Czwartek, 21 lutego 2019. Imieniny Eleonory, Lenki, Kiejstuta

Daje się podpalać i jeździ autem na dwóch kołach. Rozmawiamy z kaskaderką Nelą Adamczewską [ROZMOWA]

2019-02-03 12:41:52 (ost. akt: 2019-02-03 12:51:41)

Autor zdjęcia: Arch. prywatne

Ma 29 lat i pochodzi z Koszalina. Jeździ w rewiach kaskaderskich. Jest jedyną kobietą w Polsce, która wykonuje przejazdy samochodem na dwóch bocznych kołach. Z Nelą Adamczewską, kaskaderką, rozmawia Andrzej Mielnicki

— Zna pani na pewno powiedzenie „baba za kierownicą”. Zdarzyło się pani coś takiego kiedyś usłyszeć?
— Słyszałam to określenie. Według moich kolegów, kobiety dzielą się na baby za kierownicą i na kierowców płci żeńskiej. Ja mam zaszczyt zaliczać się do tej drugiej grupy. Choć na początku nie było łatwo. Jednak pracując w rewiach, robiąc setki kilometrów i spędzając mnóstwo czasu za kierownicą, byłam świadkiem różnych sytuacji i muszę powiedzieć, że faceci za kierownicą też często są nieogarnięci.

— Jest pani kaskaderką i chyba niewiele jest kobiet w pani branży.
— Kobiet pracujących jako kaskader samochodowy jest rzeczywiście niewiele. Więcej pracuje jako dublerki w filmach. I choć z roku na rok jest nas więcej, to w dalszym ciągu w tym zawodzie przeważają mężczyźni. U mnie wszystko zaczęło się, jak poznałam męża. To on zaraził mnie pasją motoryzacyjną.

— Jako jedyna kobieta w Polsce wykonuje pani przejazdy samochodem na dwóch bocznych kołach! Kto panią tego nauczył?
— Moimi nauczycielami są mężczyźni obdarzeni ponadprzeciętną cierpliwością i umiejętnościami, czyli mój mąż Kacper Adamczewski i przyjaciel Piotr Raś. To właśnie oni odważyli się mnie uczyć. Tłumaczyli, tłumaczyli, tłumaczyli. Jazda autem na dwóch kołach nie jest prostą sprawą. Cały czas jest to balansowanie pojazdem na granicy wywrotki i trzeba dużego doświadczenia za kierownicą, zakładając oczywiście, że uda nam się najpierw trafić w rampę. Ogromną rolę odgrywają tu nawierzchnia, opony. Auto musi być dobrze przygotowane. Jest jeszcze mnóstwo innych czynników, które trzeba brać pod uwagę. Trzeba podejmować szybkie decyzje, bo inaczej ląduje się na dachu.



— Co jeszcze pani potrafi zrobić ze swoim bmw, bo chyba takich aut używacie podczas pokazów?
— W pokazach jeździmy bmw E 36 i E 46. Są wyposażone w seryjne silniki od 1,8 do 3 litrów. Bardzo dobrze się prowadzą, są wytrzymałe, no i części są ogólnodostępne, co jest bardzo ważne. Moja „Becia” E 36 wiele już przeżyła, m.in. dachowanie, a i tak jeździ mi się nią najlepiej. Parkowania precyzyjne, poślizgi kontrolowane i zwroty o 180 stopni, 360 stopni, wychodzenie z jadącego auta — to elementy, które wykonujemy w czasie każdego pokazu.

— Jaki numer jest najbardziej niebezpieczny?
— Wydaje mi się, że najbardziej niebezpieczna jest ściana ognia. Jest to pokaz, podczas którego polewają mnie benzyną i kładą na masce auta. Auto się rozpędza i przejeżdża przez około trzymetrową ścianę ognia.



— Czy warto tak ryzykować?
— Chyba właśnie dlatego niewiele kobiet decyduje się na ten zawód. Wypadki, niestety, czasem się zdarzają. Staramy się minimalizować ryzyko. Stawiamy duży nacisk na bezpieczeństwo, są klatki i lonże asekuracyjne. I choć my wiemy, na co nas stać, to pozostaje jeszcze kwestia maszyny. Człowiek czasem nie zawiedzie, maszyna — tak. Trzeba mieć refleks i szybko reagować. Liczy się też zaufanie do kolegów z pracy.
Mój kochany mąż ma spaczone poczucie humoru. Po 11 latach bycia razem szuka chyba łatwego sposobu na rozwód! Jak kiedyś mnie potrącił, to jeszcze nakrzyczał na mnie, że lusterko mu połamałam. A jak po numerze ze ścianą ognia zjarały mi się brwi, powiedział tylko: „Sorki, polało mi się benzyny”. Jak pan widzi, jest wesoło i nigdy nie możemy narzekać na nudę. A mówiąc już poważnie, mamy dobrą, mocną ekipę. Każdy jest mistrzem w jakiejś dziedzinie.

— Może trzeba było jednak wybrać bezpieczniejszy fach?
— Nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną. Przynosi ona niesamowitą satysfakcję. Nawet jeśli czasem zdarzają się kontuzje, każdy potem chce wrócić do pracy. Bo naprawdę warto.

— Jak wygląda dzień kaskaderki?
— Codziennie przed pokazami trzeba sprawdzić sprzęt, na którym pracujemy. Sprzątam i myję swoje auta. Trenuję. Potem są pokazy, średnio cztery dziennie. Po nich zajmuję się kostiumami i synem Kajtkiem, który ma 4 lata. W autach nie zostawiamy kluczyków, bo młody już potrafi uruchomić silnik i wrzucić bieg. Po pokazach idziemy razem pojeździć autem lub korzystamy z innych atrakcji.

— Jest pani drobna i szczupła — jak pani wytrzymuje fizycznie trudy pokazów?
— Rzeczywiście, moje 158 centymetrów i 43 kilogramy nie ułatwiają pracy. Pomijam już problem sięgania do pedałów, ale lata trenowania akrobatyki i ekwilibrystyki przydają się przy balansowaniu autem i kondycyjnym wytrzymaniu pokazów. Cóż, już nie urosnę, więc muszę sobie dawać jakoś radę.



— Z takimi umiejętnościami to tylko w filmie grać. Czy są oferty dla kaskaderów samochodowych?
— Tak i zdarzyło mi się brać udział w spotach czy reklamach. Więcej jednak jest propozycji wyjazdów zagranicznych, a mając na razie dobrą pracę tu, na miejscu, nie pali mi się z wyjazdami.

— Proszę powiedzieć, co to jest „jaranie kaporka”?
— To coś, co wszyscy uwielbiają. Dobra zabawa na koniec pokazu. Są tacy, którzy zmieniają opony, jak są prawie na wykończeniu. Ja wolę doprowadzić do tego, by strzeliły i przy odrobinie szczęścia same spadły z felgi.

— Gdzie można panią zobaczyć i podziwiać?
— Od kwietnia do października można oglądać nasze pokazy w najlepszym parku rozrywki w Polsce — w Energylandii w Zatorze. Jak wspominałam, robimy zazwyczaj cztery pokazy dziennie. Oprócz aut są upadki z wysokości, akrobaci i motocykliści.

— Dużo aut rozbija pani w pracy? Kto je naprawia?
— Rzadko zdarzają mi się stłuczki. Raz tylko dachowałam, więc statystyki są całkiem spoko. Notorycznie ukręcam półosie i zużywam dużo opon, to kara za kaporka! Poza tym jestem grzeczna. Wszystkie naprawy zostawiam tym, którzy się na tym naprawdę znają, czyli naszym mechanikom.

— A jakim jest pani kierowcą na co dzień? Jeździ pani spokojnie, zgodnie z przepisami?
— Na co dzień moim pasażerem jest syn, jeżdżę więc bardzo przepisowo. Wyszaleć mogę się na torze, nie ma sensu świrować na drodze. Bezpieczeństwo przede wszystkim.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (3) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. maniek #2675908 | 213.184.*.* 5 lut 2019 10:18

    ciekawe czy ekolodzy wypowiedzą się na ten temat, palenie gumy jest przecież zabronione a tu jeszcze reklama

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Profesor #2674872 | 89.228.*.* 3 lut 2019 17:27

    Kupiłem drogie opony i nie hamuję ostro i gwałtownie bo po co je zdzierać bez potrzeby a jadąc spokojniej mam mniejsze szanse na pobyt w hospicjum czyli pieluchy .Niesamowite że są ludzie którzy lubią brawurę czyli ryzyko pobytu dożywotnio w hospicjum i lubią niszczyć opony a jeszcze przy tym nawdychają się silnie rakotwórczego pyłu i dymu z niszczonych opon i spalin .....tyle ostatnio się pisze i mówi o smogu a tu są tacy co sami sobie raka chcą wywołać ..... dziwny świat ...propaguje się brawurową jazde na takich pokazach bo przecież znajdą się tacy którzy potem to co widzieli będą próbować na drodze publicznej gdzie jeżdżą matki z dziećmi do szkoły. Sam widziałem taką jazdę mam na kamerce nagrane

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. TEM #2674785 | 37.47.*.* 3 lut 2019 14:45

      Super! Tylko co to ma wspólnego z Olsztynem?

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz