Wtorek, 21 maja 2019. Imieniny Jana, Moniki, Wiktora

Tata przy porodzie [SONDA]

2019-01-28 20:58:39 (ost. akt: 2019-02-02 18:41:21)

Autor zdjęcia: Pixabay

Dzisiejsi młodzi rodzice przychodzili na świat otoczeni personelem medycznym, a nie rodziną. I nikt z tym nie dyskutował. Teraz, zanim przyszła mama spakuje walizkę do szpitala, musi podjąć ważną decyzję: poród z partnerem czy bez niego?

Kobieta stojąc przed szpitalnym oknem, podnosi do góry noworodka i przystawia go do szyby. Nie, nie ma złych zamiarów, dziecku nic nie grozi. Przed szpitalem stoi świeżo upieczony tata i zadziera głowę, by zobaczyć, jaki to cud właśnie przyszedł na świat. Swoje dziecko przytuli dopiero wtedy, kiedy partnerka otrzyma wypis. Takie sceny doskonale znamy z opowieści rodziców i z filmów, które powstały dekady temu. I, bądźmy szczerzy, często bywało tak, że kobieta po „okazaniu” wracała na szpitalne łóżko, by w samotności radzić sobie z przeżyciami wcześniejszych godzin, a młody ojciec oddalał się tanecznym krokiem. Jedni faktycznie niemal tańczyli z radości, że oto na świecie zawitał potomek, inni po prostu ruszali w tango. Choć, powiedzmy sobie wprost, z tańcem ono wiele wspólnego nie miało.

Jak czytamy w artykule naukowym „Alternatywa porodów rodzinnych w opiniach kobiet”, w Polsce pierwszy poród z udziałem ojca odbył się 10 czerwca 1983 roku w Łodzi w Klinice Perinatologii Akademii Medycznej. W Klinice Położnictwa i Ginekologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Tychach porody rodzinne zaczęły odbywać się od 1987 roku. Sześć lat później w Warszawie odbył się z kolei Międzynarodowy Kongres „Jakość narodzin – jakość życia”, na którym przedstawiono zalecenia dotyczące sposobu prowadzenia porodów rodzinnych. Mówiono wówczas, że obecność ojca dziecka przy porodzie jest jednym z najcenniejszych aspektów w sprawowaniu opieki nad rodzącą. Od tego czasu porody rodzinne powoli zaczęły stawać się normą.

Z badań przeprowadzonych przez Annę Jenczurę i jej współpracowniczki wynika, że najczęstszym powodem (45 proc.) decyzji o porodzie rodzinnym jest chęć wspólnego przeżywania narodzin dziecka. Co piąta z ankietowanych kobiet powiedziała z kolei, że chodziło o potrzebę bezpieczeństwa, nieco mniej badanych mówiło natomiast o tym, że zadecydowała miłość do partnera. Dwa proc. kobiet obawiało się nieprzychylności zespołu medycznego, a jedna pacjentka podjęła decyzję o wspólnym porodzie na skutek własnego lęku.

Córka Łukasza rodziła się w 1989 roku. W Polsce właśnie odbywały się obrady Okrągłego Stołu, a jej tata, niepoprawny optymista, uznał, że skoro w Norwegii, gdzie przez jakiś czas mieszkał, mężczyzna może uczestniczyć w porodzie, to i u nas może. Sprawa jednak nie była tak łatwa. Okazało się, że w tym czasie tatę na salę porodową wpuszczano tylko w dwóch polskich szpitalach.
— Żebym mógł uczestniczyć w porodzie, pojechaliśmy aż do Łodzi — opowiada Łukasz. — Na miejscu okazało się, że muszę mieć swój fartuch. Nie miałem. Z pomocą przyszła obsługa szpitala. Dostałem stosowny uniform od pani sprzątaczki. Nie sądzę, by był lepszy niż moje ubrania, ale był fartuchem.


Dzisiaj nie trzeba jechać przez pół Polski, żeby urodzić pod opieką męża. Właściwie większość porodów naturalnych odbywa się z udziałem osoby towarzyszącej, najczęściej jest nią tata dziecka.

— Dla mnie to było oczywiste, że mój mąż będzie ze mną w czasie porodu — przyznaje Ewa z Olsztyna. I ze śmiechem dodaje: — Skoro ja tam miałam być, to i on musiał.

Jej mąż Tomek, szczerze przyznaje, że dla niego to aż tak oczywiste nie było, ale wiedział doskonale, że to jedna z tych sytuacji, w których dobro partnerki jest najważniejsze. — Jeśli ona tego chciała, to musiałem stanąć na wysokości zadania. Nie będę ukrywał: bałem się trochę. Ale przecież moja żona też się bała, a ja nie mogłem jej zostawić z tym samej. Jaki byłby ze mnie facet?

Ich córka, Gabrysia, urodziła się w 2014 roku. Poród, jak mówi Ewa, był z gatunku tych, po których kobieta nie boi się kolejnych. — Rolą Tomka było głównie podawanie wody i kanapek, liczenie przerw między skurczami, pomoc w dojściu do toalety itd. Bardzo ważne było, że przypominał mi o oddechu — relacjonuje kobieta, a jej mąż ze śmiechem dodaje: — Czasami musiałem nawet krzyknąć!

Jak podkreślają, warto było pokonać swój strach. To wydarzenie pozytywnie wpłynęło na ich związek, bo było kolejnym dowodem na to, że wspólnie są silniejsi.


Kiedy rodził się ich syn, marzenia dotyczące kolejnego rodzinnego porodu przegrały w zderzeniu z rzeczywistością. Konieczne okazało się cesarskie cięcie. Nie oznacza to jednak, że Tomek nie odegrał roli i przy tym porodzie. Kiedy Leoś został dokładnie zbadany, trafił do taty, który natychmiast zaczął go kangurować. A przecież kontakt „skóra do skóry” jest szczególnie ważny dla dziecka.

Kiedy pytam Tomka, co by powiedział przyszłym ojcom, którzy mimo próśb partnerki, nie chcą być przy porodzie, odpowiada bez cienia wątpliwości: — Niech nie będą tchórzami i nie zostawiają kobiety z tym samej. Związek polega na tym, by się wspierać, a to jest sytuacja, która wsparcia wymaga. I na pocieszenie: finał może być naprawdę pięknym wspomnieniem — przekonuje.

Taką samą opinię słyszę i od innych ojców, którzy byli przy narodzinach swoich dzieci.

— Nie ma co ukrywać: sama akcja porodowa nie ma w sobie niczego pięknego. Patrzenie na cierpiącą żonę było najgorszym, co mnie spotkało w życiu — mówi Artur. — Ala była jednak niezwykle dzielna i chociaż wiem, że zabrzmi to jak banał, naprawdę kocham ją od tego dnia bardziej. A trzymanie na rękach dziecka, które narodziło się zaledwie kilka chwil wcześniej, rekompensuje wszystkie trudne przeżycia.



Nie wszystkie pary decydują się na rodzinny poród. Każda z nich ma swój powód.

— Właściwie to ja od początku nie chciałam, żeby Krzysiek był przy porodzie. Wiem, że może to głupio brzmieć, ale bałam się, że nabierze do mnie obrzydzenia — mówi Jola, mama dwójki dzieci. — Po pierwszym porodzie byłam już pewna, że to był dobry wybór. Lepiej pocierpieć w samotności. Kiedy czekałam na narodziny syna, ciągle rozważałam jednak tę opcję, bo myślałam, że później mój mąż będzie miał mi za złe tę decyzję. Kiedy w pierwszej ciąży czytałam te artykuły o wspólnym porodzie, że to takie piękne chwile, które warto przeżyć razem, to trochę się wahałam.

Co miało wpływ na ostateczną decyzję? — Po pierwsze Krzysiek się nie upierał, że chce być ze mną, po drugie często jeździ w delegacje. Przy pierwszym porodzie okazało się, że zanim dotarł do Olsztyna, nasza córka była już na świecie. Kiedy rodził się nasz syn, ostatecznie nie poprosiłam go, by był. Nigdy nie mówił, że tego żałuje, więc to chyba dobra decyzja.

Często decyzja o wspólnym porodzie przypomina przerzucanie gorącego ziemniaka. — Chciałam, żeby Marek był przy porodzie, ale bałam się, że odmówi, więc nie zapytałam — przyznaje Kasia. — Kiedy Ola była już na świecie, spotkaliśmy się z rodziną. Jedna z moich kuzynek, zapytała żartobliwie: „I jak tam, nie zemdlałeś?”, a Marek odpowiedział: „Kasia nie dała mi szansy”. Później o tym rozmawialiśmy i okazało się, że mój mąż myślał, że ja nie poruszam tego tematu, bo nie chcę go przy porodzie. Przez brak komunikacji oboje byliśmy nieszczęśliwi. Jeśli zajdę w drugą ciążę, na pewno Marek będzie rodził ze mną.

Co ciekawe, fraza, której używa Kasia, bardzo denerwuje Agnieszkę, która mówi:

— Żadne tam „jesteśmy w ciąży” i „rodzimy razem”. W ciąży jest kobieta i to ona rodzi. Facet jej w tym towarzyszy, ale nie popadajmy w przesadę — denerwuje się Agnieszka, mama trzech córek. — Jestem wdzięczna mojemu chłopakowi, że był przy wszystkich porodach, ale to nie on wymiotował przez dwa miesiące i nie on odczuwał bóle porodowe. Był taki, co się z bólami zmierzył, ale mu się nie podobało — dodaje już z uśmiechem ostródzianka.

Choć rodzinny poród powoli staje się niemal oczywistością, osoby, które na co dzień pomagają maluchom w przyjściu na świat, podkreślają, że nie powinniśmy takiej decyzji podejmować automatycznie albo dlatego, że „inni tak robią”. Nie każdy, nawet najlepszy partner, odnajdzie się na sali porodowej. Bywa i tak, jak mówi mi w zaufaniu jedna z położnych, że panowie robią wokół siebie więcej zamieszania niż kobieta. — Kilka miesięcy temu jedna z rodzących dosłownie wyrzuciła swojego partnera z sali. Ona liczyła na to, że pomoże jej zapanować nad oddechem, a on skupiał się na wysyłaniu zdjęć do całej rodziny. Widać, że zbyt dosłownie zrozumiał pojęcie „rodzinny poród”.

Daria Bruszewska-Przytuła

Poród rodzinny to...
pokaż wyniki »
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (9) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. WMB #2674754 | 37.47.*.* 3 lut 2019 13:45

    Jeżeli kobieta potrzebuje twojego wsparcia to mężczyzna powinien być przy porodzie. Moja żona miała dwa bardzo ciężkie porody i nie wyobrażam sobie żebym ja zostawił w tej trudnej chwili. Z drugiej strony jeżeli macie za mężów mamisynkow w rurkach to nie zabierajcie ich na siłę na porodowke. Nie jednego takiego wynosili z traktu porodowego bo zemdlal. Zamiast tego niech taki gagatek przyjdzie po wszystkim i podziekuje żonie i paniom odbierajacym poród za ten wysiłek.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. ja #2674508 | 37.47.*.* 3 lut 2019 07:12

      Nie Nastrojowy nie apetyczny widok nie polecam.

      Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. 111 #2674411 | 88.156.*.* 2 lut 2019 22:04

      tak intymne sprawy ! jak po takim widoku współżyć z żoną !!???

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    3. Janusz #2674343 | 88.156.*.* 2 lut 2019 20:09

      Byłem 5 razy rewelacja zwlaszcza za 500+ taki sarkazm

      Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    4. Nie dane mi było #2674317 | 81.190.*.* 2 lut 2019 19:39

      Rodzić naturalnie, cesarkę miałam i mąż mój odprowadzał mnie na salę operacyjną a potem obserwował wszystkie czynności które działy się przy dziecku w onnej sali, od początku więc widział dziecko, miał pewność że to nasze i nikt nie zamienił, potem dołaczył do mnie w sali pooperacyjnej, razem tuliliśmy dziecko, był przy mnie cały dzien, gdy nie mogłam się podnieść. Ale na moją prośbę wychodził gdy położna mnie podcierała, spędzal z nami w szpitalu kolejne dni. Gdybym miała rodzic naturalnie- bylby ze mna tylko do momentu wlaściwej akcji. Od początku wiedziałam że nie chcę by był świadkiem mało pięknych rzeczy okoloporodowych. Czekalby az do urodzenia dziecka ale na korytarzu. Przez wiele setek lat mężczyzni byli za drzwiami i oboje jesteśmy tego zdania że pewnych rzeczy mężczyzna oglądac nie powinien. Kilka moich znajomych żaluje że mąż je ogladał w takich intymnych sytuacjach, jedno małzenstwo znajomych rozeszlo sie po porodzie. Uszanujcie takie pary które nie są za rodzinnym porodem a tylko za wspieraniem kobiety rodzącej przed i po porodzie. Nie wszyscy chcą slepo Zachód papugować. Rodzinny poród tak ale tylko wtedy gdy oboje chca tego a nie jedna osoba wymusza obecnosc drugiej. Jesli choć jedno z dwojga ma wątpliwości to mężczyzna powinien zostać za drzwiami. Jestesmy ze soba juz kilkanascie lat i nadal czujemy motyle, a zadne nie szuka szczescia gdzies indziej.

      Ocena komentarza: warty uwagi (6) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (3)

      Pokaż wszystkie komentarze (9)