Wtorek, 25 września 2018. Imieniny Aureli, Kamila, Kleofasa

Oblali go farbą i podpalili. Oparzenia przekraczały 80 procent powierzchni ciała. Zmarł w męczarniach

2018-08-11 20:05:09 (ost. akt: 2018-08-11 20:04:05)
zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu

zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu

Autor zdjęcia: pixabay

Kiedy zapalił zapałkę, powiało grozą. Waldemar J. podobno zdążył mu ją wyrwać, ale furiat zapalił następną i cisnął do kanału. Natychmiast buchnął płomień. „Wchodź, bo się spalisz”, zaczął krzyczeć trzeźwiejszy z napastników, pomagając mężczyźnie wydostać się ze śmiertelnej pułapki. Narzucił potem na niego jakąś szmatę, ale oblane farbą ubranie ofiary zajęło się żywym ogniem.

Janusz L. siedział w więzieniu za próbę zabójstwa żony. Podejrzewał ją o zdradę i uderzył siekierą kiedy spała z dzieckiem w jednym łóżku. Kobieta przeżyła tylko dzięki natychmiastowej pomocy. Dla Henryka W., po tym jak Janusz L. bestialsko go pobił, a potem podpalił, na pomoc było za późno.

Do zdarzenia doszło 5 czerwca 1997 w Szczytnie. To był czwartek i – niestety – dzień wypłaty zasiłku dla bezrobotnych. Henryk W. 40-letni ojciec ośmiorga dzieci urwał się z kursu dla operatorów ciężkiego sprzętu i po zainkasowaniu pieniędzy od przedpołudnia popijał z kolegami na podwórku przy ulicy Polskiej. Na obiad poszedł do domu. Oddał nawet żonie 50 złotych, zwrot pożyczki, którą kilka dni wcześniej poratowała sąsiadkę. Po południu powiedział, że idzie na działkę. Wrócił jednak do miasta, do kolegów przepijających zasiłek.

Janusz L. (ur. 1954) po warunkowym wyjściu z więzienia mieszkał w Szczytnie u matki, kręcił się po mieście i szukał okazji. Kiedy nie stać go było na wódkę, pił denaturat. Kiedy tego dnia, po południu, za szkołą zawodową w pobliżu stacji PKP spotkał go Waldemar J. miał jeszcze pół flaszki „dinksu”. Poczęstował młodszego kolegę, ale ten odmówił, oświadczając, że bez zagrychy nie pije. Razem jednak razem postanowili pójść na tory, mając nadzieję, że natkną się na kogoś, kto im postawi. Stał tam stary budynek z pruskiego muru. Kolej wynajęła go kiedyś na samochodową blacharnię, ale warsztat od dawna był nieczynny. Kłódki były zerwane, każdy mógł wejść i szabrować. Tym właśnie zajęci byli Janusz L. i jego kolega, kiedy nadszedł Henryk W. Robił się już wieczór, wracając do domu skracał sobie drogę i szedł przez tory. Kiedy zorientował się, że w warsztacie ktoś jest, poczuł się w obowiązku sprawdzić, bo pracował tu kiedyś dorywczo.

— Czego tu szukacie? – zaskoczył nieznajomych. Janusz L. tylko na moment stracił rezon. Potem obrzucił mężczyznę stekiem wyzwisk i kazał się wynosić, grożąc, że „skuje mu mordę”. Wywiązała się ostra pyskówka. Gdy Henryk W. uznał, że to nie przelewki, wybiegł na tory i zaczął uciekać w stronę wytwórni kasz. Pobiegli za nim. Po kilkudziesięciu metrach Janusz L. doścignął uciekającego, uderzył z tyłu i przewrócił. Z pomocą Waldemara J. zawlókł go z powrotem do warsztatu. „Chodź, pośmiejemy się trochę”, zapowiedział.
W środku, wśród walających się szmat i żelastwa najpierw zaczął kopać Henryka W., potem chwycił jakiś kij, w końcu zezłomowane drzwi od samochodu. Ofiara zasłaniała się, starała się wstać. Także kompan, widząc co się wyprawia, próbował Janusza L. powstrzymywać. Do niego nic już jednak nie docierało.

Autor cytatu: Wrzucił Henryka W. do samochodowego kanału. „Przemalujmy go na kameleona” krzyknął, wylewając na niego puszkę farby, która mu się nawinęła pod rękę. Kiedy zapalił zapałkę, powiało grozą. Waldemar J. podobno zdążył mu ją wyrwać, ale furiat zapalił następną i cisnął do kanału. Natychmiast buchnął płomień.
„Wchodź, bo się spalisz”, zaczął krzyczeć trzeźwiejszy z napastników, pomagając mężczyźnie wydostać się ze śmiertelnej pułapki. Narzucił potem na niego jakąś szmatę, ale oblane farbą ubranie ofiary zajęło się żywym ogniem. Waldemar J. jeszcze próbował użyć swojego swetra, ale machał nim coraz bardziej z daleka, bo paliło się już nie tylko ubranie, lecz i włosy mężczyzny.

Sprawcy postanowili wtedy uciekać, zatrzymując się aż na opuszczonym cmentarzu. Kiedy biegli przez tory zauważył ich (i potem rozpoznał) mieszkaniec pobliskiego domu pomocy społecznej. Zaciekawił się tym bardziej, że od strony torów, ktoś wołał. Palący się jak pochodnia Henryk W. zdołał bowiem o własnych siłach wyjść z warsztatu i wzywał pomocy. Starszy mężczyzna, kiedy go zobaczył, pośpiesznie poszedł na stację po ratunek, ale było już późno, nikogo nie spotkał więc postanowił na piechotę pójść na komendę. Dym nad torowiskiem zaciekawił też trzech wałęsających się w okolicy chłopaków. Oni też polecieli na dworzec powiedzieć, co zobaczyli. Zaalarmowana dyżurna ruchu wysłała na miejsce człowieka z kocem gaśniczym. Obraz, jaki on zastał na miejscu, był straszny. Nagi, popalony na całym ciele człowiek, mimo wszystko jeszcze żył. Kiedy przyjechała karetka, ostrożnie, na prześcieradle przenieśli go na nosze.

Oparzenia przekraczały 80 procent powierzchni ciała. Po trzydziestu paru godzinach niewyobrażalnych cierpień, Henryk W. zmarł. W krótkich chwilach świadomości zdążył powiedzieć policjantom, że napadło go dwóch albo trzech mężczyzn. Nie znał ich.

Tydzień po zabójstwie został zatrzymany pierwszy ze sprawców Waldemar J. Powiedział zrazu, „nie przybijecie mi tej sprawy”, ale następnego dnia przyznał, że był na miejscu zdarzenia, wziął nawet potem udział w wizji lokalnej. Mówił, że ze starszym od siebie Januszem L. znał się, bo mieszkali kiedyś w jednym domu, i to właśnie on pobił i podpalił mężczyznę w opuszczonym warsztacie. Kiedy policja aresztowała głównego sprawcę, ten oczywiście wszystkiego się wyparł.

Powiedział, że na żadnych torach nie był, wieczorem siedział w domu z matką i bratem. Potem wskazał jako sprawców, jakieś osoby z Olsztyna. Gdy doszło do procesu sądowego, dalej kręcił. Poza tym, co wyjaśniał Waldemar J., nie było bowiem przeciw niemu mocnych dowodów. Swoje rzeczy zdążył zniszczyć, w totalnym bałaganie jaki panował w warsztacie, żadnych śladów wyodrębnić się nie udało. Policja szukała w krzakach nawet butelki po denaturacie, który pił sprawca, ale bez powodzenia.

— Żądam uniewinnienia – hardo mówił w olsztyńskim sądzie Janusz L. Wyrokiem z 13 października 1999 roku został skazany na 25 lat więzienia. Jego kolega Waldemar J. dostał tylko 2 lata za udział w pobiciu. Kajał się zresztą przez cały czas, a w ostatnim słowie przepraszał bliskich zabitego, że nie potrafił go uratować.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (7) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Marek #2554228 | 176.221.*.* 12 sie 2018 14:22

    Chwileczkę, zabójstwa dokonano w czerwcu 1997, skazano bandytę pod koniec 1999 na 25 lat. Jeśli zaliczono dwa lata aresztu, to bandyta odsiedział już 21 lat. Wychodzi na to, że człowiek leży w grobie 21 lat, a jeden z bandytów odsiedział dwa lata i już 19 lat jest na wolności (jeśli odsiedział?), drugi za dobre zachowanie już być może jest zwolniony z odbywania reszty kary. Straszne.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. a1410 #2554043 | 5.172.*.* 11 sie 2018 22:24

    I to jest kolejny dowód na niezbędną konieczność reformy wymiaru bezprawia zwanego omyłkowo wymiarem sprawiedliwości. Teraz ja będę musiał przez 25 lat utrzymywać tego degenerata, a po tych 25 latach on wyjdzie i może jeszcze raz kogoś podpali po pijanemu...

    Ocena komentarza: warty uwagi (22) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (2)

    1. a1410 #2554042 | 5.172.*.* 11 sie 2018 22:24

      I to jest kolejny dowód na niezbędną konieczność reformy wymiaru bezprawia zwanego omyłkowo wymiarem sprawiedliwości. Teraz ja będę musiał przez 25 lat utrzymywać tego degenerata, a po tych 25 latach on wyjdzie i może jeszcze raz kogoś podpali po pijanemu...

      Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. a1410 #2554040 | 5.172.*.* 11 sie 2018 22:24

      I to jest kolejny dowód na niezbędną konieczność reformy wymiaru bezprawia zwanego omyłkowo wymiarem sprawiedliwości. Teraz ja będę musiał przez 25 lat utrzymywać tego degenerata, a po tych 25 latach on wyjdzie i może jeszcze raz kogoś podpali po pijanemu...

      Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    3. Zenek #2554019 | 31.0.*.* 11 sie 2018 21:40

      Takie ku........y tylko na szafot

      Ocena komentarza: warty uwagi (7) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    Pokaż wszystkie komentarze (7)