Czwartek, 27 czerwca 2019. Imieniny Cypriana, Emanueli, Władysława

Droga Andrzeja po nitce do kłębka

2018-10-13 08:15:02 (ost. akt: 2018-10-25 11:18:16)

Mieszka w Paryżu od 40 lat, a ciągnie go do Olsztyna. — Mam tu masę przyjaciół, grałem w teatrze Jaracza. Teraz podziwiam, jak Olsztyn się zmienia — mówi Andrzej Burzyński, aktor i malarz, który w piątek otworzył wystawę swoich prac.

— Dzisiaj bankiet, tłum artystów, ty się tam wybierasz… Tak wyglądał pana wernisaż?
— Przyszli moi przyjaciele z teatru Jaracza, których znam od lat. Malarze, bo też maluję i miałem wystawę w BWA. Tu reżyserowałem, wracałem ze swoim monodramem „Niejaki Piórko”. Trochę osób mnie zna.
— Ciągnie pana do Olsztyna?
— Cały czas! Na 25 lat, które spędziłem na scenie w Polsce, 8 lat grałem w Olsztynie, dwa razy po cztery lata — raz za dyrekcji Sewruka, raz za Rościszewskiego.
— Gdy się witaliśmy, od razu pan powiedział, że ma 81 lat. Muszę więc zapytać, skąd ta wspaniała forma? Poddał się pan modom na niejedzenie mięsa i bieganie?
— Nie! Pomógł mi organizm, który powiedział: nie możesz pić. Koledzy pili po premierach, a ja zawsze chorowałem. Oni rano wypili kefir i mogli pracować, a ja trzy dni leżałem plackiem. I nie paliłem, chociaż w teatrze bywało różnie. Reżyserzy często mówili: „a w tej scenie zapalisz”. Gdy grałem w „Szklanej menażerii”, stawałem tyłem, wciągałem dym i odwracając się, efektownie go wypuszczałem. Czasami dyskutowałem z reżyserem, że papieros tu nie pasuje, a potem przychodzili koledzy i mówili „on nie pali” i reżyser darował mi puszczanie dymka.

Zamiast biegać, idę na spacer. Każdego ranka witam drzewo, które mam za oknem. Każdy miesiąc po 80. roku życia cieszy! Aznavour, którego bardzo lubię, niedawno zmarł, mając 94 lata, a jeszcze dwa dni wcześniej udzielił wywiadu.
— W Olsztynie wiele osób pamięta pana monodram „Niejaki Piórko”, który grał pan w latach 70.
— To opowieść o nieudaczniku, przepraszającym i samotnym, nieświadomym i bezsilnym. Grałem go wiele lat, zdobywałem nagrody na różnych festiwalach. Rozpoznałem w tym spektaklu siebie…
— Chyba jednak ma pan ciekawszą biografię niż Piórko?
— Kiedyś w Ameryce spotkałem Elżbietę Czyżewską, moją koleżankę z roku w szkole teatralnej w Warszawie, która na mój widok krzyknęła: „Jak to się stało? Byłeś najlepszy na roku i zniknąłeś?”
— Co przeszkodziło panu w karierze?

— Może to, że — jak już mówiłem — nie tykam alkoholu. Aktor, który nie pije, jest pogrzebany. Poza tym mama zawsze mówiła: „Siedź w kącie, znajdą cię”. To najgorsza rada, którą można dać dziecku. Zamiast walczyć, pukać wszędzie, wracać tam, skąd mnie wyrzucili, siedziałem w kącie. Może tak stało się też dlatego, że zawsze miałem swoje malarstwo. Siedziałem za tymi obrazami.
– A więc, kim pan jest? Malarzem czy aktorem?
— Nie wiem sam. Gdy czegoś nie namażę w ciągu dnia, uważam ten dzień za stracony.
— Skończył pan szkołę teatralną w Warszawie w latach 60., studiował pan z przyszłymi gwiazdami.
— Na moim roku były m.in. Maja Wachowiak, Elżbieta Czyżewska, Ligia Borowczyk, znam Irenę Karel i wielu innych znakomitych aktorów. Wspaniały okres! Byłem bardzo młody, ale nie mam specjalnej czułości do tego okresu.
— W 1979 roku wyjechał pan do Paryża.

— Namówiła mnie żona, Francuzka. Przez 5 lat spotykaliśmy się w Polsce, we Francji. W końcu zdecydowaliśmy, że wyjadę do Paryża. Jednym z argumentów był „Niejaki Piórko”. Wtedy przygotowywałem monodram po francusku. We Francji miałem okazję poznać autora Henri Michaux, zagrałem mu duże fragmenty — po polsku — w mieszkaniu. Napisał mi w dedykacji, że gram Piórkę z przekonaniem i siłą.
— Nadszedł jednak czas, że zagrał pan swój „przebój” przed francuską publicznością?
— Miałem zagrać w teatrze, ale okazało się, że pokaz odbędzie w… garażu, a była zima, wyjątkowo, jak na Francję, chłodna. Grałem w T-shircie, cześć akcji toczyła się na podłodze, przeciąg hulał mi po plecach. I w czasie spektaklu straciłem głos. W teatrze powiedzieli, że teraz muszę się leczyć, więc moja kariera aktorska we Francji zatrzymała się. Zeszło ze mnie powietrze. Jednak nie rozstałem się z Piórko, bo dostałem propozycję z Belgii i wyreżyserowałem monodram z Philipe, młodym belgijskim aktorem. Po premierze cały dzień w nerwach czekałem na recenzję. „Reżyser znad Wisły pokazał widzom wspaniały spektakl” — donosiły nagłówki. Philipe powiedział, że czuł się, jakby miał transfuzję krwi — mojej. Monodram był grany w teatrze w Brukseli przez trzy lata. Gdy spektakl miał zejść z afisza, został nagrany przez telewizję.
— Z czego żyje polski aktor na emigracji we Francji?
— Teraz mam emeryturę, przez pewien czas utrzymywała mnie żona, pomogły mi jednak zdolności malarskie. Wykorzystywałem je, zarabiałem dzięki nim.

— W Olsztynie w Starym Ratuszu pokazał pan kilkanaście obrazów na wystawie pt. „Ja, Minotaur”. Ten byk z głową człowieka, potwór, ta tragiczna postać to pan?
— (śmiech) Jestem adwokatem Minotaura! Jest w tym dużo teatru. To obrazy w manierze XIX-wiecznej, ale zrobione na poważnie w oleju. Kilka lat temu pojechałem na Kretę, bo chciałem zobaczyć pałac króla Minosa i jego żony. Pierwszego dnia upadłem i złamałem nogę. W chwili upadku miałem wizję: ukazał mi się Minotaur, patrzył na mnie i pokładał się z śmiechu. Powodów tego śmiechu szukałem w mitologii i to ona opowiedziała mi wersję mitu, której dotąd nie znałem.
— A nić Ariandy, nić życia z mitu o Minotaurze, snuła się na wernisażu?
— Była. Wszystko się dzieje za sprawą tej nici.
— Od 40 lat mieszka pan w Paryżu, jednak podczas przyjazdów obserwuje pan Olsztyn.
— Miasto bardzo się zmieniło. Jeżdżę tramwajami, zachwycam się Jeziorem Ukiel. To dobre miejsce do życia.

bb
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB