Wtorek, 18 września 2018. Imieniny Ireny, Irminy, Stanisława

Gdy wyjeżdżam gdzieś sama, pytają mnie: mąż puścił cię samą?

2018-08-17 17:00:00 (ost. akt: 2018-08-10 11:56:44)
Końce świata przyciągają Monikę. Tu wśród lodowców w Reserva Laguna San Rafael.

Końce świata przyciągają Monikę. Tu wśród lodowców w Reserva Laguna San Rafael.

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Czasem robi w Santiago pierogi i placki ziemniaczane, produkuje kefir albo piecze chleb na zakwasie. Tak po polsku. Ale jest już też trochę Chilijką, bo gdy jest trzęsienie ziemi, nie wstaje nawet od biurka. Czeka aż minie. Z Moniką Trętowską, Polką mieszkającą w Chile, rozmawia Ada Romanowska

— Twój pseudonim to Tresvodka. Kojarzy mi się z trzema wódkami... Prawda czy fałsz?
— Wielu osobom kojarzy się z wódką, ale tak naprawdę to latynoska wersja mojego nazwiska. Któryś z Chilijczyków próbował kiedyś wymówić Trętowska i wyszło mu Tresvodka. Jako że pochodzę z Polski, kojarzonej z wódką, ksywka się przyjęła i została na dobre. Nie wiedzieć kiedy wszyscy zaczęli mnie tak nazywać, nawet pracownicy Ambasady Polski w Chile! (śmiech)

— Skoro już o alkoholu... Co pije się w Chile?
— Statystycznie rzecz ujmując, czyli ilość litrów na głowę rocznie, piwo. Niemniej jednak to wino jest skarbem narodowym Chile. Kiedy idziesz do supermarketu, mijasz niekończące się półki z przeróżnymi szczepami, pochodzącymi z różnych regionów kraju. Najwspanialsze jest to, że nawet tanie, chilijskie wino zwykle jest bardzo smaczne. Niedawno jedno za 21 zł wygrało prestiżowy, światowy konkurs. Chilijczycy winem się raczej delektują, a nie upijają, dlatego w statystykach „na litr” przegrywa z piwem, ale bez dwóch zdań w żyłach Chilijczyków płynie Carmeneré. Trójkę najpopularniejszych alkoholi zamyka pisco, który porównać można trochę do brandy. Pije się go w przeróżnych wersjach, na przykład „on the rock”, z Coca Colą, lodem i cytryną (tzw. piscola) albo mojej ulubionej jako drink pisco sour: z lodem, cytryną, cukrem i białkiem jajka, dobrze wstrząśnięte. Tak na co dzień, Chilijczycy uwielbiają Coca Colę. Piją ją litrami i żadna impreza nie może się bez niej odbyć!

— Skąd w ogóle pomysł na Chile? Polska była za nudna?
— Nie była to kwestia tego, czy Polska jest nudna czy nie, ale tego, że świat jest ogromny, różnorodny, pełen przepięknych miejsc, intrygujących kultur i ludzi do odkrycia. Mam w sobie potrzebę zmian, eksplorowania, ciągłego rozwoju i poznawania nowych możliwości. Odkąd pamiętam intrygowały mnie inne kultury, uwielbiałam latynoamerykańską muzykę. Dlatego wyjazd z Polski był dla mnie w pewnym momencie dość naturalnym posunięciem, choć miałam w Warszawie całkiem ciekawe życie, pracę w radiu, którą lubiłam, rodzinę, przyjaciół. Świat mnie zawołał. Kontynent wybrałam nieprzypadkowo, bo od dawna — i prywatnie i zawodowo — interesowała mnie Ameryka Łacińska. Miałam nawet w Polsce program radiowy o tej tematyce. Plan na moją emigrację był taki, że chcę poznać Amerykę Południową od środka, zgłębić ją i zrozumieć. Chile to było ostatnie ogniwo tego łańcuszka miłości i zainteresowań. Miałam tam znajomego, pojechałam z plecakiem, rozkochałam się w cudownej chilijskiej naturze, a z czasem w jednym cudownym Chilijczyku. Zaczęły mi się w Chile ciekawie układać sprawy zawodowe i prywatne. Nawiązałam współpracę z Polskim Radiem jako latynoski korespondent. Do tego podróżowałam, spełniałam marzenia, więc zostałam na dłużej.

https://m.wm.pl/2018/08/orig/w-s-rodku-lodowca-3-486473.jpg

— A co spowodowało, że zostałaś tam na stałe? Radio czy inny powód?
— Nie wiem, czy na stałe, ale na pewno na dłużej. Na początku miał być rok, potem dwa, a potem nagle zrobiło się osiem. Dobrze mi się żyje w Chile, a im dłużej tu mieszkam, tym coraz bardziej rozkochuję się w niezwykle różnorodnej, chilijskiej naturze. Pod tym względem to niezwykły kraj, taki świat w pigułce. Ma i najbardziej suchą pustynię świata, i Antarktykę, i ocean i ogromne góry. Ma wulkany, parki narodowe wielkości Polski, laguny, jeziora i fiordy. Z perspektywy czasu stwierdzam, że to jednak Claudio, mój chilijski mąż, sprawił, że to właśnie w Chile zostałam na dłużej, bo stworzył mi tutaj dom. Miejsce, do którego chętnie wracam i które mi się nie nudzi. Poza tym, spełniam się zawodowo: pracuję jako korespondent, piszę artykuły, reportaże, bloga www.tresvodka.com i książkę o Chile. Odnalazłam też nową pasję — bycie przewodnikiem turystycznym i bardzo mi się to zajęcie podoba. Nie wiem, czy to emigracja na zawsze, lubię w końcu zmiany, ale póki co spełniam marzenia i rozwijam się po tej stronie świata.

— To zupełnie inna kultura. Co na pierwszy rzut oka cię zmroziło?
— Chyba nic mnie nie zmroziło. W Chile nie przeżyłam szoku kulturowego, nie jesteśmy aż tak różni, jakby się mogło wydawać. Wielu turystów, których teraz oprowadzam po tym kraju, potwierdza to z zaskoczeniem. Oczywiście, są pewne różnice, na przykład w podejściu do czasu i obowiązków, czy relacjach rodzinnych, ale nic mnie tu nie ścięło z nóg. Nawet trzęsienie ziemi. W tej kwestii jestem już trochę Chilijką, czyli do 6-7 stopni w skali Richtera nie odchodzę nawet od biurka, tylko czekam aż się skończy trząść. Dopiero przy silniejszych ruchach ziemi reaguję i robię, co trzeba w takich przypadkach. Kiedy wstrząs wybudzi mnie ze snu w nocy, przewracam się na drugi bok i idę dalej spać. Wynika to chyba z tego, że wiem, że Chile jest świetnie na trzęsienia ziemi przygotowane. Mam zaufanie do chilijskich konstrukcji, budowanych według najskuteczniejszych norm antysejsmicznych.

— Jak rozumiana jest kobiecość po chilijsku?
— Jak niemalże wszędzie, kobieca kobieta ma być delikatna, spokojna i nieco krucha, aby mężczyzna mógł się wykazać. Nie wszystkie Chilijki takie są, zwłaszcza młode dziewczyny są coraz bardziej samodzielne, przebojowe i niezależne. Chilijska kobieta jest jednak oddana rodzinie. Często pracuje zawodowo, ale to właśnie dzieci i dom są jej największą dumą. Wciąż panuje tu kult macho, choć widzę, że powoli się to zmienia. Kobiety zaczynają walczyć o swoje prawa, chcą być bardziej niezależne, coraz głośniej przeciwstawiają się przemocy domowej i dyskryminacji w pracy. Jak w wielu miejscach na świecie, w tym w Polsce, kobiety wychodzą w Santiago na ulicę i mówią „NIE!”. Wtedy są jak lwice. Niedawno świat obiegły zdjęcia z jednego z chilijskich protestów wobec przemocy, podczas którego kobiety szły w maskach, ale topless. Spadły na nich oskarżenia o niemoralność i brak wstydu, co jest moim zdaniem ogromną hipokryzją. Świerszczyki w ulicznych kioskach są ok, ale goły biust w słusznej sprawie zbulwersował wielu panów. Na co dzień jednak Chilijki są dość skromne, na pewno skromniejsze niż inne Latynoski. Nie epatują swoją kobiecością, choć znają swoje atuty. Dziewczyny częściej wybierają tenisówki niż szpilki, ale pomalują usta czerwoną szminką, zaplotą warkocz czy założą ciekawe, kolorowe kolczyki. Stawiają raczej na kobiecy dodatek. Nie są nachalne. Z drugiej strony dość częstym widokiem na chilijskiej ulicy są całujące się namiętnie pary, szczególnie te młode i szczególnie w miejscach bardzo publicznych. Ja już się do tego przyzwyczaiłam, ale moich turystów czasem to zaskakuje. (śmiech)

https://m.wm.pl/2018/08/orig/moje-ulubione-miejsce-na-wyspie-rano-raraku-fabryka-moai-486475.jpg

— Czego kobiecie tam nie wypada, a co wręcz powinna?
— Często podróżuję sama, zarówno z powodu pracy jak i prywatnie. Zauważyłam, że to wciąż jest coś niecodziennego i muszę odpowiadać na to okropne pytanie: „Mąż puścił cię samą”? Co ciekawe, zadają mi je również kobiety! Niektórym to moje samotne podróżowanie i niezależność imponuje, a niektórzy myślą, że jestem odważna, a mój mąż nadzwyczaj wyrozumiały. Kobieta nie powinna opuszczać gniazda i zostawiać męża samego, choć oczywiście może. Nie ma na to żadnego „zakazu”, ale wiele z nich czuje się po prostu źle, kiedy to robi. Jakby coś zaniedbywały. Powoli się to zmienia. Kiedy jednak w tym roku wyjechaliśmy z Claudiem oddzielnie na wakacje, ja do Patagonii, a on do Japonii, podejrzewano nas o kryzys w związku i rychły rozwód. (śmiech) Chilijki często też dziwią się, że nie wiem, gdzie jest, co robi w danym momencie mój partner. Dziwią się, że nie piszę do niego, nie dzwonię, kiedy jestem na jakimś babskim spotkaniu. Swoją drogą, moi znajomi płci męskiej również czasem zwracają na to uwagę. Zakładam więc, że kobieta powinna to robić! (śmiech) Odstawiając żarty na bok, Chilijki są dość zazdrosne i kontrolują swoich partnerów. Dodam jednak, że mają ku temu powody, bo Chilijczycy lubią patrzeć w bok, stąd też owo nadmierne trzymanie ręki na pulsie.

— Czym się różnią Polki od Chilijek?
— Jak wspomniałam, Polki są bardziej niezależne. Częściej chodzimy własnymi ścieżkami, później rodzimy dzieci, stawiamy najpierw na karierę i rozwój zawodowy, co w krajach latynoskich jak Chile, bywa trudniejsze. Między innymi ze względu na płatną i drogą wyższą edukację, a więc dla wielu niedostępną. Polki są też bardziej zorganizowane, zdecydowane i bezpośrednie niż Chilijki. Czasami przez to odbierane są jako chłodne, zdystansowane czy poważne. Po tej stronie świata słyniemy też jako kobiety inteligentne i bardzo zaradne. Chilijki za to są ciepłe i czułe, jeśli mogę tak powiedzieć — bardziej „dotykowe”. Naszą cechą wspólną za to jest cenna zdolność do radzenia sobie w trudnych sytuacjach i wyczarowania „czegoś z niczego”. Nie łatwo się poddajemy.

— Za czym polskim tęsknisz najbardziej?
— Za rodziną, moimi bratankami i najbliższymi przyjaciółmi. Na szczęście w dobie wszelakich komunikatorów i social media łatwej jest być na bieżąco. Wszystko inne da się zwykle zastąpić, sprowadzić albo zrobić samemu. Czasem zrobię w Santiago pierogi czy placki ziemniaczane, wyprodukuję sama kefir czy upiekę chleb na zakwasie. Czasem zamarzą mi się poziomki czy sok z czarnej porzeczki, których tu nie ma. Staram się jednak widzieć szklankę do połowy pełną i cieszyć się dziesiątkami innych soczystych owoców, które mam pod nosem w Chile niemalże przez cały rok.

— A gdy jesteś w Polsce, za czym chilijskim tęsknisz?
— Za awokado! Chilijskie jest najlepsze na świecie, a dojrzałe jest miękkie jak masło. Na stałe weszło do mojej diety, więc dłuższa przerwa skutkuje odczuwalnym niedoborem. Po powrocie do Chile natychmiast kupuję kilka sztuk i idę na hot doga z awokado. Sama się sobie dziwię, bo nie lubię parówek, ale w połączeniu z awokado i pomidorami są naprawdę smaczne. Jako że do Polski zwykle lecę na Święta Bożego Narodzenia, brakuje mi też słońca. Krótkie, polskie, zimowe dni, wpędzają mnie w mini depresję. Odzwyczaiłam się już, że o 15.30 może być już niemalże ciemno. Poza tym, zima w Santiago, choć potrafi być naprawdę zimna, charakteryzuje się niebieskim niebem i słoneczną pogodą. Robi to ogromną różnicę w dawce witaminy D.

— Jesteś wieloletnią korespondentką Polskiego Radia w Ameryce Południowej. Jak wygląda ta praca?
— Praca korespondenta działa na zasadzie akcja-reakcja w najszybszej możliwej wersji. Zwłaszcza w radiu, kiedy news ma być “na już”, bo za godzinę czy dwie będzie już stary. Są dni kiedy po porannym przeglądzie prasy wybieram po prostu najciekawsze moim zdaniem wydarzenie, które może albo powinno zainteresować Polaków. Nagrywam o tym materiał, wysyłam, czasem robię wejście na żywo. Tematy czasem jednak przychodzą do mnie same, wyrywają mnie ze snu albo z weekendu pod namiotem, bo właśnie wybuchł wulkan albo było trzęsienie ziemi. Nie ma znaczenia, że jest niedziela, że masz plany, że jesteś z przyjaciółmi. W tej pracy nie możesz sobie planować tygodnia. Co ciekawe, wszelkie katastrofy zwykle dzieją się w weekend! W weekendy są wybory parlamentarne czy prezydenckie, w weekendy zwykle umierają ważne osobistości. To taka moja obserwacja po latach. (śmiech) Pamiętam, że pogrzeb Hugo Cháveza odbył się w dniu mojego ślubu, a Fidel Castro zmarł w piątek, kiedy miałam zaplanowany weekend poza miastem. Przykładów jest wiele!

Takie dramatyczne newsy to jednak nie wszystko w naszej pracy. Przywilej mieszkania w innym kraju, na innym kontynencie i w innej kulturze daje ci bezcenną szansę na poznanie kraju od środka, na rozmowy z mieszkańcami z różnych klas społecznych, dzisiaj z panią sprzedającą soki naturalne na rogu, jutro z ministrem ekonomii. Mieszkając w danym kraju przekonujesz się też, często na własnej skórze, jak działa transport, system podatkowy czy zdrowotny, jaki jest „klimat” w powietrzu, o czym się mówi, na co narzeka. Z czasem masz też przyjaciół i rodzinę. Bycie wśród ludzi, tu i teraz, to duża część mojej pracy i ogromna kopalnia wiedzy nieosiągalna zza biurka. Dlatego poza korespondowaniem w radiu, piszę też dłuższe formy i wciąż szukam nowych sposobów na dzielenie się zdobytą wiedzą.

— Dziennikarstwa uczyłaś się w Olsztynie. Jak wspominasz czas studiów?
— Olsztyn zawsze będzie mi się kojarzyć z Kortowem i Radiem UWM FM. To tam stawiałam moje pierwsze dziennikarskie kroki i tam rozpoczęła się na dobre moja miłość do radia. Pamiętam, że zapukałam, przedstawiłam się i powiedziałam: „sprawdźcie mnie, chciałabym pracować przy mikrofonie”. To było jeszcze zanim poszłam na zajęcia. Kazano mi przeczytać kawałek tekstu i powiedzieć kilka słów o sobie, po czym zapadła cisza i zawołano szefa. Okazało się, że mój głos lubi się z mikrofonem. Na drugi dzień rozpoczęłam współpracę, a mi urosły skrzydła. Od tamtej pory wiem, że z radiem mi po drodze. Bardzo dużo się w UWM-FM nauczyłam. Od przygotowania serwisów informacyjnych przez prowadzenie poranków, po bycie wydawcą i prowadzącą codziennych programów publicystycznych pełnych wywiadów na żywo. Pozwalano mi realizować pomysły, jeździć na festiwale i rozmawiać z czołowymi artystami świata muzyki i filmu. Po latach pracy w UWM-ce i demówce w kieszeni wróciłam do Warszawy na studia magisterskie i dostałam pracę w tamtejszych rozgłośniach. Olsztyn to był wspaniały czas i wspaniali ludzie. Do dziś z wieloma radiowcami utrzymuję kontakt, a kiedy jestem w Polsce, wpadam czasem do Kortowa.

— A co cię wtedy wkurzało?
— W radiu? Chyba nic. To była miłość. Nawet kiedy przychodziło mi tam nocować, bo kończyłam program muzyczny po północy, a o piątej zaczynałam poranek. Nawet to, że trzeba było wstawać w środku zimowej nocy i jechać do studia. Stworzyliśmy świetną ekipę, kiedy odchodziłam, mieliśmy jedne z najlepszych wyników słuchalności w regionie i wiernych odbiorców. Czuliśmy satysfakcję. Może ktoś pamięta jeszcze mój program filmowy „W pierwszym rzędzie”? Przez wiele lat po wyjeździe z Olsztyna dostawałam maile od słuchaczy. A czy coś mnie wkurzało na studiach? Pamiętam sytuację, kiedy na zajęciach z warsztatów radiowych nasza wykładowczyni kazała mi oceniać moich kolegów z grupy. Jakie to było niewygodne! Zwłaszcza kiedy było ewidentnie źle. Inna pani za to, „gnoiła mnie” przez cały semestr po tym, jak powiedziałam, że pracuje w radiu. Po czym tuż przed egzaminem końcowym wzięła mój indeks, wstawiła piątkę i powiedziała „nie przychodź w następnym semestrze, już wszystko wiesz”. Ale co się nastresowałam przed każdymi zajęciami to moje. (śmiech)

— Wieczorami uczysz Latynosów języka polskiego. Dlaczego chcą się go uczyć?
— Motywacje moich uczniów są przeróżne, ale zawsze bardzo osobiste i silne, co ułatwia osiągnięcie świetnych rezultatów. Czasami to korzenie rodzinne, często polski partner czy współmałżonek, a czasami praca czy powody akademickie. Zdarzają się jednak zupełnie zaskakujące motywacje. Miałam na przykład ucznia, chilijskiego scenarzystę, który uwielbia poezję Bolesława Leśmiana i zapisał się na lekcje, bo chciał czytać jego wiersze w oryginale. W zeszłym roku uczyłam też 78-letniego Hugo, zafascynowanego polską historią. Po kilku miesiącach lekcji pojechał do Polski na niecały miesiąc, po raz pierwszy w życiu zostawiając swoją żonę na dłużej niż kilka dni. Myślę, że miał szczęście, że nie skończyło się to rozwodem. (śmiech) Pamiętam też Julia, który potraktował język polski jako wyzwanie, bo usłyszał, że jest bardzo trudny, a szukał odskoczni od monotonnej pracy księgowego. Niesamowite jest to, że Julio mieszka teraz w Polsce! Takich przypadków, od niemalże zerowego kontaktu z polską kulturą do przeprowadzenia się nad Wisłę, mam już na koncie kilka. Udaje mi się nie tylko nauczyć Chilijczyków polskiego, ale i zarazić ich nieco polską kulturą. Przybliżanie naszych krajów i kultur również w ten sposób daje mi ogromną satysfakcję.

https://m.wm.pl/2018/08/orig/w-pracy-zwykle-to-ja-pytam-i-przeprowadzam-wywiady-hahaha-486476.jpg

