Czwartek, 20 września 2018. Imieniny Eustachego, Faustyny, Renaty

Poprosiłam wszechświat i spełniają się marzenia

2018-08-11 12:23:27 (ost. akt: 2018-08-11 12:32:22)
zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu

zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu

Autor zdjęcia: pixabay.com

Anna Szymańska, fryzjerka stylistka z Łukty w powiecie ostródzkim, w swojej wsi prowadzi prawdziwie gwiazdorski salon. Szkoli się u największych sław na świecie i spełnia swoje marzenie. Opowieści o tym, w jaki sposób pomógł jej w tym wszechświat, wysłuchała Małgorzata Kundzicz.

— Kiedy pięć lat temu rozmawiałyśmy, robiła pani furorę w wielkim świecie. Brała pani udział w Telekamerach, Top Model, czesała osoby znane i lubiane. Gdzie dzisiaj pani jest?

— Wracałam właśnie ze szkolenia w Gdańsku i myślałam o naszej rozmowie (rozmawiałyśmy w środę — red.). I kiedy zaczęłam sobie uświadamiać, co robiłam przez te lata, to aż mi dech zaparło. Życie płynie tak szybko, że wydaje się, jakby tylko co jakiś czas działo się coś niezwykłego. A w rzeczywistości tyle się wydarzyło! Spotykam pięknych ludzi, żyję pięknie. Rozwijam się zawodowo i szkolę swój warsztat. A to jest mój tlen, to są moje akumulatory.

Po tamtej naszej rozmowie dostałam propozycję z firmy Wella, z którą współpracuję. Zostałam freelancerem, współpracownikiem, jakich jest zaledwie kilkoro w całej Polsce. Kiedy wchodzą nowe trendy albo nowe produkty, jestem zapraszana do studia w Warszawie i tam przechodzimy szkolenie. Później wracamy do swoich salonów i stosujemy tam te najnowsze zalecenia, które właśnie poznaliśmy. Jesteśmy zapraszani też do innych salonów w całym kraju i szkolimy innych fryzjerów.

Uwielbiam to robić. Kiedy gdzieś jadę, zastanawiam się zawsze, co zastanę. Jaki to salon, jakie będą modelki, jakie zdobędę nowe doświadczenia. Uwielbiam poznawać nowych ludzi. Później wymieniamy między sobą fajne maile, wpisy na Facebooku. Ja się tym karmię, to moje życie.

— Ale wciąż ma pani swój salon w Łukcie. Nie przeniosła go pani do Warszawy.
— Oczywiście, moim priorytetem jest mój salon. To dla mnie absolutny numer jeden. Zawsze w moim salonie wprowadzam to, co przywożę ze spotkań ze stylistami. Tutaj je doprowadzam do perfekcji, nadaję im właściwy kierunek. I w końcu tutaj z tego, czego się nauczę, korzystają moje klientki. Dzięki temu, że jestem freelancerem, zawsze dużo wcześniej wiem, co będzie się nosiło w kolejnym sezonie. Zresztą zajmujemy się już nie tylko fryzurami, nie tylko tym, co jest na głowie, ale wszystkim. Dopasowujemy ubrania i całą stylizację nie tylko do charakteru czy koloru oczu poszczególnych klientek, ale także do ich temperamentu, wieku, zawodu. Chodzi o to, żeby wszystko współgrało, żeby klientka dobrze czuła się ze sobą. Niedawno miałam też spotkanie z pewną znaną blogerką. Opowiadała mi, jak fotografować modelki, na co zwrócić uwagę, robiąc zdjęcia fryzur i całej sylwetki.

— Mało pani jeszcze zajęć? Jeszcze fotografem pani zostanie?
— Tak! Już zapisałam się na kurs, we wrześniu zaczynam zajęcia. Bo to wszystko się ze sobą łączy. Na moje życie wpływają doświadczenia ze wszystkich inicjatyw, w których brałam udział. W ubiegłym roku na przykład miałam przyjemność pracować przy pokazie pod hasłem: kobiety w odsłonach czterech pór roku. Własnoręcznie przygotowywaliśmy dodatki, z prawdziwych włosów robiliśmy wianki. Farbowaliśmy. Pokaz odbył się w Warszawie w Teatrze Polskim. Torpeda! A wszystko działo się przy akompaniamencie „Czterech pór roku” Antonio Vivaldiego.

Kiedy wyszliśmy na deski, zobaczyłam tych wszystkich ludzi na widowni, te reflektory, ten tłum fryzjerów patrzących na nas... I ja po tej stronie, po której były największe gwiazdy światowego fryzjerstwa. To jest to, co kocham. To jest to, co daje mi siły do życia. Przeżycia są nieprawdopodobne. Wcześniej byłam na Trend Vision w Londynie. A także innym razem, też w Londynie, na Alternative Hair Show. To największa tego typu impreza na całym świecie, a dla mnie emocjonalny strzał. Same legendy, diamenty fryzjerstwa. To było w Royal Albert Hall. To po prostu... Myślałam, że sięgnęłam nieba.

Często jestem zapraszana, kiedy przyjeżdżają najbardziej znani na świecie styliści. Kiedy zapraszają mnie do współpracy, zawsze chętnie biorę w tych spotkaniach udział. I jestem dumna, że mogę coś nowego wprowadzić do mojego salonu. Dwa czy trzy lata temu gościliśmy Patricka Camerona, megagwiazdę w naszej branży. Pomagałam mu. Cudny człowiek! Rok później pojechałam do niego do Londynu, już prywatnie, na szkolenie. Razem ze mną było osiem, może dziesięć osób, każdy z innego zakątka kraju, ludzie mówiący w różnych językach. Atmosfera była tak wspaniała i ci ludzie tak świetni, że porozumiewaliśmy się, używając międzynarodowej nomenklatury stosowanej we fryzjerstwie. I w tej sytuacji także zaowocowało to, że dotąd bardzo dużą uwagę zwracałam na to, aby potrafić porozumiewać się w języku fryzjerów. On się bardzo przydaje za granicą. Była taka scena u Patricka Camerona, kiedy podszedł do mnie i powiedział: „A ja cię skądś znam, już się gdzieś widzieliśmy”. A ja mu na to: „Tak, spotkaliśmy się w Polsce. Podawałam ci spinki na Trend Vision”. Ależ się uśmiał.

— Ta scena pokazuje, jak duży dystans ma pani do siebie.
— Mogłabym nawet włosy zamiatać, jeśli to pozwoliłoby mi na pracę z tymi znakomitymi ludźmi na scenie! Mam w sobie bardzo dużo pokory. Bardzo dużo w życiu przeszłam — i w życiu zawodowym, i osobistym. Także dlatego mój własny salon jest moim priorytetem. Bo wiem, że w tym wielkim świecie dzisiaj można być, obracać się w tych kręgach, a jutro już to może się skończyć. A salon jest mój. To ja go stworzyłam, to ja zapracowałam na klientki, które dotąd są ze mną. Niektóre z nich przyjeżdżają czy przychodzą do mnie od trzydziestu lat.

Takiego samego podejścia uczę moich pracowników, także córki, które teraz ze mną pracują. Wiem też, że nie można ludzi mierzyć jedną miarą. Jeden jest chudy, drugi gruby, trzeci niski, czwarty wysoki. I tak ma być. Nauczyłam się nie oceniać. Nawet nieprzyjemne sytuacje, które przecież też mnie spotykają, traktuję jako lekcje i staram się z nich coś dla siebie wyciągnąć.

Ale opowiem jeszcze o moim najnowszym dziele. Zaproszono mnie do tworzenia katalogu „Art of Cool”. Pracowaliśmy nad nim w listopadzie i grudniu ubiegłego roku, a on dopiero teraz się ukazał. Zadaniem moim i kilkorga innych stylistów było przygotowanie modelek do zdjęć. Używaliśmy najbardziej innowacyjnych produktów i korzystaliśmy z najnowszych trendów. Miałam takie szczęście, że przydzielono mi Lidię Popiel. Ona była dla mnie przez dwa dni! Przeżyłam cudowne chwile. Tym bardziej że akceptowane były moje propozycje odnośnie stylizacji Lidii. Zresztą i Lidia była przeszczęśliwa, wszystko fajnie nam współgrało. Pierwszy dzień to była stylizacja i kolorowanie, a drugi spędziłyśmy na sesji fotograficznej. Bo nie wystarczy mieć urodę, żeby być dobrą modelką. Trzeba jeszcze potrafić zaczarować te flesze.

— Zawsze zgadza się pani z trendami wymyślonymi przez te gwiazdy, o których pani mówi?

— Trendy rzeczywiście ktoś wymyśla, one nie biorą się same z siebie. Ujawniane są na pokazach haute couture. To są jakby zwiastuny tego, co będzie się w danym sezonie nosiło. Włosy, ich długość czy kolor, materiały, z których uszyte będą ubrania... I dopiero później na tej podstawie powstaje moda prêt-à-porter, czyli taka, jaką nosi się na ulicy. I z trendami jest tak, że albo się przyjmą, albo nie. Stylista zawsze dokłada coś od siebie. Dlatego są takie różnorodności. I, dajmy na to, te same długie włosy u każdego wyglądają zupełnie inaczej. Często słyszę pytania zdziwionych osób oglądających pokazy mody i pytających: ale jak to nosić? A to, co widzimy na wybiegu, to tylko wyznacznik, którym każdy może się inspirować.

— Zdarzyło się pani odmówić zrobienia komuś takiej fryzury, jaką sobie życzył?
— Często klientki mają swoje propozycje, wizje samych siebie. Jeśli uważam, że taka wizja jest passé i klientka będzie niekorzystnie wyglądała, przedstawiam własną propozycję. Wszystko odbywa się bardzo delikatnie, kulturalnie. Zazwyczaj mi się to udaje (śmiech).

— Jak długo trzeba czekać w kolejce, żeby dostać się do pani salonu?
— Sama biorę udział w tak wielu inicjatywach, że nie zawsze mogę osobiście przyjmować klientki. Ale mam pracowników, wśród nich córki, którym przekazuję wszystkie swoje umiejętności. I okazuje się, że genów się nie wydłubie (śmiech). Obie córki skończyły inne szkoły, obie mają inne zdolności, a jednak obie ostatecznie stwierdziły, że chcą pracować ze mną. I że fryzjerstwo i stylizacja to jest to, czym chcą się w życiu zajmować. Otaczam je opieką, zawsze jestem do dyspozycji.

Czasami trzeba jednak poczekać miesiąc, czasami dwa. Pracownicy zresztą też bardzo często wyjeżdżają na szkolenia, bo kładę na to ogromny nacisk. Jeżdżą na przykład do Warszawy na Akademię Koloru. Tam się dostaje znakomity warsztat, bo to szkolenie wieloetapowe. Sama osiągam kolejne etapy zawodowego wyszkolenia, a i tak czasami wracam do podstaw. Bo podstawy w codziennej pracy się zapomina, a to przecież są filary. Freestyle, rzeźbienie fryzury, żeby się ją łatwo robiło, żeby sprawiała radość — to jest fajne. Tylko że aby zrobić taki freestyle, trzeba mieć podstawy. Poznałam wielu artystów i wiem, ile oni mają w sobie pokory. Tacy prawdziwi artyści. Sama kiedyś też w studiu w Warszawie spotykałam tych ludzi, patrzyłam na ten świat. I pamiętam, że marzyłam o tym, aby być wśród nich i brać udział w tym, co oni. Wysłałam nawet takie życzenie.

— Do kogo?
— Do wszechświata. Pomyślałam marzenie, położyłam je na dłoni, dmuchnęłam w nie — pfff — i tak zostawiłam. Pozwoliłam sobie czekać tyle lat. I się zdarzyło! Jestem przeszczęśliwa. Doceniono mnie, to mnie proponują współpracę, sama się wcale nigdzie nie pcham. Teraz też szykuję się na wizytę znanego w mojej branży stylisty z Dublina. Przyjeżdża do Warszawy i zostałam zaproszona do pracy z nim. Coś wspaniałego! Wella organizuje też takie szkolenia pod hasłem „Look & Learn”. Jestem wśród szkoleniowców. Wychodzę z innymi instruktorami na scenę, opowiadam o sobie, o salonie, w którym pracuję, o trendach, o tym, dla kogo są dedykowane. Kocham to.

Uświadomiłam sobie, że kocham scenę. Trzeba umieć dotrzeć do każdego, bo na widowni siedzą dziesiątki indywidualności. Wielu z nich lubi pracować na tym, na czym się nauczyło. A moim zadaniem jest pokazanie im, że są jeszcze inne możliwości. Pracuję już trzydzieści lat i mam wrażenie, że coraz bardziej mi się chce. Ten zawód tak się rozwija, tak ewoluuje. To dzieje się na moich oczach, a ja jestem taką szczęściarą, że mogę w tym osobiście uczestniczyć. Korzystam całymi garściami i wciąż nie mam dosyć.

To między innymi mądre szkolenia sprawiają, że chodzę wciąż pozytywnie naładowana. Kiedyś myślałam, że fryzjerstwo będzie moim zawodem, bo tak po prostu wyszło. Ale teraz wiem, że jak się kocha to, co się robi, to nie trzeba pracować. Dostałam dar w postaci talentu. I dzisiaj uważam, że jeśli każdy z nas odkryje ten swój talent, to także będzie szczęśliwy.

— Myśli pani, że każdy ma jakiś talent?
— Myślę, że tak. I że jeśli go nie wykorzystamy, będzie się on ciągle gdzieś w nas wiercił. Dosłownie, fizycznie. Jedna osoba swój talent odkryje, druga nie. Sama także przez wiele lat po prostu pracowałam, bo akurat ten zawód przyszedł mi do głowy. A dopiero później odkryłam, że to jest to, co kocham.

mk
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB