Sobota, 17 listopada 2018. Imieniny Grzegorza, Salomei, Walerii

Kora: wierna religii słońca, wiatru i kwiatów

2018-08-12 17:00:00 (ost. akt: 2018-08-17 17:33:37)
Kora

Kora

Autor zdjęcia: Beata Szymańska

Do innych niepodobna — tak można ją scharakteryzować, używając jej własnych słów. Po jej śmierci Kasia Nosowska napisała: „Serce mam w kawałkach”. A Muniek Staszczyk nazwał ją kobietą nr 1 w polskiej muzyce. 28 lipca zmarła Kora.

Świat poznał ją jako Korę. Pseudonim pożyczyła od greckiej bogini, bo od dzieciństwa fascynowała ją mitologia. Ale na początku była Olgą Ostrowską. Nazwisko panieńskie porzuciła dla swojego pierwszego męża i partnera muzycznego — Marka Jackowskiego. To z nim podbiła serca słuchaczy i krytyków. Razem stworzyli Maanam, zespół, który dla wielu artystów jest dziś punktem odniesienia.

Zanim artystyczna dusza zaprowadziła ją na scenę, Kora przeszła krętą drogę. Wiodła ona między innymi przez dom dziecka prowadzony przez zakonnice. Trafiła do niego na kilka lat, na czas choroby matki. I prawdopodobnie właśnie doświadczenie opresji, jak to nazywała w wywiadach, w istotny sposób wpłynęło na jej życie.

W jej wypowiedziach można znaleźć wiele dowodów na to, że irytowały ją grzechy Kościoła. W „Zabawie w chowanego” opisała koszmar molestowania seksualnego. W wywiadach przyznała, że doświadczyła tego ze strony księdza. Po jej śmierci Kamil Sipowicz wyraźnie zdementował plotki o tym, jakoby Kora przyjęła ostatnie namaszczenie.

— Moja żona do końca była wierna religii słońca, wiatru i kwiatów — napisał.
Po pobycie u zakonnic był dalszy ciąg tułaczki, czyli dom wujostwa w Jabłonowie Pomorskim. Pod skrzydła matki trafiła z powrotem dopiero po śmierci ojca. W rodzinnym Krakowie dokończyła naukę w podstawówce i poszła do liceum. To właśnie w nastoletnich czasach odkryła dla siebie kulturę hippisowską. Zaprzyjaźniła się z krakowskimi artystami.

Po maturze poznała Marka Jackowskiego. Miała zaledwie 20 lat, kiedy wyszła za niego za mąż, kilka więcej, kiedy powstał Maanam. Zespół powoli zdobywał szacunek odbiorców. Kora, która wtedy była jedną z nielicznych wokalistek rockowych w Polsce, stawała się idolką. I udowadniała, że poczucie wolności ma się w głowie. Opresyjny system nie był w stanie odebrać jej prawa do decydowania o sobie.

Szokowała i inspirowała: tekstami, wyglądem, poglądami, życiowymi wyborami. Te ostatnie, co oczywiste, wzbudzały dużo emocji. Kora po rozwodzie z Jackowskim przyznała, że jeden z ich synów jest owocem zdrady małżeńskiej. Jego ojcem jest Kamil Sipowicz, z którym zresztą Kora się w końcu związała. I była z nim aż do śmierci.

Nie kusiła jej estrada, choć przyznawała, że dzięki występowi w Opolu muzyka Maanamu zawędrowała pod strzechy. Pozostawała buntowniczką. Kiedy muzycy Maanamu dowiedzieli się, że na koncercie, który mają zagrać, pojawią się w roli gości pierwsi sekretarze RWPG, odwołali swój udział. Nawet wtedy, kiedy po zespół przysłano helikopter. Występu nie było. I skończyło się na tym, że miało nie być nie tylko tego. Dostali zakaz. Nie chciano zespołu w Polsce, więc koncertowali za granicą. Zapełniali sale i zdobywali coraz większe uznanie. Bo prawdziwie szanuje się tych artystów, którzy pozostają wierni swoim ideałom.
Artystką Kora była zresztą totalną.

Poza tekstami, tworzyła też obrazy. Próbowała swoich sił także jako aktorka. Wielu młodych ludzi zapamięta ją pewnie jako charyzmatyczną i bardzo emocjonalną jurorkę w Must Be the Music. Kiedy jakiś uczestnik chwytał ją za serce, cieszyła się całą sobą. Jej „Kocham! Kocham! Kocham!” wielu początkujących artystów traktowało jako największy komplement.

Choć mówiła, że nie może sama ze sobą wytrzymać, bliscy wspominają ją jako doskonałą przyjaciółkę i osobę niezwykle wrażliwą. Na piękno, na krzywdę, na świat.

Kora kochała zwierzęta. O jej przywiązaniu do Ramony wiedzieli wszyscy. Pies towarzyszył jej przecież wszędzie. Podobnie ważna była dla niej przyroda. A gdzie można ją lepiej docenić niż na Warmii i Mazurach?

— Miałam trzynaście lat, kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Olsztyna, bo tutaj zamieszkała moja siostra — mówiła kiedyś Kora w rozmowie z „Gazetą Olsztyńską”. — A ja przyjeżdżałam do niej w czasie wakacji.
Olsztyńskie okolice uwiodły artystkę. Po jakimś czasie zrealizowała nawet swoje marzenie o zamieszkaniu nad warmińskim jeziorem. Wybudowała dom i pod Olsztyn przyjeżdżała regularnie. Zainspirowana bliskością przyrody napisała nawet piosenkę „Owady podniosły skrzydła do lotu”.

— Zdarzało się, że wskakiwałam do wody i przepływałam wpław całe jezioro. Woda jest moim przyjaznym żywiołem — opowiadała. — W ten sposób znajdowałam się na śniadaniu u mojej siostry. Witałyśmy się i płynęłam z powrotem. Bardzo lubię pływać i bezpośredni kontakt z wodą. Nie istnieją dla mnie łódki, mam do nich stosunek obojętny, żeby nie powiedzieć niechętny — podkreślała.

Ale nie tylko siostra, będąca, jak podkreślała Kora, „najważniejszą kotwicą”, trzymała ją na Warmii. Związków z Olsztynem wskazać można więcej. Bo przecież jej były mąż, zmarły pięć lat temu Marek Jackowski, urodził się w Starym Olsztynie, a potem wraz z rodziną mieszkał w Łęgajnach. W czasach, kiedy byli parą, mieli więc wiele powodów, żeby odwiedzać Warmię.
W Olsztynie powstała też jedna z ich płyt „Deriwsz i Anioł”. W Radiu Olsztyn pomógł ją nagrać Ryszard Szmit, świetny dźwiękowiec. Wspominając Korę, mówił, że była dobrą poetką.

I właśnie w swoich poetyckich utworach Kora mówiła znacznie więcej o świecie, niż są w stanie to zrobić publicyści. Była zwierzęciem politycznym, miała w sobie niezgodę na nieprawość. Potrafiła wypunktować grzechy nie tylko tych, którzy sprawują władzę, ale i opozycji. Była idealistką. Ale nie była naiwna. Nie pozwoliła, żeby świat, w którym żyje, stał się jedynym, jaki zna.

W rozmowie z „Newsweekiem” mówiła: — Po 1989 roku zaczęliśmy budować dobrobyt kosztem tych, którzy zarabiali niecałe tysiąc złotych.
I dodawała: — W tym kraju zabrakło rządzącym serca.

O niesprawiedliwości systemu przekonywała się na własnej skórze. Wiele razy. Ostatnio, kiedy zachorowała na raka i okazało się, że lek, który mógłby jej pomóc, nie jest refundowany. Razem z innymi chorymi włączyła się w walkę o wpisanie go na listę. Udało się, ale Kora i tak zmuszona była sprzedać dom.

Ważna była dla niej także walka o zakwalifikowanie marihuany jako leku. I oburzała się, że środek uśmierzający ból jest traktowany jako największe zło, a alkohol można kupować bez ograniczeń.

Kora zmarła 28 lipca. Miała 67 lat, tyle samo, ile w chwili śmierci miał Marek Jackowski. Kamil Sipowicz, jej wieloletni partner i od kilku lat mąż, poinformował, że zmarła „na swoim ukochanym Roztoczu w otoczeniu najbliższych osób, ukochanych zwierząt i wspaniałej przyrody”.

Jeden z fanów nazwał ją „latarnią morską normalnego demokratycznego świata”, inny żegnał ją z właściwym także Korze spokojem ducha: „Po drugiej stronie materii jest lepsza akustyka. Tańcz tam swobodnie, wkrótce dołączymy”. A Manuela Gretkowska napisała: „Dziękuję, za młodzieńczy bunt i dojrzały sprzeciw. Robi się ciszej, coraz ciszej, bez Ciebie”.

dbp



Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB