Sobota, 17 listopada 2018. Imieniny Grzegorza, Salomei, Walerii

Jesteśmy bratnimi duszami i przyjaciółmi

2018-11-04 09:00:00 (ost. akt: 2018-11-04 10:46:59)
Nina Malinowska

Nina Malinowska

Autor zdjęcia: Piotr Kała

Nine Berries to projekt, który powstał z potrzeby serca. Z miłości do muzyki. O łączeniu muzycznych światów z Niną Malinowską rozmawia Katarzyna Janków-Mazurkiewicz.

— W niedzielę zagracie w Olsztynie jako zespół Nine Berries. Tymczasem o mały włos pani, jako wokalistka zespołu, nie zostałaby politologiem.


— No tak, bo właśnie w Olsztynie skończyłam politologię. Po zakończeniu studiów zostałam tutaj jeszcze rok. Wówczas przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś będę zajmować się muzyką. Zaraz po studiach zaczęłam pracować w biurze. Wprawdzie w centrum tańca, ale była to typowa praca biurowa. W dodatku w godzinach popołudniowych, od godziny 14 do 22. Stwierdziłam, że jednak warto coś zmienić. I trafiłam na kolejny staż, tym razem do urzędu. Już w trakcie stażu w urzędzie zapisałam się na warsztaty teatralne grupy Kokon, które prowadziła Krystyna Jędrys. Jednocześnie w tym samym czasie dostałam od przyjaciół wyjątkowy prezent — zaproszenie na zajęcia wokalne pani Izabeli Stefańskiej. To był początek mojego śpiewania.

— Pamięta pani swój pierwszy występ, kiedy zaprezentowała pani swoje umiejętności wokalne?


— Wystąpiłam wówczas w konkursie. Zorganizowała go szkoła muzyczna w Olsztynie i był to pierwszy konkurs musicalowy. Miałam może z 25 lat. Stanęłam na tej scenie, zaśpiewałam może z dwie piosenki i zjadła mnie trema. Rozpłakałam się z rozpaczy. Występ okazał się kompletną porażką. Sądziłam, że już nigdy do tego śpiewania nie wrócę. Nie po takim początku. Życie jednak zdecydowało zupełnie inaczej. Wróciłam więc do warsztatów teatralnych. Kiedy emocje trochę opadły stwierdziłam, że śpiewać to może jednak też bym chciała. Wtedy też zapadła decyzja o tym, że wyprowadzam się z Olsztyna i przenoszę się do Warszawy. Chciałam się dalej rozwijać. Zapytałam Krystynę Jędrys o to, czy zna może osoby w Warszawie, które mogą mnie czegoś nauczyć. I wtedy poleciła mi Karolinę Burdyło-Getkę, która mieszka teraz w Olsztynie. Zaczęłam więc szlifować umiejętności teatralne u Karoliny, w końcu zapisałam się do Szkoły Aktorskiej Jana i Haliny Machulskich.

— Tam też poznała pani swojego męża.


— Tak, ale jeszcze wtedy nie pomyślelibyśmy, że będziemy razem występować z naszą autorską muzyką. Najpierw powstał objazdowy Teatr Zapis Fonetyczny dla dorosłych, w którym występujemy z grupą naszych przyjaciół. Potem założyliśmy we dwoje teatr objazdowy dla dzieci – Teatr Tup Tup i to tam powstały nasze pierwsze piosenki adresowane do dzieci. Pewnego dnia improwizowaliśmy, mąż grał na gitarze, a ja zaczęłam śpiewać i zanim się obejrzeliśmy powstała nasza pierwsza piosenka „Melancholia”. Potem była kolejna i następne. W końcu odważyliśmy się i powiedzieliśmy sobie: „a, co tam! Wystąpimy razem”. Założyliśmy cel, że z naszymi autorskimi kompozycjami wystąpimy 12 maja, w dzień urodzin mojego męża, w jednym z warszawskich klubów. Zrealizowaliśmy ten plan! To stało się w tym roku. Przygotowaliśmy z osiem czy dziewięć naszych piosenek i staliśmy się zespołem — Nine Berries. I to był dla nas moment przełomowy w muzyce, ponieważ ja od 2013 rok pisałam piosenki i występowałam z autorskim recitalem, ale do 2018 roku akompaniowali mi inni muzycy — pianiści, pianistka, akordeonista. A teraz występuję z mężem.

— Kłócicie się na scenie?


— Na scenie się nie kłócimy, co najwyżej na próbach. Szczególnie w czasie, kiedy przygotowujemy kompozycje. Ścieramy się, bo każde z nas ma swoje spojrzenie na muzykę. Ja cenę liryzm i melodyjność, a Darek ma rockową duszę. Nie jest to prosta współpraca, ale przynosi nam dużo radości. Uzupełniamy się. Kiedy piosenka już powstaje okazuje się, że nic nie dzieje się przypadkiem, że tak miało po prostu być.

— Tak miało więc być, że ta politologia zupełnie nie była pani pisana.


— Śpiewałam i występowałam w szkole podstawowej. Potem przyszło liceum i studia, gdzie się od tego odcięłam. Zarzuciłam myśl o tym, że mogę zostać artystką. Na studiach uległam presji, że trzeba mieć wyższe wykształcenie, pracę. Zostałam więc politologiem. Dziś patrząc z perspektywy czasu wiem, że nie byłabym dobrym politologiem. Nie mogłabym zostać ani politykiem, ani urzędnikiem. To nie były dziedziny, w których bym się spełniała. Późno, bo w wieku 27 lat trafiłam na studia aktorskie. Rzuciłam pracę na etacie i zaczęłam spełniać swoje marzenie o życiu artystycznym.

— Zawsze płynie pani pod prąd?


— Oboje. Mój mąż, Darek też rzucił pracę i wybraliśmy drogę artystyczną. Mieliśmy wspólną pasję — muzykę i teatr. W 2015 roku wzięliśmy ślub. Razem występujemy, tworzymy teatr. Dobrze się w tym czujemy, bawimy, choć nie jest to droga usłana różami. Prowadzenie własnej działalności, życie artystyczne, naprawdę nie jest łatwe. W Polsce szczególnie. Jednocześnie wiemy też, że nie moglibyśmy już wrócić do pracy na etacie. Nie moglibyśmy pracować dla kogoś. Wartością jest to, co robimy sami. Mamy poczucie, że robimy coś dobrego również dla siebie. Spełniamy się w wielu dziedzinach. Prowadzimy nasze teatry objazdowe, teraz doszła do tego jeszcze muzyka. Wszystko robimy wspólnie. Przebywamy ze sobą 24 godziny na dobę. Z tego też powodu ostatnie wakacje postanowiliśmy spędzić oddzielnie, by oczyścić atmosferę (śmiech).

— Artystyczne małżeństwo wymaga wyrzeczeń?


— Nie mówiłabym o tym w ten sposób. Oczywiście, kiedy się jest ze sobą 24 godziny na dobę, można być zmęczonym, ale nam to nie przeszkadza. Jesteśmy bratnimi duszami i przyjaciółmi. Kiedy byliśmy te kilka dni osobno, bardzo za sobą tęskniliśmy. Łączy nas przyjaźń i miłość. Nigdy nic nie wiadomo w życiu, ale dziś chcemy być razem i poddajemy się chwili.

— To wasz sposób na życie?


— Jest nasz, ale też nigdy nie namawiam znajomych, by nagle rzucili wszystko i robili coś innego w życiu. Każdy ma swoją ścieżkę. Powinniśmy skupić się na tym, czego my oczekujemy od życia. Wiem przecież, że niektórzy wolą stabilizację i poczucie bezpieczeństwa i to ich wybór. Nie jestem zwolenniczką teorii, że wszyscy powinniśmy żyć tak samo. Każdy musi odnaleźć swoją drogę.

— A jaka będzie wasza muzyczna droga w czasach, kiedy na rynku muzycznym panuje tak ogromna konkurencja?


— Oczywiście, że jest duża. W tej chwili nie mamy jeszcze wspólnie nagranego materiału, to są dopiero plany. Może powstanie teledysk? Nasza muzyka też jest inna, bo wybraliśmy piosenkę autorską, poetycką. Połączyliśmy lirykę z muzyką rockową. Chcemy po prostu występować na scenie. Nie mamy menedżera, sami zajmujemy się koncertami, ich organizacją. Nie chcemy się z nikim ścigać. Chcemy skupić się na tworzeniu muzyki, piosenek i robić to jak najlepiej. Mamy nadzieję, że kiedyś ktoś nas zauważy i doceni. A już dziś zapraszamy na olsztyński koncert w Galerii Sowa. To mój ulubiony studencki klub z czasów studiów. Cieszę się, że wystąpimy w Olsztynie.

— Często tutaj bywasz?


— Staram się, bo mieszka tutaj moja przyjaciółka. Teraz też z Warszawy uciekła Karolina Burdyło-Getka, jest Krystyna Jędrys. Mam wielu przyjaciół, do których mogę wracać. Olsztyn jest i zawsze będzie w moim sercu. Tutaj spędziłam przecież sześć lat.


Koncert Nina Malinowska & Nine Berries w Galerii Sowa czeka nas 4 listopada o godz.19. Wstęp: 20 zł.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB