ten poeta recytował, ale nas, siedzących w ostatnich rzędach, nie zainteresował. Po akademii zebrała się wokół niego gromadka fanów poezji. Innych, w tym mnie, rozpuszczono do domów. Dzisiaj tego żałuję, mogłem zdobyć autograf znanego twórcy.
Pierwszomajowe święto było okresem żniw dla plastyków.

— Naturalnie dla tych, którzy byli przy korycie, a najlepiej, jak jeszcze należeli do partii — wspomina olsztyński artysta malarz Artur Nichthauser. — To oni dostawali intratne zlecenia na projektowanie i wykonywanie dekoracji. Ja nie byłem ani blisko koryta, ani nie należałem. Kiedyś, jak jeszcze pracowałem w przyzakładowym domu kultury elbląskiego Zamechu, próbowano mnie zapisać, ale się wymigałem: „Chyba nie chcecie w organizacji mieć jeszcze jednego pijaka?”.

Dla takich jak Artur (pozdrawiam serdecznie) pozostało malowanie haseł albo robienie tzw. wcierek, czyli wykonywanie powiększeń przywódców z portretów małych, gabinetowych na wielkie portrety. Była to żmudna robota.
— Zależy, kto komu przypadł! — prostuje mnie Artur. — Jak miałeś zrobić wcierkę Lenina, to mniejsza kasa, bo był łysy, więc i mniej pracy — wspomina Artur Nichthauser. — Większa za Marksa i Engelsa, bo ci byli w miarę owłosieni i brodaci.

Nieżyjący już dzisiaj olsztyński artysta fotograf i kamerzysta Ryszard Czerwiński współpracował wtedy z Polską Kroniką Filmową. Pewnego dnia otrzymał zlecenie nakręcenia do kroniki migawki filmowej z 1 Maja w Olsztynie. W przeddzień pojawił się w miejscu, gdzie ustawiono trybunę honorową i wybuchnął gniewem.

— Po której stronie ulicy jest trybuna? — zawołał. — Przecież słońce będzie towarzyszom świeciło w oczy! Jak oni wtedy wypadną w kronice, mrugając oczami, że niby to wszystko to jest pic?
I trybunę w nocy przeniesiono.

Inny artysta, Janusz Wierzyński, otrzymał któregoś dnia zlecenie na ustawienie dekoracji naprzeciwko domu towarowego Dukat. W przeddzień zjawili się z Rysiem, żeby sprawdzić, czy wstęgi mocno się trzymają. Kręcących się przy dekoracji zatrzymał milicyjny patrol, wietrząc dywersję. Jeden telefon do „Białego Domu” wyjaśnił nieporozumienie.

Olsztyńscy artyści zaznaczali również swoją obecność na samych pochodach. Kiedyś, jak wspominał architekt i karykaturzysta Edward Michalski, zamówiono u niego i dwóch kolegów makietę Pałacu Kultury i Nauki. Wykonali ją ze słomy wzmocnionej rusztowaniem z listew. Kiedy trzej muszkieterowie nieśli ją w pochodzie, przed trybuną honorową zerwał się wiatr i makieta wylądowała w krzakach.

— Obciach był jak cholera! — wspominał po latach Michalski. — No i oczywiście potem nam za robotę nie zapłacono.

W pochodzie pierwszomajowym, jak wszędzie w Polsce, obok uczniów szkół i studentów szli robotnicy z zakładów pracy, inteligencja pracująca, aktywiści z pegeerów. Ci ostatni chwalili się na transparentach, ile to świń i mleka u nich wyprodukowano, a robotnicy, jak to przekraczali normy. Barwnie prezentowały się szkolne orkiestry dęte, a było ich wówczas w Olsztynie kilka.
Pamiętam też, jak kiedyś olsztyńscy kolejarze jechali ciężarówką z ustawioną na platformie makietą lokomotywy, która dymiła i gwizdała, a piloci z aeroklubu holowali za nimi szybowiec. Po kilku latach obecności w pochodzie koni z podolsztyńskich stadnin z tej atrakcji z wiadomych względów zrezygnowano. Pochód kończył się pod Wysoką Bramą, po czym był rozwiązywany. Szturmówki i transparenty z hasłami składano w jedno miejsce bądź porzucano byle gdzie. I wszyscy spieszyli do stoisk z piwem i kiełbasą, bo w tym dniu wszelkiego dobra w Olsztynie nie brakowało. Potem tłumy udawały się tramwajem do wudeku, dzisiejszego CEiIK-u, gdzie pod wieżą spadochronową odbywała się w tym dniu inauguracyjna majówka z występami Miejskiej Orkiestry Dętej oraz ludowych zespołów. Takie to były te nasze pierwsze maje.
Jedni wspominają je z sentymentem, inni z przekąsem. Ale nikomu nie było do śmiechu, kiedy 1 maja 1986 roku, już po wybuchu w Czarnobylu, kiedy trująca chmura pojawiła się nad północnymi rejonami Polski i o tym fakcie już najwyższe państwowe władze wiedziały, pochód się odbył. Ale o tym dowiedziano się znacznie później.

I na zakończenie taki epizod. W 15 lat po Czarnobylu byłem jako dziennikarz w Mikołajkach, w tamtejszym obserwatorium. Jeden z pracowników opowiedział mi, że to tam jako pierwsi w Polsce zmierzyli stopień napromieniowania po przejściu radioaktywnej chmury. „Złapaliśmy się za głowy, bo był niebywale wysoki! — wspominał. — Meldunki poszły do Warszawy, a że zbliżał się 1 maja, schowano je do szuflady...
1 maja

A to kto? E, taki tam, Maradona!

Było to bodajże na początku lat sześćdziesiątych, kiedy na środku ulicy Jagiellońskiej w Olsztynie zauważyłem krępego mężczyznę z radioodbiornikiem tranzystorowym przy uchu. Słuchał sprawozdania z kolejnego etapu Wyścigu Pokoju.

Tranzystor był w tamtych czasach obiektem zazdrości młodych ludzi jak my, a poza tym chodziło o wyścig, którym pasjonowała się wtedy cała Polska. Natychmiast otoczyliśmy go ciasnym wianuszkiem. To był Józef Łobocki, ikona olsztyńskiego sportu. 31 marca minęła 15 rocznica jego śmierci.
Piłka nożna była moją pasją od dzieciństwa. Zaraz po lekcjach, zamiast zabrać się za pracę domową, graliśmy aż do wieczora w nogę. Boiskiem było podwórko za naszą kamienicą. Z jednej strony za bramkę służył trzepak, z drugiej płot. Futbolówka miała wewnątrz dętkę, która nie zawsze wytrzymywała zderzenie ze sztachetą i pękała, po czym była przerwa, podczas której wymienialiśmy ją na inną.

Prawdziwą piłkę, na pompkę, zdobyłem po latach, wymieniając ją (jakże byłem wtedy naiwny!) na dwa klasery przedwojennych znaczków pocztowych znalezionych na strychu. Piłka była dla nas tak cenna, że staraliśmy się nie trafiać w szyby. Niestety, czasami komuś „zeszła” z nogi. Kiedy rozlegał się donośny dźwięk zbitego szkła, w mgnieniu oka znikaliśmy za blokiem. Po chwili w oknie pojawiał się z futbolówką w ręku i toporkiem do rąbania mięsa poszkodowany sąsiad. Po długich negocjacjach, żeby to już było ostatni raz i solennych, „pod Bogiem!” obietnicach, że szyba zostanie wstawiona, odzyskiwaliśmy nasz skarb.

Nie chwaląc się, w tych podwórkowych bojach wyróżniałem się bojowością i umiejętnościami strzeleckimi. W każdym razie nogi nie odstawiałem. Ta „bojowość” zaowocowała któregoś dnia złamaniem nogi koledze, który większe pojęcie niż o piłce miał o szachach. Wyjęliśmy wtedy z płotu sztachetę, przywiązaliśmy mu tę nogę paskami od spodni do deski i... graliśmy beztrosko dalej aż do przyjazdu karetki.

W tamtych czasach wielką miłością olsztyńskich kibiców była Warmia. W 1964 roku jako mistrz olsztyńskiej III ligi, grając w grupie z Motorem Lublin, Włókniarzem Łódź i Mazurem Ełk, zajęła pierwsze miejsce i pod wodzą trenera Aleksandra Kupcewicza awansowała do II ligi. Spędziła w niej jeden sezon, po czym spadła. Drugi awans miał miejsce w 1966 roku. W meczu ze Starem Starachowice, który decydował o wejściu do II ligi, na stadionie było 15 tysięcy widzów, którzy siedzieli nawet na bieżni i stworzyli niezapomnianą atmosferę. Warmia wygrała 3:0, a kibice przemaszerowali triumfalnie do centrum miasta przez most na Wojska Polskiego pod ratusz. I znów po jednym sezonie Warmia znalazła się wśród spadkowiczów. A potem nastąpiła era Stomilu, który w 1994 roku pod wodzą trenera Bobo Kaczmarka awansował do ekstraklasy. Dziś gra w I lidze.

Smaku piłki w wymiarze znacznie skromniejszym zaznałem w swoim życiu i ja. Zacznę od tego, że przez wiele lat piłka nożna w szkołach była niechętnie widziana. Jednak pewnego dnia w „jedynce” pojawiła się informacja o naborze do drużyny trampkarzy OKS. Poszliśmy naszą całą podwórkową grupą, zagraliśmy mecz towarzyski z ich młodzikami i... sprawiliśmy okaesiakom lanie. Zaproszono nas na trening. Już na pierwszych zajęciach trener M., który z trudem przełknął gorzką pigułkę porażki, kazał zrobić każdemu z nas, żeby go zniechęcić, po dwa okrążenia na jednej nodze wokół boiska. W rezultacie z naszej grupy zostałem tylko ja. Tak minął miesiąc, po czym skończył mi się wiek młodzika i zagrałem w drużynie trampkarzy w meczu z Polonią Lidzbark Warmiński.

W tymże OKS-sie spotkałem się po raz drugi z Józkiem Łobockim. Nie było dyscypliny, której Ziutek nie uprawiał: piłka nożna, kolarstwo, koszykówka, tenis stołowy... To Józek nauczył mnie faulować tak, żeby sędzia tego nie widział. To Józek wmówił nam, że najlepszym środkiem dopingującym jest... cytrynada — sok cytryny wymieszany z ciepłą wodą.

Po dwóch sezonach gry w OKS-ie trafiłem do wymarzonej Warmii. Pamiętam, jak swoją koszulkę i buty ofiarował mi Stasiek Komorowski (bracia Stanisław i Longin Komorowscy grali w seniorach Warmii). Grałem najpierw w juniorach, potem w seniorskiej A-klasie, a moim trenerem był, jak pamiętam, pan Woźnica. Potem zagrałem kilka meczów w III lidze, po czym na dwa lata uniemożliwiła mi grę kontuzja.

Po powrocie nie znalazłem już miejsca w składzie. W barwach Warmii zagrałem jeszcze w eliminacjach pucharu Polski w Bartążku z tamtejszym A-klasowym IHAREM. Był to dla mnie pamiętny mecz. Sędziował go sędzia klasy międzynarodowej Alojzy Jarguz. Kiedy ostro sfaulowałem przeciwnika, pokazał mi żółtą kartkę. Mimo że ponowny faul groził wyrzuceniem z boiska, zrobiłem to po raz drugi. Sędzia z miejsca pokazał mi „czerwień”. Siedząc ze smętną miną na ławce, zauważyłem śliczną blondynkę. Kibicowała IHAROWI. Po latach została moją żoną. Niedawno ze smutkiem dowiedziałem się, ze pan Alojzy po wielu latach walki z nowotworem (był namiętnym palaczem, przeszedł 23 operacje) zmarł. Ja po wspomnianym meczu sam na kilkanaście lat wylądowałem w tymże IHARZE. Ostatni w życiu mecz, Polska-Niemcy w Naterkach, gdzie od lat spotykają się ci, którzy wyjechali z Warmii do Niemiec, z tymi, którzy tu mieszkają, zagrałem kilka lat temu (brałem udział w 15 edycjach). Przed meczem, kiedy nasza flaga narodowa zawisła na maszcie, wysłuchałem ze wzruszeniem Mazurka Dąbrowskiego. I to była namiastka wielkiej piłki.

Niedawno byłem na moim starym podwórku, gdzie grywaliśmy w nogę. Ani śladu dzieci. Co by zresztą tam dzisiaj robiły. Podwórko jest zastawione samochodami.

A Józek Łobocki... Cóż, on smaku wielkiej piłki zaznał. Co prawda nie w charakterze piłkarza, ale jako trener, współpracując z młodzieżowymi kadrami Polski. Kiedyś zrobiłem z nim wywiad w jego domu. Mieszkał skromnie. To ja! — pokazał w jednym z albumów swoje zdjęcie w reprezentacyjnym dresie. — A ten drugi, ktoś znajomy?— zapytałem. — E, taki tam, Maradona!

mecz

***
O matematyku, który stawiał zera

Strajk nauczycieli wzbudził wielkie emocje, a jednocześnie wspomnienia ze szkolnych lat. Np., jakich nauczycieli czasów zapamiętaliśmy, czy tych, co nas czegoś nauczyli, czy tych, co nam dali szkołę. Myślę, że jednych i drugich.

Pierwszego września 1956. Idę, pierwszoklasista, objuczony tornistrem do szkoły. Moja podstawówka, „jedynka”, mieści się przy ulicy Moniuszki (stoi tam do dzisiaj). Po drodze, wzdłuż ulicy Niedziałkowskiego, po jednej i drugiej stronie rząd zburzonych kamienic, podpalonych przez czerwonoarmistów w styczniu 1945 roku. Tu i ówdzie na murze napisy farbą „Min niet!”. Na chodnikach stoją słupy po latarniach gazowych, prąd doprowadzono kilka lat wcześniej. Nagle przelatuje nade mną samolot. Zagapiony, walę głową w słup i natychmiast na czole wyskakuje mi guz wielkości śliwki. Przychodzę zalany łzami do szkoły, w drzwiach wita uczniów nasza przyszła wychowawczyni pani Kobylańska. Ze słowami: „Ten chrzest szkolny zapamiętasz do końca życia!”, bierze mnie do pokoju nauczycielskiego i przykłada nóż do czoła. Zapamiętałem ten dzień i panią Kobylańską też.

Była to zacna i troskliwa osoba, mająca bardzo dobry kontakt zarówno z wychowankami, jak i rodzicami. W szkole nie sprawiałem większych kłopotów (poza szkołą tak). Ale tam lekcji wychowawczych udzielał nam, psotnym chłopakom z Zatorza, dzielnicowy, który do naszej kamienicy zaglądał dość często (dzisiaj nie wiem, kto jest moim dzielnicowym).

Pewnego dnia pani Kobylańska poinformowała nas, że w szkole odbędą się szczepienia, zmora każdego uczniaka. Kiedy nadszedł ten „czarny” dzień, schowałem się za barakiem (tak, tak, młodsze klasy „jedynki” uczyły się wtedy w murowanym baraku!). Tymczasem wychowawczyni, z zeszytem w ręku, z wpisanymi w nim naszymi nazwiskami, pilnowała, aby każdy z jej uczniów został zaszczepiony, więc wchodzący do gabinetu i wychodzący stamtąd delikwent był dwa razy odnotowywany. Kiedy znienacka się pojawiłem wśród kolegów, zrobiła wielkie oczy: „Nie mam cię tu odhaczonego! Gdzie byłeś?”. „Właśnie wyszedłem z gabinetu!” — odparłem, kłamiąc w żywe oczy. I na dowód tego pokazałem ślad po szczepieniu, zrobiony przez siebie chemicznym ołówkiem, kiedy byłem poza barakiem. Moja wychowawczyni była jednak czujna i szczepienia w tym dniu nie uniknąłem. O tym zdarzeniu dowiedzieli się rodzice.

Z tamtych lat, kiedy już byłem w starszych klasach, pamiętam też rusycystę. Był to, jak szkolna wieść głosiła, jakiś zruszczony Polak, repatriant, który przeszedł szlak bojowy od Lenino do Berlina. Podczas jego zajęć uczniowie stawali na głowach: czytali „Przegląd Sportowy”, grali w karty, strzelali ze skobelków itp. Miał zwyczaj, kiedy byliśmy zajęci czym innym niż lekcja, podkradać się z tyłu i — posługując się zwiniętą gazetą — walić przeszkadzającego z rozmachem przez plecy, cedząc z satysfakcją: „No, swołocz! A masz, a masz!”.

Z tamtych czasów wspominam także panią Polakową, nauczycielkę przyrody. Była bardzo wymagająca (do dzisiaj potrafię odróżnić pantofelek od ameby). U pani Polakowej, osoby nieco ekscentrycznej (kiedy robiła nam sprawdziany, siadała na krześle ustawionym na stole nauczycielskim, żeby mieć oko na ściągających), trzeba było robić zielniki. Rośliny zbierało się i zasuszało przez cały rok i to właśnie zielniki były jednym z ważnych kryteriów otrzymania dobrej oceny. Kiedyś przyniosłem na zakończenie roku aż dwa zielniki, co wzbudziło jej niekłamany podziw. Po krótkim śledztwie wydusiła ze mnie, że jeden z nich, jeszcze przedwojenny, znalazłem na strychu naszej poniemieckiej kamienicy. Za karę musiałem nauczyć się nazw łacińskich moich roślin.

Któregoś dnia dostąpiłem zaszczytu mianowania przez inną moją wychowawczynię, panią Król, gospodarzem klasy. — Muszę na chwilę wyjść — powiedziała zaraz po tym wyborze. — Pilnuj żeby był tu porządek!
Tak bardzo przejąłem się tą rolą, że podczas jej nieobecności wdrapałem się na stół nauczycielski i, gwiżdżąc, zacząłem uciszać klasę. Niespodziewanie weszła pani Król i zdjęła mnie z funkcji.

Z tamtych lat ciepło wspominam panią Sakowicz, polonistkę, która nauczyła nas, jak uczyć się wierszy na pamięć, zainteresowała poezją romantyzmu i panią S., matematyczkę, ładną i zgrabną. Kiedy prowadziła lekcje, siedzący w pierwszym rzędzie chłopcy (sadzano tam najbardziej niesfornych) wysuwali pod stół nauczycielski nogi z butami, na których było przyklejone lusterko z Bardotką, sięgając przez to wzrokiem tam, gdzie...

Potem na przerwach dzielili się wrażeniami. Może dlatego matematyka była i nadal jest moją piętą achillesową. A jeśli już o niej mowa, wspomnę tu inną barwną postać — matematyka, pana M. z II Liceum Ogólnokształcącego, który słabeuszom stawiał w dzienniku zera. Kiedyś w jednym okresie wlepił mi z siedem, co groziło nieotrzymaniem promocji do następnej klasy. Potem jednak zreflektował się i tuż przed końcem roku, mówiąc: „Z ciebie i tak matematyk nie będzie”, wstawił mi siedem trój. Jakiś czas później spotkałem go kiedyś na starówce. Szedł na piwo. Pogadaliśmy sobie, pośmialiśmy. Jakim cudem zaliczyłem więc matematykę na maturze? Ściągę przemyciła mi pani od historii — nie pamiętam już jej nazwiska. Miała słabość do piszących wiersze, a ja już wtedy wiersze pisałem.
Nowy Rok 1958, Szkoła Podstawowa nr 1. Ja w pilotce po prawej

***

Klient nasz pan! Czy na pewno?

„Na zwróconą uwagę ekspedientce, że nierówno odkroiła sześć plasterków wędliny, wręczyła mi nóż, mrucząc: Niech pan sobie oderżnie! To jeden z wpisów umieszczonych w książce życzeń i zażaleń z Olsztyna z lat sześćdziesiątych.

Ten felieton będzie o handlu i trochę o usługach. To było tak jak w scenie z komedii „Nie lubię poniedziałków”. Rano przed drzwiami naszego mieszkania znajdowaliśmy butelkę z mlekiem. To usłużny syn znajomej mojej mamy, sklepowej ze sklepu spożywczego PSS „Społem” z Jagiellońskiej, przed pójściem do szkoły świadczył nam tę usługę.

O siódmej pojawiał się zatrudniony na kolei wozak w zaprzęgniętej w konie zielonej budce z przyczepką pełną węgla (ojcowski deputat kolejowy) i zwalał go na podwórko. Wrzucenie węgla do piwnicy po szkole to było moje zadanie, nastolatka. Pamiętam, jak kiedyś przejęci ideą akcji Niewidzialna Ręka (pomoc starszym i kalekim osobom) wrzuciliśmy węgiel do piwnicy znajomemu dziadkowi. Tyle że nie do jego piwnicy, tylko sąsiada. Raban na całą kamienicę!

W sklepach zaopatrywaliśmy się głównie w chleb i wędliny, w warzywnych w owoce i warzywa, ale tylko poza sezonem, bo w sezonie od maja do października mieliśmy je z naszego ogródka. W warzywniakach stały w wielkich beczkach pyszne kiszone ogórki i kapusta, które wydawano klientom. Na naszą prośbę, kiedy w sklepie nie było akurat nikogo, znajoma sklepowa wręczała nam cienką plastikową rurkę i pozwalała pić przez nią słono-słodki sok. Wychodziliśmy opici jak bąki.

W sklepach ekspedientki przysypywały do pojemnika na wadze cukier z worków i mąkę, porcję produktów odkrajano również z brył marmolady i smalcu, zanim nie zaczęto tego wszystkiego paczkować. Rarytasem w sklepach były cytryny i pomarańcze. Kiedy przyszła taka dostawa do Delikatesów na starówce, ustawiały się po nie kolejki. Dostawaliśmy je tylko przy nadzwyczajnych okazjach, np. na Boże Narodzenie, imieniny czy urodziny. Ostatecznie można było iść na Koński Rynek, gdzie sprzedawali je szczęśliwcy posiadający rodzinę za granicą.
Handel był w czasach mojego dzieciństwa uspołeczniony, a ceny narzucane odgórnie, ale kwitł zarazem czarny rynek. W naszej kamienicy mieszkał na przykład pan E., handlarz złotem, drogimi zegarkami i bursztynem, po który jeździł do Gdańska. Pamiętam, jak paradował po mieście obwieszony złotymi bransoletami i łańcuchami.

Na co dzień delektowaliśmy się oranżadą w proszku, zlizując ją nawilżoną z dłoni czy też pijąc w płynie z butelki zaopatrzonej w zatrzask. Rozlewnia oranżady znajdowała się na rogu Jagiellońskiej i obecnej Tczewskiej. Na festynach, na przykład koło wudeku czy też na popularnym Karolku, czyli placu Karola Świerczewskiego dziś Targu Rybnym, była sprzedawana w budce cukrowa wata i woda sodowa z sokiem z saturatorów. Dorośli stali w kolejkach po piwo. Jeden gatunek, produkowany w olsztyńskim browarze, piwo niepasteryzowane. Po pięciu dniach nie do spożycia. Otworzyłeś butelkę, wylewało się.

W tamtych czasach za takimi produktami, jak zagraniczne czy też polskie buty dobrej jakości (mama raz wydała na nie pół pensji), trzeba było się nachodzić lub wystać. Pan Romek, dzisiaj wolny strzelec, wspomina, że jeździł z wędzonymi węgorzami do radomskiego Radoskóru, żeby wymienić je u kierowników zakładu na buty w stylu włoskim.

Do produktów luksusowych należały nylonowe płaszcze, swetry dobrej jakości, dżinsy. Te ostatnie ( 7 dolarów za sztukę), kupowało się za bony PKO w sklepie Peweksu na starówce. Bony i dolary można było nabyć u cinkciarzy na Końskim Rynku. Brakowało wysokogatunkowych tkanin, ocynkowanych i emaliowanych naczyń. Po naszych domach chodzili Cyganie, oferując patelnie. Zużyte, z dziurami, łatali i sprzedawali jak nowe.

Ludowa władza, lansując hasło „Klient nasz pan”, w 1954 roku wprowadziła książki życzeń i zażaleń. Wisiała sobie taka w widocznym miejscu, przepasana sznurkiem, na sznurku był też zawieszony chemiczny ołówek. Po latach wydawca „Kalendarza Olsztyna” Tomek Śrutkowski pokazał mi jedną z takich książek. Jeden z wpisów zacytowałem na wstępie. Niektóre były dość zabawne. Ale czytałem gdzieś i taki, z restauracji: „W restauracji nie ma noży, personel tłumaczy, że klienci kradną, więc czym mamy jeść? Zębami!” — to wpis innego klienta.
W połowie lat 70. w Olsztynie pojawiły się wzorowane na handlu w NRD supersamy. Klient ładował sobie towar do koszyka, potem pojawiły się wózki.

Jeden z tych sklepów był na rogu Jagiellońskiej i Niedziałkowskiego. To okazja dla takich gości jak mój kolega Stopa z Zatorza, drobny złodziejaszek. Wchodził do sklepu z kotem za pazuchą, tak żeby jego łeb wystawał na zewnątrz. W środku kota wypuszczał, ładował dwa, trzy wina marki „jabol” i wynosił je dla kolegów. Zaś kot, korzystając z okazji, wyżerał smakołyki z półek. A potem, jak kiedyś wrócił system kartkowy, który wymaga osobnego felietonu. I stanie w kolejkach przez trzy dni i noce za segmentem dziecięcym „Alik”, wyjazdy na „ruski” bazar do Białegostoku po kolorowy telewizor „Rubin”, o czym też przy okazji napiszę.
Wreszcie nadeszły czasy wolnego rynku, pole do popisu dla osób z inicjatywą, takich jak pan Zbyszek z Olsztyna, który zbił na tym duże pieniądze.

Otóż pan Zbyszek, który podejrzał kiedyś gdzieś w kraju, jak handluje się chrupkami z automatu, odkupił taki automat i stanął z nim na juwenaliach w Kortowie. Od klientów nie mogłem się opędzić! — wspomina. — Potem przeniosłem się na wiadukt przed Zatorzem i tam to sprzedawałem. Wkrótce zarobiłem na mercedesa! Ale potem wprowadzili chrupki paczkowane i interes upadł!


***

Kto ma olej, to idzie na kolej!

W czerwcu 1945 roku mój tata Jan Katarzyński objął posadę kancelisty w I Oddziale Mechanicznym Okręgowej Kolei Państwowej w Olsztynie. W ten sposób nawiązał do rodzinnych tradycji — na kolei pracował bowiem jego tata też Jan.

Kiedy wywodzący się spod Krakowa dziadek Jan, kiedyś legionista, przechodził w Białymstoku na kolejarską emeryturę, otrzymał, obok odprawy pieniężnej, złoty zegarek marki Delbana oraz wycofany z eksploatacji wagon do rozbiórki. Mógł z niego zabrać sobie drewno do palenia.

Tata po przyjeździe do Olsztyna najpierw zamieszkał z moją mamą Janiną u znajomych na ul. Reymonta, potem, w grudniu 1946 roku, dostał przydział na duży pokój z kuchnią, ubikacją i komórką na ostatnim piętrze kamienicy przy ulicy Jagiellońskiej 39 ( obecnie 31). — A po co nam większe? — tłumaczył mamie. — Niemcy skumają się z Anglikami i Amerykanami przeciwko Rosjanom i tu wrócą!

Tata myślał nieperspektywicznie. Tak niewielka powierzchnia mieszkania stała się niewystarczająca, kiedy po latach z bratem Zbigniewem przyszliśmy na świat. Ja w 1949 roku.

Jak wyglądało wówczas Zatorze? Przybyli tu do Olsztyna kolejarze i ich rodziny (pierwsza grupa zjawiła się 19 lutego 1945 roku, co upamiętnia tablica pamiątkowa na budynku przy ul. Zientary- Malewskiej 2) zajmowali poniemieckie mieszkania w kamienicach po drugiej stronie torów, naprzeciwko dworca, np. przy Jagiellońskiej, Limanowskiego, Reymonta, Chopina, Niedziałkowskiego, Waryńskiego. Część kamienic było wypalonych, ponieważ podczas zajmowania Olsztyna Rosjanie tropili w nich „dywersantów”. W rzeczywistości był to kamuflaż rabunku poniemieckiego mienia na wielką skalę, a palenie kamienic miotaczami płomieni miało zatrzeć te ślady.

Sporo jednak mieszkań ocalało, łącznie z meblami i to one przypadły między innymi kolejarzom. Ci zaś, zagospodarowując się, z miejsca wzięli się do roboty na kolei, zabezpieczenia i remontu parowozów oraz innego sprzętu kolejowego i oczywiście uruchomienia linii. Trzeba dodać, że znaczną ilość taboru kolejowego, sprzętu, a także duże odcinki torów i podkładów Rosjanie wywieźli.

Kto ma olej, idzie na kolej! — tak zachęcano kiedyś do pracy na kolei. Kolejarz w tamtych czasach to był gość! Obok niezłych zarobków i różnego rodzaju deputatów, np. węgiel, on i jego rodzina mieli darmowe lub ze zniżką bilety na podróże po całej Polsce. Do dyspozycji kolejarzy były domy wczasowe lub wczasy wagonowe umiejscowione w wagonach wyposażonych w umeblowanie.

Pamiętam, jak co roku spędzaliśmy wakacje na takich wczasach w Krynicy Morskiej albo w Pasymiu. Z Krynicy Morskiej wspominam taplanie się w morzu i rybaków, którzy z sieciami pełnymi fląder wracali z połowów plażą do magazynów. Te flądry wypadały im po drodze z sieci, a myśmy je podnosili i potem rodzice smażyli zdobycz na kuchenkach elektrycznych. Flądry były wówczas bardzo tanie, więc rybacy nie przeszkadzali w kradzieży.

Tata wraz z mieszkaniem otrzymał piwnicę oraz część strychu, który zawierał pełno skarbów, o czym opowiem w jednym z kolejnych felietonów. Obok tego przysługiwała mu pewna ilość mebli do pokoju i do kuchni. A to, co zastał wewnątrz, np. sprzęt kuchenny, mógł sobie zatrzymać. Pamiętam, jak jedliśmy posiłki z fajansowych talerzy, które miały pod spodem swastykę. Pokazałem jeden taki talerz na podwórku i już nazajutrz mieliśmy wizytę dzielnicowego, który nakazał talerze potłuc i wyrzucić na śmietnik. Strzelaliśmy do nich z procy. W zapale tłuczenia rozbiliśmy także całą porcelanową zastawę stołową, wiano mamy od rodziców z Białegostoku.

Kolejarze byli nacją bardzo dumną z przynależności do tego zawodu, który dawał tak wiele przywilejów. Tym, którzy chcieli, przydzielano działkę na założenie ogródka. Nasze ogródki leżały w bliskim sąsiedztwie kamienicy. Jeden z sąsiadów trzymał tam klatki z królikami, inny hodował gołębie. W ogóle wśród kolejarskiej braci hodowla gołębi była rozpowszechniona. Gołębniki, zakładane przeważnie na dachach chlewików, były nie tylko na działkach, ale i na podwórkach. Jedne z ostatnich istniały jeszcze na początku tego wieku, np. na podwórku przy ul. Niedziałkowskiego czy Żeromskiego. Potrafiliśmy godzinami obserwować gołębie loty, chodziliśmy też na koński rynek i zbieraliśmy dla ptaków ziarno, które wypadło handlującym z furmanek.

Ale wracając do kolei... Od czasu do czasu wybieraliśmy się pociągiem do dziadków do Białegostoku. Kiedyś jeden z odcinków na trasie do Śniadowa przejechaliśmy wagonem trzeciej klasy, bo i taka istniała. Było niewygodnie, wewnątrz stały wzdłuż ścian drewniane ławy, ale dla nas z bratem była to atrakcja. W tych wagonach było jak w scenie z filmu „Zakazane piosenki”. Podróżowały nimi wiejskie babcie, wioząc kury, jajka, mięso. Częstowano się nawzajem bimbrem i kanapkami z kiełbasą.