— Co Chilijczycy wiedzą o Polsce?
— Zwykle niewiele. Tak jak statystyczny Polak o Chile. Pierwsze skojarzenie to zawsze Jan Paweł II, drugie to zima i śnieg. Chilijczycy są fanatykami piłki nożnej, więc pamiętają Grzegorza Lato i znają Roberta Lewandowskiego. Polskę kojarzą też z Lechem Wałęsą i “Solidarnością”, znają historię Oświęcimia i Holocaustu. Zdarza się, że ktoś za bardzo nie wie, gdzie leży nasz kraj, kojarzy nas jedynie z wieczną zimą i myśli, że mówimy po rosyjsku, ale zdarza się mi się również rozmawiać z Chilijczykami obeznanymi w polskiej historii lepiej niż wielu Polaków. Jednym z moich ulubionych przykładów jest mój znajomy profesor, który uwielbia Lema i Stasiuka. Poza tym nie tylko przeczytał "Rękopis znaleziony w Saragossie" Potockiego, piszącego o Galicji w XVII w., ale napisał nawet recenzję tej książki!

— A ty czego dowiedziałaś się o Polsce będąc tam?
— Że Polska to bardzo homogeniczny kraj. Mówię to z perspektywy Ameryki Południowej, a wytłumaczę na przykładzie Chile. Niby wszyscy są tutaj Chilijczykami, ale część ma korzenie hiszpańskie, część arabskie, jeszcze inna Mapuche — ludności rdzennej z południa, a niektórzy na przykład Aymara — ludności rdzennej z północy. Niektórzy chwalą się przodkami z Niemiec czy Anglii, inni z Afryki. Z powodu burzliwej historii konkwisty i fal emigracyjnych większość ma korzenie mieszane. Co ciekawe, wiele osób na pytanie kim jest, odpowie: jestem Mapuche, jestem Aymara czy jestem z Patagonii, zanim powie, że jest Chilijczykiem, bo tak właśnie czują. W Polsce wszyscy jesteśmy Polakami, różnimy się poglądami, podejściem do spraw, pochodzimy z innych miast i regionów, ale nie wiemy raczej czy pochodzimy od Wiślan, Goplan czy Lędzian i nikt o to nie pyta. Tymczasem mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej nie mogli zrozumieć, jak mogę nie wiedzieć skąd pochodzę i nie mieściło im się w głowie, że „z Polski” to wystarczająca odpowiedź.

Po latach życia wśród innych nacji zdałam sobie też sprawę, że my, Polacy, jesteśmy bardzo uparci. Celowo używam liczby mnogiej, bo ja też lubię robić rzeczy po swojemu i jak uprę się na coś, trudno mi to wybić z głowy. Ta polska cecha miewa dwa ekstrema. Polacy bywają zamknięci i mało tolerancyjni, ale bywają również niezwykle skuteczni w dotarciu do celu i spełnianiu marzeń.

Monika Trętowska — z wykształcenia, zawodu i zamiłowania jest dziennikarzem. Studiowała na UWM. Uwielbia podróże, radio, muzykę i ocean. Od 2010 roku mieszka w Santiago de Chile i zwiedza latynoski kontynent. W międzyczasie skończyła w Chile studia podyplomowe z historii społecznej muzyki latynoamerykańskiej. Od kilku lat pracuje jako korespondent Polskiego Radia z Chile i Ameryki Południowej. Pracuje też jako pilot i przewodnik po Chile. Uczy też Latynosów języka polskiego, a w wolnych chwilach pisze bloga tresvodka.com. Pracuję nad książką o Chile.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (3) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. A dzieci ma ta kobieta ? #2559833 | 109.241.*.* 21 sie 2018 07:46

    Szkoda mi tego jej męża. Myslał ze się żeni z kobieta a to DRĄG

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-4) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. obserwator #2559816 | 88.156.*.* 21 sie 2018 07:30

    JEST ZADOWOLONY , NARESZCIE SAM

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. olsztynianin #2558110 | 88.156.*.* 18 sie 2018 21:32

    okazja by pobaraszkowac ,,ma sasiadkie apetyczniejszo , przy niej trudno zasnac w nocy

    ! - + odpowiedz na ten komentarz