Piątek, 19 lipca 2019. Imieniny Alfreny, Rufina, Wincentego

Mogłam oglądać seriale, ale wolę robić siatki

2019-02-01 18:00:00 (ost. akt: 2019-02-02 12:22:24)
Maria Gizulewska

Maria Gizulewska

Autor zdjęcia: Wojciech Czerniewicz

Gdy przeszła na emeryturę, chciała się czymś zająć. I trafiła na siatki na zakupy rodem z PRL. Kiedyś ich nie lubiła, dziś z nich żyje. Maria Gizulewska z Ornety robi je ręcznie i sprzedaje w Europie. Zrobiła ich już kilka tysięcy.

— Siatki, to pani specjalność. Tylko skąd pomysł, aby je robić i sprzedawać?
— Gdy byłam małą dziewczynką, przyglądałam się kobietom, które robiły siatki żyłkowe na zakupy. To były panie, jak mnie pamięć nie myli, ze spółdzielni chałupniczej. Oczywiście jeszcze w czasach PRL-u. Gdy tylko wracam pamięcią, pamiętam siedzące kobiety przed domami… Właściwie wszędzie robiły te torby. I mam wrażenie, że siatki, których używała cała Polska, pochodziły głównie z Ornety, gdzie mieszkam do dziś. Ale przyszły nowe czasy, nowe torby. Takie, o których marzyłam, gdy byłam mała. Chciałam mieć reklamówkę z wielkim napisem. A mama wysyła mnie na zakupy z siatką żyłkową… Bardzo mi się to nie podobało. I później, gdy przyszły nowe czasy, te siatki żyłkowe wyleciały mi z głowy. Świat się zmienił, przyszła nowa moda i nowe zwyczaje. Reklamówki z wielkimi napisami dziś ma każdy w ręku. Ja akurat sama ich nie znoszę. Ot, paradoks. I całe szczęście, że przeszłość wróciła do mnie w zaskakującym momencie.

— Czyli kiedy?
— Gdy przyszedł czas emerytury, myślałam, że nie chcę być emerytką, która siedzi nic nie robi. Nie chciałam spędzić życia oglądając seriale. Zawsze byłam aktywna. Najpierw pracowałam w handlu, później miałam swój sklep, więc byłam aktywna. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy, co mogłabym robić. I absolutnym przypadkiem u koleżanki zobaczyłam torbę żyłkową, którą doskonale znałam z dzieciństwa. Wisiała na klamce, na drzwiach. Gdy wychodziłam od niej, chwyciłam ją i nie mogłam uwierzyć, że mam ją w rękach. Nawet ją od niej dostałam! I wtedy w głowie zakiełkował mi pomysł, że może mogłabym i ja coś takiego robić. To nie było jednak takie łatwe, bo jak taką siatkę wykonać? Długo to trwało zanim byłam gotowa, aby pokazać światu swoje torby. Nie tylko nauczyłam się ją robić, ale musiała, też znaleźć odpowiedni materiał. Dziś robię je z najlepszego sznurka lnianego, jaki można dostać w kraju. Wcześniej próbowałam robić torby z różnego tworzywa — z kordu i ze sznurków, których nawet nie potrafię nazwać. To jednak nie było to. Szukałam, kupowałam... Wydałam sporo pieniędzy i straciłam mnóstwo czasu. Chciałam, żeby moje siatki były i ładne, i mocne. Miłe, prawdziwe. Żeby się podobały.

— Sznurek lniany okazał się strzałem w dziesiątkę.
— Robię takie siatki już dziesięć lat. Na jedną potrzebuję około godziny. To wbrew pozorom sporo czasu. Ale mam swoich klientów i pełne ręce roboty. Nigdy nie zdarzyła mi się żadna reklamacja, uwaga. Wręcz przeciwnie. Zarabiam na tym. Ale największą satysfakcję daje mi to, że te siatki trafiają do ludzi myślących w taki sam sposób jak ja. Bo to siatki ekologiczne. Gdy widzę wyspy pływające po oceanie stworzone z plastiku, jestem przerażona. I gdy robię każdą siatkę, bardzo się cieszę, że ktoś będzie nosił w niej zakupy. Nie w reklamówce. Szukam więc świadomych odbiorców, do nich próbuję dotrzeć.

— Kto kupuje pani siatki?
— Częściej są to osoby z Europy, a nie z Polski. Oczywiście Polacy też chętnie je kupują, ale nie na taką skalę jak Europejczycy. Moje torby idą na przykład do Anglii, do Finlandii.

— Ile siatek już pani zrobiła?
— Będzie ich kilka tysięcy. Z tym, że już nie robię sama. Mam bliskie mi osoby, które mi pomagają. Sama nie dałabym rady. Nie spodziewałam się, że to będzie aż na taką skalę. Myślałam, że będę się po prostu bawić. W tej chwili prowadzę działalność i sprzedaję je na całą Europę. Mam sklep gigigizulewska.com i jest on coraz chętniej odwiedzany. Ale nie dziwię się, bo wracamy do mody z dawnych lat, zwłaszcza tej ekologicznej. Sama też chodzę na zakupy ze swoją siatką. Moi znajomi również. Bardzo im się ona podoba. Moje siatki nazywają się GiGi Bag. Stworzyłam więc własną markę! Zanim padło na tę nazwę, trwało to długo. W rodzinie była burza mózgów. Myślę, że tak jest ciekawie.

— Pewnie trafiła pani na niszę. Ktoś jeszcze robi ręcznie takie siatki w Polsce?
— Jest jedna pani, która sprzedaje siatki na portalu aukcyjnym. Robi je jednak ze sznurka bawełnianego. Przeciętny klient chce mieć po prostu produkt, a ten wymagający chce coś, co będzie lepsze i trwalsze. I ja widzę wyższość swoich lnu nad bawełną. Len jest szlachetniejszym tworzywem niż bawełna. I absolutnie trwalszym. Włókna lniane są bardzo odporne na rozciąganie. Lubię to stwierdzenie. I choć w opisie produktu jest zaznaczone, że siatki wytrzymają 15 kilogramów, to można w nich tak naprawdę nosić kamienie. Zniszczą się dopiero, gdy wpadną pod kosiarkę. Zresztą, miałam w ręku kilometry tego sznurka i gdy powiem, że to jest przede wszystkim piękne, nikt tego nie zrozumie. To trzeba dotknąć, zobaczyć! Tak rzeczywiście jest! To bardzo szlachetne tworzywo. Polska słynęła kiedyś z uprawy lnu. Pamiętam z dzieciństwa kwitnące na niebiesko pola… Po co sprowadzać bawełnę z Indii? Ona też jest dobra, ale… Cudze chwalicie, swego nie znacie.

— Robi pani też ciepłe koce…
— Bo ja cały czas szukam. I podglądam, co ludzie robią, co ich interesuje. Gdy natrafiłam na koce, pomyślałam, że umiem zrobić takie same albo nawet lepsze. Dlatego zaczęłam szukać najlepszej wełny.

— Na siatkę potrzebuje pani godzinę. A żeby zrobić koc?
— To większa robota. Tu dochodzi kwestia przygotowań wełny, bo nie kupuję gotowej włóczki. Daję do przędzenia, a później zasiadam… Trzeba poświęcić cały dzień. Ale to nie jest nudna praca. Mam przyjemność, że komuś podoba się to, co mnie. I chyba to mnie głównie niesie.

ADA ROMANOWSKA

Torba, którą znamy z czasów PRL, na pewno kojarzy się m.in. z filmów Stanisława Barei. Na zakupy zabierała je chociażby Marysia z komedii „Poszukiwany, poszukiwana”. Dziś te plecione siatki wracają do łask i to pod wyszukaną nazwą „torebka paryżanka”. Dlaczego?. „Paryska” torebka to akcesorium nie tylko gospodyń, ale też wszystkich modnych dziewczyn. Na Instagramie pełno już pięknych ujęć, które udowadniają, że siatka to najlepsze, co można zabrać ze sobą wychodząc z domu. Najlepiej używać jej do transportowania owoców, ale kwiaty i ładne osobiste drobiazgi też się sprawdzą. Dzięki temu, że takie siatki coraz częściej pojawiają się w internecie, stają się modne. „Paryżankę” można kupić wszędzie — w sieciówkach, na aukcjach internetowych. Nie wszystkie są jednak wykonane ręcznie i trwałe. Wszystkie są jednak modne.

Na swoim:

Nie wiem, skąd to się wzięło, ale Polacy, Słowianie i Europejczycy w ogólności, mają taką dziwną przypadłość. Nie lubią się chwalić. Inaczej mówiąc, to chwalenie się nie jest w dobrym tonie. Dokładnie na odwrót mają Amerykanie. Chwalenie się stanowi podstawę ich kultury. I chyba to także na tym chwaleniu się i kulturowym optymizmie wyrosła ich dzisiejsza potęga.

My natomiast wychowywaliśmy się na wierszyku „Samochwała” Jana Brzechwy, który to wierszyk skutecznie wyuczał dzieci, że chwalenie się to bardzo brzydki zwyczaj. Podobnie jak brud za paznokciami. Inna różnica jest taka: Polacy lubią tych, którzy nie wyróżniają się z tłumu. Takich cichych ludzi. Amerykanie kochają za to ludzi sukcesu.

Dlaczego o tym piszę? Bo szukamy przedsiębiorczych ludzi, którzy chcą się pochwalić swoim pomysłem na sukces w biznesie. W naszym cyklu „Na swoim” chcemy pokazywać nasze lokalne firmy. Te, które dopiero startują, a także te, które są już znane. Przede wszystkim jednak chcemy pokazywać ludzi, którzy je wymyślili, którzy nimi kierują. Co ważne: szukamy nie tyle ludzi biznesu, co ludzi, dla których biznes jest pasją. Chcecie się pochwalić? Napiszcie do mnie na Facebooku lub na Messengerze.

Igor Hrywna



Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Problem #2674031 | 213.76.*.* 2 lut 2019 10:31

    Problem jest w tym, że rękodzieło w Polsce gorzej się opłaca jak chińszczyzna. Człowiek robi jedną, unikalną rzecz, jedyną taką na świecie, a ludzie chcą płacić jak za masową chińszczyznę. Na świecie jedna unikalna torebka kosztuje dziesiątki tysięcy euro, u nas 15 zł. Smutne jest to , że rękodzielnicy tak siebie szanują i pracują za 2 zł na godzinę.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. Marek #2673871 | 89.228.*.* 1 lut 2019 22:32

      Moja mama też kiedyś robiła siatki żyłkowe. Za komuny dorabiała robiąc te siatki. Pamiętam takie drewniane jakby szpatułki - deseczki (nie pamiętam prawidłowej nazwy) do robienia tych siatek takie jakby iglice.

      Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)