Zapotrzebowanie na kolejarzy było tak duże, że w 1945 roku powstało w Olsztynie przy al. Wojska Polskiego Państwowe Liceum Komunikacyjne i Gimnazjum Mechaniczne, z którego w 1951 roku wydzielono Technikum Kolejowe. W 2011 roku nauka w popularnej „kolejówce” została wygaszona, ale w 2016 roku uruchomiono w Technikum Samochodowym klasy kolejowe. Kiedyś tata zabrał mnie z bratem do parowozowni, gdzie pracował jego kolega, pan Michał. Pozwolono nam wsiąść do parowozu, którym był Pt47 z Chrzanowa.

I na koniec „kolejowa” anegdota. Kiedyś, gdy byłem jeszcze młodym literatem, podczas sympozjum w Zegrzu poeta Stefan Połom przedstawił mnie Janowi Himilsbachowi: „Jasiu, to jest Władek Katarzyński, młody, dobrze zapowiadający się poeta z Olsztyna”. Na to Himilsbach: „Dobrze to on się może zapowiadać na dworcu jako zawiadowca, a teraz niech flaszkę postawi!”. Postawiłem.

Po kilku latach popularny aktor wystąpił z jakimś monologiem w kabarecie Ostatnia Zmiana w Domu Środowisk Twórczych w Olsztynie. Po spektaklu podszedłem do siedzącego samotnie przy stoliku Himilsbacha: „Panie Janie, spotkaliśmy się kiedyś na seminarium w Zegrzu!”. Przypatrzył mi się uważnie: „Pamiętam, pamiętam, kolejarz! Kolejarze mało zarabiają, teraz ja ci postawię!”

kolejarze
Fot. archiwum "Kalendarza Olsztyna"
Ja jako dyżurny ruchu w inscenizacji przyjazdu pierwszych kolejarzy do Olsztyna

I jakby dalszy ciąg tej „kolejarskiej” anegdoty. Osiem lat temu z inicjatywy Towarzystwa Miłośników Olsztyna na terenie byłych koszar wojskowych odbyło się w lutym przedstawienie pt. „Przybycie kolejarzy do Olsztyna w 1945 roku”. Zagrałem tam, trzymając w rękach lizak i tubę, rolę dyżurnego ruchu. A co!

***

Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Moje potyczki z cenzurą

Karol S. pracował w olsztyńskiej cenzurze. Należał do cenzorów przez nas, satyryków, lubianych. Zetknąłem się z nim w Domu Środowisk Twórczych, do którego zacząłem chodzić pod koniec lat 70., traktując to jako rodzaj nobilitacji.

Wkrótce potem i ja zetknąłem się z instytucją cenzury. Pracowałem wówczas jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Giławach. Z nauczycielem muzyki Ryszardem Wieczorkiem założyliśmy w niej kabaret pod nazwą Ściąga. Niedaleko, nad jeziorem w Sąpłatach, miała swój letni domek, zwany Marysinem, dziennikarka radiowa i regionalistka Maryna Okęcka-Bromkowa, późniejsza opozycjonistka, która we wsi utworzyła Babską Izbę i z kobietami organizowała dla wsi różne regionalne imprezy. Poznaliśmy się z nią właśnie w Sąpłatach na jakimś wiejskim festynie.

Maryna wiedząc, że prowadzę szkolny teatrzyk i zarazem piszę do niego teksty, zaproponowała mi napisanie scenariusza programu kabaretowego, z którym wystąpią moje dzieciaki i jej gospodynie w Olsztynie na zbliżającym się przeglądzie amatorskich zespołów teatralnych. Zgodziłem się i przystąpiłem do pracy. Kiedy dałem jej scenariusz do przeczytania, uśmiechnęła się podczas lektury kilka razy, po czym zwróciła mi go i orzekła, że musimy uzyskać pieczątkę Wojewódzkiego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk Publicznych, który tekst zatwierdzi.

— Dlaczego, przecież nie ma tu nic o polityce? — zapytałem zdumiony. — Bo taki jest regulamin przeglądu! Ja już miałam z nimi do czynienia!
W scenariuszu sztuki, która była utrzymana w leśno-ekologicznym klimacie, cenzura nie doszukała się niczego antypaństwowego i pieczątkę przystawiła. Przegląd wygraliśmy, po czym ja, nauczony doświadczeniem, kolejne scenariusze Ściągi woziłem już do cenzury sam. A ponieważ niczego mi nie wykreślano, więc zacząłem pisać teksty bardziej „śmiałe”. Już nie tylko krytykujące wiejską rzeczywistość, gdzie spółdzielcy, zamiast pracować, piją, a w szkole klasy są niedogrzane, bo jest za mały przydział węgla. I się doczekałem! Pewnego dnia, kiedy zgłosiłem się po scenariusz, główny cenzor przyjął mnie, trzymając nogi na biurku.

— Taaa! — burknął. — Chodzi o ten skecz, my go nie puścimy! Opisujesz pan, jak dzieci grają w klasy, używając szkiełka. To nic takiego, ale dlaczego po jednej stronie szkiełka pisze „klasa robotnicza”, po drugiej „chłopska”? Jak się rzuci szkiełko, to wiadomo, że któraś będzie na wierzchu. Skreślam!
Cenzurę można było obejść, co potwierdzi Andrzej Brzozowski z kabaretu Kaczki z Nowej Paczki. Albo się z cenzorem, o którym tu wspomniałem, skumać, spotykając się przy wódeczce w Domu Środowisk Twórczych.

— Tu skreślimy coś całkiem nieznacznego dla treści, żebym i ja miał szansę się wykazać — mówił pan Karol. — Wtedy resztę puszczam.
Przykładem obchodzenia cenzury, w czym celowały w Olsztynie Kaczki, jest ich piosenka „Bolek i Lolek” opowiadająca o dwóch sąsiadach, którzy mieszkali w jednym domku, jeden na dole, drugi na górze (pamiętacie „Pawła i Gawła”?) Jeden uczciwy, drugi donosił, bo należał. Andrzej Rojek, brat Zbyszka, wymyślił, żeby piosenkę ilustrować językiem migowym i sam to na estradzie robił. Cenzura, nie widząc w tekście wyrazistych elementów politycznych, a nie wiedząc o tym, że zaistnieją na scenie w języku migowym, utwór puszczała.

Ja pisałem wówczas teksty do studenckiego kabaretu Paragraf. Zawierającym np. skecz o mrowisku, gdzie, o zgrozo, szare mrówki pracują w wolną sobotę. Z sugestią, żeby umacniały to swoje mrowisko, bo grozi im inwazja mrówek czerwonych zza miedzy. Albo utwór będący pastiszem tuwimowskiej „Lokomotywy”. U mnie parowóz tkwi jak przyspawany do szyn na stacji, nie mogąc ruszyć wyładowanych towarami wagonów. A to dlatego, że dalej, w kierunku, dokąd ma jechać, są szerokie tory. Dzisiaj może to wzbudzić u niektórych uśmieszek politowania, ale wtedy każda polityczna niepoprawność (wygłoszenie zakwestionowanego tekstu mimo skreślenia przez cenzurę), mogła się skończyć się karą grzywny lub zakazem występów.

Jak cenzurę obchodzić, nauczył mnie osobiście Zenon Laskowik, który pewnego dnia w 1979 roku wystąpił z Bohdanem Smoleniem w studenckim klubie „Antałek” w Kortowie. Na sali obok studentów był też wysłannik warszawskiej cenzury, którego Zenek pozdrowił ze sceny. I pewien znany nam milicjant w cywilu z Olsztyna, który — chyba nieco podpity (kabaret Tey częstował widownię wódką) — wykrzyknął: — Zenek, pamiętasz mnie ze szkoły? Na co Laskowik: — Ależ oczywiście, pamiętam cię nasz szkolny cieciu!

Po skończonym spektaklu, gdzie jako support wystąpił nasz Paragraf, przez Tey ciepło oklaskiwany, zwróciłem się publicznie do kabareciarza, żeby podpowiedział, jak obchodzić cenzurę, bo mamy za mało doświadczenia. A Laskowik na to, że mieli następujący przypadek.

Na próbę generalną jednego z ich programów w Łodzi przybył sam szef cenzury, żeby go obejrzeć na żywo. W programie był skecz, gdzie pracownik domu kultury wchodzi na scenę z wiadrem węgla, który zrzuca z hukiem do wanny. Nic się pod tym nie kryło, miało to służyć obudzeniu przysypiających widzów bez poczucia humoru. Ale cenzor wykazał czujność.

— Ten numer nie przejdzie! Węgiel to Śląsk, a Śląsk to Gierek, pierwszemu chcecie dowalić!

— To co ja mam zrobić? — zapytał go rozbawiony Laskowik. — Po cośmy ten węgiel kupili?

Cenzor:— Niech wchodzi z piaskiem!

— Ale piasek to Sahara, Sahara to Sadat, Sadat to Egipt, a my z Egiptem mamy przecież dobre układy!

I numer z węglem przeszedł!

A potem narodziła się Solidarność, w kraju zaczęły się rozruchy i przestaliśmy nosić swoje teksty do cenzury, wykonując je na estradzie bez pieczątki. Kabaret Paragraf wystąpił z moimi tekstami na strajku w Olsztyńskich Zakładach Graficznych, ja zaś wydałem w kortowskiej drukarni, pod egidą klubu „Antałek”, tomik satyr „Wariacje na temat”, z tekstami m.in. zakwestionowanymi wcześniej przez cenzurę. A potem był stan wojenny i z kilkuset tomików zgromadzonych po wydaniu w drukarni kortowskiej uratowałem z dziesięć, a Paragraf otrzymał zakaz występów. I to był koniec zespołu.

Jeden z założycieli Paragrafu Mirek Obijalski jest dzisiaj wziętym weterynarzem, ale ciągotki do estrady mu pozostały. Niekiedy chwyta za harmonijkę ustna i występuje na imprezach w gronie kolegów, pasjonatów tego instrumentu.


***

Chłopcy z mojego placu broni

Trwają właśnie wakacje. Dzieciaki będą miały więcej czasu, żeby łyknąć świeżego powietrza na osiedlowych placach zabaw i zaznać więcej ruchu. To znaczy, siedząc na ławeczkach i gimnastykując palce na ekranach osobistych smartfonów.

Tak jak w książce z lat mojego dzieciństwa „Chłopcy z Placu Broni” Ferenca Molnara i my mieliśmy swój plac broni — podwórko za kamienicą przy ul. Jagiellońskiej 39. Dzieliliśmy się tym placem z chłopakami z podwórka obok, a oni z nami swoim. Wspólny był trzepak i pobliska łączka, na której paliliśmy ogniska i słomki, a starsi chłopcy papierosy. Oba podwórka najpierw przedzielał płot, a po jego rozebraniu już nic. Pozwalało to rozszerzyć namiastkę boiska do piłki nożnej. Jedną bramką był blaszany garaż, drugą domek gospodarczy. Na tym „boisku”, zwłaszcza podczas wakacji, toczyliśmy, wzniecając tumany wciskającego się do okien kurzu, zacięte boje.

Matki wołały nas tylko na obiad albo żeby wcisnąć do ręki zmoczoną nieco w wodzie kromkę chleba, żeby lepiej wsiąkał w nią cukier, którym była posypana. I jak dorosłym piłkarzom, czasem mocno kopnięta przez któregoś z dzieciaków piłka, leciała panu Bogu w okno, a raczej w okno sąsiada na parterze — pana G. Na brzęk szyby rozbiegaliśmy się w popłochu, kryjąc w mieszkaniach, a sąsiad, z piłką w ręku i tasakiem w drugim wygłaszał w kierunku opustoszałego podwórka oskarżycielską mowę i groził, że nam futbolówkę rozpłata. Zawsze kończyło się to polubownie, gdy rodzic „przestępcy” podejmował negocjacje w sprawie zwrotu piłki, a potem szyba została na jego koszt wstawiona. Aż do następnego celnego strzału.

Na naszym placu broni graliśmy również w siatkówkę i koszykówkę. W pierwszym przypadku rozpinając sznurek pomiędzy dwoma drzewami, a w drugim — rzucając piłką do „kosza” (pozbawione szprych koło od roweru).

Inną dyscypliną sportu uprawianą na podwórku naprzeciwko mieszkania na parterze pana Jurka K., sędziego siatkówki, był tenis ziemny. Był tam względnie równy skrawek podwórka. Po zakreśleniu granic kortu wapnem „pożyczonym” z budowy przy ul. Małeckiego rozpinaliśmy tam splecione ze sobą dwie siatki do tenisa stołowego, po czym udawaliśmy Fibaków, używając do gry deseczki do mięsa i piłeczki zakupionej w sklepie sportowym na starówce.

Dodam, że we wszystkich tych dyscyplinach sportowych zawsze się wyróżniałem, nie poprzestając na nich. W naszym ogródku za kamienicą (przydział dla rodzin kolejarskich) skakałem o tyczce przez siatkę (tyczką był gruby leszczynowy kij), biegałem przez płotki, skakałem w dal (piasek „pożyczony” również z budowy po sąsiedzku), rzucałem „oszczepem” i pchałem kulą-polnym kamieniem. Stąd wzięła się przewaga sprawnościowa i wytrzymałościowa nad kolegami.

Na tymże dziecięcym skrawku naszego placu broni graliśmy też w „państwa”. W tym celu należało nakreślić na piasku koło-„świat”, który dzieliliśmy na równe powierzchnie finką. W każdy taki kawałek była wpisana nazwa jakiegoś państwa, z wyjątkiem Polski. Następnie rzucaliśmy w „świat” nożem. Jeśli się wbił w jakieś „państwo”, właściciel noża odkreślał je dla siebie jako zdobyte terytorium. W końcu, po wielogodzinnej grze na placu boju zostawał jeden zawodnik, który wpisywał w swoją zdobycz terytorialną nazwę „Polska”. A Polski nie należało dzielić. Dzieliliśmy za to Rosję — nasz odwet za zabory.

W piaskownicy na naszym placu broni graliśmy również w noża, chyba najbardziej popularną grę w tych czasach, w różne odmiany gry w „szajbę” ( nakrętki wykręcaliśmy z torów tramwajowych), w klipę, w palanta, po deszczu w wyścig pokoju w rynsztoku, używając zapałek jako kolarzy, w kapsle a na parapecie trzeciego piętra, wychylając się przez okno, w cymbergaja.

Nasze podwórko dzisiaj
Nasze podwórko dzisiaj

Do tych chłopięcych zabaw nie dopuszczaliśmy dziewcząt, chyba że brakowało zawodnika na bramkę albo do gry w dwa ognie. One grały sobie w gumę lub w klasy w innym miejscu, gimnastykowały się na trzepaku dalej lub plotkowały, przeglądając zagraniczne magazyny mody, które kradliśmy dla nich ze stolika dla oczekujących u fryzjera klientów. W jednym dziewczyny z Zatorza były dobre — we wspinaniu się na drzewo, na rosnący w ogródku rozłożysty kasztan. Jeśli któraś założyła spódniczkę, puszczaliśmy ją, dżentelmeni z placu broni, przed sobą.

Naszego placu broni nie musieliśmy bronić, bo nikt nie próbował nam go odebrać, każda kamienica miała swój. Niekiedy biliśmy się między sobą, na przykład o to, czy należała się bramka z karnego, czy nie. Bójki z chłopakami z zewnątrz zdarzały się, owszem, ale bardzo rzadko. A wtedy jeden szedł za drugiego, jak to się mówi, w ogień.

Z naszych dziecięcych, podwórkowych zabaw pozostały tylko wspomnienia. Odezwą się niekiedy echem lat minionych.

Turnieje gry w kapsle organizuje od lat Piotr Smol, miłośnik gier stolikowych, z pomocą aktora lalkowego Mirka Korzunowicza, który dysponuje torem do gry. Były turnieje w Olsztynie, w Dywitach, odbył się też taki, z moim udziałem jako współorganizatora, w zakładzie karnym w Barczewie. W ogólnopolskim turnieju gry w kapsle wystąpili reprezentanci tylko tego zakładu, inni nie uzyskali przepustek. Po turnieju w Barczewie (przeprowadziliśmy takie również w dwóch aresztach olsztyńskich), otrzymaliśmy z Piotrem rzeźby wykonane przez więźniów i podziękowania od naczelnika. Oto fragment: „(...) tego typu imprezy pozwalają osadzonym osobiście odczuć ducha rywalizacji, a same uczestnictwo kształtować ich charaktery. Stanowi to ważny element naszej pracy resocjalizacyjnej ze skazanymi”. Poczuliśmy się dumni...

Turniej w kapsle w Dywitach
Turniej w kapsle w Dywitach

***

Jakubowo, magiczne miejsce

Były to czasy mojej młodości, kiedy nie istniała jeszcze firma pod nazwą CEiIK, ale Wojewódzki Domu Kultury, a dojechać do Lasu Miejskiego, gdzie leży Jakubowo, można było tramwajem linii nr 2 kursującym na trasie od ratusza....

Jeśli się działo coś w tym miejscu, mówiliśmy: nie jedziemy na imprezę do Jakubowa, tylko do wudeku. A jeśli już mowa o budynku dawnego WDK, to wzniesiono go w latach 1948-50 na gruzach spalonej przez Rosjan restauracji Neu Jakobsberg (Nowe Jakubowo). Kiedy jeszcze istniała (powstała w latach 1909-1910), w pobliskim pawilonie odbywały się koncerty, więc powojenne imprezy w tym miejscu były i są jakby kontynuacją tej tradycji.

Z czasów, kiedy pamiętam WDK, instytucja ta organizowała, nie zawsze samodzielnie, ale np. przy współpracy z olsztyńską Estradą, też różnorodne koncerty. Pamiętam jeden z nich, Czerwonych Gitar w II połowie lat 60., w czasach świetności tego zespołu, jeszcze z Krzysztofem Klenczonem. Koncert odbył się na tarasie przed budynkiem, a poniżej kłębił się tłum widzów. I jak to w tamtych czasach, „fruwały marynary”.

Tylko ja, chłopak z Zatorza, korzystając z okazji, że nikt mnie nie obserwował, wyciągałem karpie, ogłuszywszy je kijem, ze stawku poniżej. [/b]A wspominając o tym, obserwowałem niedawno kryjących się w zaroślach w obawie przed strażą miejską wędkarzy emerytów, wyciągających nędzne karaski. A przecież można by dla nich zorganizować, np. turniej wędkarski z nagrodami, pod warunkiem, że złowione rybki trafiłyby z powrotem do wody. Na estradzie przed wudekiem koncertowały też m.in. Irena Santor czy też Anna German, związane z olsztyńską Estradą, a także miejscowi, jak zespół Vocca z Walerianem Ostrowskim, Leszkiem Ciurapińskim, Gieniem Lisowcem i Mietkiem Nowakiem, a nieco później - Banici z ich udziałem.

To z tamtych czasów pochodzi przebój Waleriana Ostrowskiego „Baśka”, który niedawno śpiewał na koncercie na Jakubowie, w parku, który w roku ubiegłym przeszedł rewaloryzacje. Na estradzie koło wudeku występowały też zespoły folklorystyczne z naszego województwa, bo w tamtych czasach mocno na folklor stawiano. Koncertowała Warmia, zespół Olsztyn, potem dziecięce Rutka czy też Radość ( nie tylko folklor). Koncerty odbywały się również w innym miejscu Jakubowa, pod stojącą w sąsiedztwie al. Wojska Polskiego wieżą spadochronową.

A zaczynało się od majówek, inaugurowanych corocznie po pochodzie 1 maja. Imprezy odbywały się od maja do wczesnej jesieni. Mieszkańcy Olsztyna szybko zaakceptowali tę formę rozrywki. Zjeżdżały tu całe rodziny, przywożąc ze sobą „wałówkę”, zaś niektórzy panowie coś „mocniejszego” w butelce po oranżadzie, a na trawie pod wieżą ustawiano stoiska z kiełbaską z grilla, watą cukrową, lodami oraz balonikami. Był też fotograf z niedźwiedziem albo makieta samolotu. Chętni mogli skorzystać również z bufetu, który znajdował się z wudeku, kina albo obejrzeć obrazy w galerii sztuki. Impreza na zewnątrz rozpoczynała się od przemarszu Miejskiej Orkiestry Dętej pod batutą kapelmistrza Józefa Kieliszewskiego.

A potem był koncert. Grano przeboje muzyki rozrywkowej, zarówno polskie jak i obce, kompozycje ludowe i inne. Magnesem była wspomniana wieża spadochronowa, wówczas zarządzana przez Ligę Obrony Kraju. Wieża miała ponad 20 metrów wysokości i na co dzień służyła do szkolenia spadochronowego młodzieży. Ale na festynie mógł z niej korzystać każdy, w wieku od 15 lat w górę, kto uiścił drobną opłatę. Wspinano się po krętych schodkach na górę, gdzie obsługa przypinała ochotnikowi na plecach spadochron, po czym zjeżdżał on na lince pod kontrolą ( w końcowej fazie „skoku” był wyhamowywany), na dół.

W tej formie rozrywki zasmakowali młodzieńcy chcący zaimponować swoim damom serca. Wśród widzów krążyła taka anegdota.[/b] Tuż przed skokiem chłopiec kładł na trawie pod wieżą jakąś monetę, po czym wołał do ukochanej z tarasu wieży: „Tam leży złotówka! Faktycznie! - stwierdzała ona, kiedy zbliżyła się. – Ale ty masz wzrok!”. I tak to z tą wieżą, która została zdemontowana w 1968 roku, było. Dzisiaj w tym miejscu można znaleźć tylko ślady po fundamentach, a w pobliżu odbywają się ćwiczenia sztuk walki w ramach „Olsztyn Aktywnie!”. A ponieważ Jakubowo leży w tak przepięknej scenerii leśnej, to zawsze można było, uciekając od wielkomiejskiego ruchu i muzykowania, powędrować sobie w ścieżkami w kierunku Jeziora Długiego. I tak jest do dzisiaj.

„Gdzie te majówki na Jakubowie, które w pamięci mamy do dziś, człowiek miał wtedy zielono w głowie, a ty zostałaś majową miss. Gdzie te majówki koło wudeku, trawka, dywanik, nie żaden bruk, w dwudziestym pierwszym powrócą wieku, kiedy dorośnie twój starszy wnuk” (sł. Władysław Katarzyński, muz. Tadeusz Machela, śpiewała Kapela Jakubowa). I to po latach się sprawdziło, w nieco innej formie.

Festyny rodzinne pod nazwą Magiczny Park Jakubowo, organizowane przez stowarzyszenie, któremu przewodzi pani Zdzisia, mają już swoją tradycję. Chętnie występował tu wspomniany, nieodżałowany Tadzio Machela, który zmarł w tym roku, koncertowali i koncertują jego partnerzy z Kapeli Jakubowej Grażyna Bałabańska, Grażyna Mogut i Stefan Kulawczuk oraz Walerian Ostrowski, Czerwony Tulipan, a ostatnio Paweł Jaszczuk, pisarz z Olsztyna, którego hobby jest śpiewanie piosenek lwowskich i rosyjskich z towarzyszeniem gitary. Mam i ja swój drobny udział w festynach. Na jednym z nich wraz z Rafałem Bętkowskim z Muzeum Nowoczesności prowadziłem quiz, gdzie trzeba było odpowiedzieć na pytania dotyczące historii Zatorza. Odpowiedziałem na wszystkie pytania i wygrałem! –chwali się Ireneusz Kępski, były mieszkaniec Zatorza. – Tego się nie zapomina!

Z rozbawieniem i zażenowaniem czytam na facebooku anonimowe, krytyczne komentarze dotyczące festynów na Jakubowie. Jeden narzeka, że występują tu starsze panie, śpiewając dla ludzi swojego pokolenia, drugi że jest za głośno, trzeci, że na straganach badziewie. To po co tu przyszedł, przecież nie zapowiadano Zenona Matryniuka z kręgu muzyki disco-polo. Nie lepiej, zamiast spędzić czas w plenerze i potem narzekać, kupić bilet na koncert płatny?...
A dla tych, co tacy malkontenci nie zniechęcą. 10 sierpnia o godz. 18 na kolejną potańcówkę zaprasza Stowarzyszenie Nasze Jakubowe. Wystąpi kapela braci Zawiejoków.

Władysław Katarzyński



Moje zdjęcie z bratem Zbigniewem ( ja z lewej) na majówce koło wudeku, połowa lat 50-tych.

***
A w sobotnią noc był Luksemburg...

O statusie obywatela PRL świadczyły rzeczy niekoniecznie niezbędne do życia, ale podnosiły jego rangę społeczną w oczach innych. A zdobywało się je zwykle z trudem i kosztem wielu wyrzeczeń. Do takich przedmiotów należały radia i telewizory.

U mojego dziadka, jak mi opowiadał tata, wisiał na ścianie tzw. kołchoźnik, głośnik z regulatorem natężenia dźwięku, który do Polski przywędrował z ZSRR. Stąd nazwa. Kiedy tata dostał latem 1946 roku przydział na mieszkanie w poniemieckiej kamienicy przy ul. Jagiellońskiej, na honorowym miejscu w dużym pokoju stanął dwulampowy radioodbiornik Nora 2. Tata kupił go w Białymstoku, gdzie mieszkał poprzednio, za 2,5 tysiąca złotych (na kolei zarabiał wówczas około 3 tysięcy), a poświadczenie kupna musiały potem w obecności olsztyńskiego notariusza zaświadczyć własnymi podpisami dwie osoby, koledzy z pracy, którzy się do Białegostoku specjalnie w tym celu wybrali. Urzędnik stwierdził na piśmie, że tata kupił radio dla własnego użytku.

Radio służyło ojcu przez kilka ładnych lat, ale kiedy się urodziłem, już go nie było. Stał natomiast w mieszkaniu produkowany w latach 50. radioodbiornik w drewnianej obudowie marki Stolica. Miał trzy zakresy fal: długie, średnie i krótkie. U góry widniała w nim lampka, która podczas odbioru migała przymglonym światełkiem. Za dnia słuchaliśmy muzyki, a wieczorem tata, kręcąc gałkami, wydobywał z trzasków i dźwięków emitowanych przez wiadomych zagłuszaczy audycje Radia Wolna Europa, zmorę komunistycznej władzy. Byłem wtedy uczniem szkoły podstawowej i niewiele mnie obchodziły polityczne treści nadawane przez wspomniane radio. Bardziej audycje muzyczne rozgłośni harcerskiej lub Radia Luksemburg. „A w sobotnią noc był Luksemburg, chata, szkło, jakże chciało się żyć” — wspominał kiedyś Bogdan Olewicz, autor piosenki Perfectu, z której pochodzi fragment tego przeboju.

Było to bodaj pod koniec lat 60., w maju, kiedy przy ulicy Limanowskiego kwitły kasztany a my, chłopaki z Jagiellońskiej, wybieraliśmy się właśnie do domu, aby posłuchać transmisji z zakończenia kolejnego etapu Wyścigu Pokoju. Wtedy dostrzegłem stojącego na środku ulicy młodego człowieka z radioodbiornikiem na tranzystorach Koliber przy uchu. Kolarze przyjechali wcześniej, więc żeby nie tracić czasu, natychmiast otoczyliśmy go wianuszkiem, nie zważając na samochody. Tak poznałem Józka Łobockiego, późniejszą legendę Zatorza i olsztyńskiej piłki nożnej.

Moja rodzina weszła w posiadanie tranzystorka kilka lat później, kiedy tata przywiózł z wycieczki do Włoch (mieliśmy tam rodzinę) japoński radioodbiornik Sanyo. Był elegancki, w brązowej obudowie, odbierał bardzo dobrze. I kiedy rodzice gdzieś wyjeżdżali, paradowałem z nim z dumą po ulicy, wzbudzając podziw koleżanek i zazdrość kolegów. Tych drugich do tego stopnia, że któryś z nich, drobny złodziejaszek, kiedyśmy urządzili balangę w domu podczas nieobecności rodziców, zwędził mi go wraz z bonami PKO.

Zanim w naszym domu pojawił się telewizor, na którym można było obejrzeć między innymi „Skarb” czy też „Ewa chce spać”, najpierw kupiono mi rzutnik Bajka. Było to w następstwie mojego zainteresowania teatrzykiem lalkowym oraz filmami dla dzieci, wyświetlanymi w kinie letnim Zatorze. Po jednym z przedstawień „Czerwonego Kapturka”, kiedy wpuszczono nas, uczniów podstawówki, za kulisy, po przyjściu do domu zaprezentowałem po długiej dłubaninie rodzinie teatr cieni, gdzie figurki były wycięte z tektury i osadzane na patyczkach i podświetlane przez stojącą lampę na tle ekranu z brystolu. Scenariusz opowiastki i wykonanie były mojego autorstwa. Rzutnik „Bajka” i do tego zestaw przeźroczy z popularnymi bajkami, jak „Czerwony Kapturek” czy „Królowa śniegu”, spełnił moje ówczesne marzenia zostania operatorem filmowym.

A teraz o naszym pierwszym telewizorze. Pierwszą w życiu audycję telewizyjną obejrzałem w polskim telewizorze Wisła u cioci na wakacjach we Wrocławiu. Jak dzisiaj pamiętam, postać warszawskiej Syrenki awizującej z rana rozpoczęcie nadawania programu, wiadomości czytane przez prezenterów Jana Suzina i Edytę Wojtczak, bajki dla dzieci, jak „Miś z okienka” czy też z Jackiem i Agatką. Te ostatnie proste technicznie, dwie piłeczki pingpongowe z rysami twarzy.

W naszym bloku telewizor miało wtedy dwóch, trzech lokatorów. Na telewizję umawiano się całymi rodzinami, stąd tak powszechnie w tamtych latach więzi sąsiedzkie, z którymi można porównać dzisiejsze grillowanie na działce. Oglądano nie tylko wiadomości i filmy, ale też z zainteresowaniem prognozy pogody. Te były prezentowane przez Czesława Nowickiego zwanego Wicherkiem, który przy okazji pokazywał okazy dorodnych warzyw z przydomowych ogródków lub działek, jakie uprawiali telewidzowie.

Mieliśmy wówczas ogródek na zapleczu ulicy Jagiellońskiej. Kiedyś wyrosła tam marchew przypominająca postać diabła. Nadałem na poczcie paczkę z tym dziwolągiem i wysłałem na adres telewizji. Mojej marchwi jednak Wicherek nie pokazał, wysyłano mu widać egzemplarze znacznie ciekawsze.

Tak długo męczyliśmy z bratem ojca, aż w połowie lat 60. kupił z niemałym trudem (pierwszeństwo w nabyciu telewizora należało się świetlicom w zakładach pracy albo wiejskim klubem Ruchu) czarno-biały Neptun. Musiał być naturalnie zarejestrowany. To w nim obejrzałem m.in. zwycięską walkę Jerzego Kuleja z Rosjaninem Jewgienijem Frołowem w finale olimpijskiego turnieju w Tokio w 1964 roku. Po latach spotkałem mistrza podczas spływu kajakowego Pisą w Barczewie i mu o tym opowiedziałem. Był wzruszony i po zakończonym spływie skreślił mi w zeszycie kilka sympatycznych zdań.

Szczytem marzeń obywatela PRL były później telewizory kolorowe. My po swój, radzieckiego Rubina (charakteryzowały się tym, że co któryś egzemplarz ni stąd, ni zowąd wybuchał), wybraliśmy się któregoś dnia pociągiem na „ruski” bazar do Białegostoku, na który telewizory przywożono masowo z Grodna. Pociąg był zapchany do granic możliwości. Wracaliśmy z naszym telewizorem w towarzystwie innych jak my szczęśliwców, płacąc dodatkową opłatę za bagaż. Ale wreszcie go mieliśmy i służył nam wiele lat! To na nim obejrzałem mój pierwszy w życiu kolorowy film Walta Disneya. Dzisiaj, kiedy mamy plazmy i kilkadziesiąt programów albo i więcej do wyboru, z sentymentem wspominam film z Bardotką „I Bóg stworzył kobietę”, który oglądałem w telewizorze „Neptun”.

Władysław Katarzyński