środa, 24 października 2018. Imieniny Arety, Marty, Marcina

"Patrzę na Basię i nie mogę się nadziwić, że istnieje". Cud w szpitalu w Olsztynie

2018-06-08 20:00:21 (ost. akt: 2018-06-08 15:31:21)

Autor zdjęcia: Arch. GO

Wskazania lekarzy z całego świata były jednoznaczne — tę ciążę trzeba usunąć. Jednak Marzena Ewertowska nie poddała się. — Gdy usłyszałam, że mała płacze, to już wiedziałam, że będzie dobrze. A przecież mogło jej nie być.

Tak! Lekarze z olsztyńskiego Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego dokonali rzeczy niemożliwej. Uratowali ciążę, która zdaniem wielu była nie od uratowania. Ale to przede wszystkim pani Marzena wykazała się niebotyczną odwagą. Chciała urodzić dziecko, którego podobno donosić nie było szans. Mimo, że próby utrzymania tej ciąży były niebezpieczne również dla samej mamy, pani Ewertowska stwierdziła, że zaryzykuje.

— To pierwszy taki przypadek w Polsce. Na wzmianki o tak skomplikowanej ciąży, którą w terminologii medycznej nazywamy ciążą hetorotopową (występuje wtedy, gdy jeden płód rozwija się w macicy normalnie, a drugi jest usytuowany gdzieś poza macicą), na dodatek zakończonej pozytywnym rozwiązaniem, nie natknąłem się również w piśmiennictwie światowym — podkreśla Tomasz Waśniewski, ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego.

Wszystko zaczęło się ubiegłego lata. — W sierpniu wzięliśmy ślub i jeszcze w tym samym miesiącu zaszłam w ciążę. Wyglądało na to, że skoro wszystko tak dobrze się zaczęło, to i dobrze się skończy. I tak się stało, ale nerwów i napięcia po drodze było wiele. No, ale najważniejsze, że jest ona, nasza wyczekana córeczka — dodaje cicho z czułością patrząc na różowe zawiniątko.

Pani Marzena była pod stałą kontrolą medyczną, nigdy nie chorowała, więc ze spokojem szła na kontrolę w 12 tygodniu ciąży. — Lekarz zbadał mnie i mina mu się zafrasowała.... powiedział, że w macicy rozwija się jedno zdrowe dziecko, a poniżej w szyjce pojawiło się coś dziwnego... Coś, czego on zwykłym USG nie jest w stanie zidentyfikować — opowiada pani Marzena. Najpierw wielka radość, a potem wielki strach — Rak, odklejony trofoblast? — zastanawiali się wszyscy. Pani Marzena została skierowana na specjalistyczne badania do Olsztyna. — Byłam pewna, że położą mnie tylko na kilka dni, a spędziłam tu ponad pół roku. Diagnoza w olsztyńskim szpitalu nie była zbyt optymistyczna — ciąża pozamaciczna. — Przeważnie rozwija się w jajowodzie i wtedy praktyka jest taka, że usuwa się cały jajowód. Nawet gdy w macicy jest drugie dziecko, nie jest to aż tak niebezpieczne. To, że pani Marzenie przydarzyła się w innym miejscu jest bardzo niespotykane — podkreśla Waśniewski.

Praktyką lekarską jest w takim przypadku usunięcie płodu, który w szyjce nie miał szans się rozwijać wraz z całą macicą. Ale pani Marzena nie chciała o tym słyszeć, przecież w macicy rozwijało się zdrowe dziecko! — Gdy tak sobie wyobraziłam, że tam w środku jest w tym momencie mała drobinka, której bije zdrowe serce i trzeba ją będzie brzydko mówiąc „wyskrobać” wszystko się we mnie buntowało. Postanowiliśmy czekać, dać Basi rosnąć, a dopiero w momencie gdyby nastąpił krwotok, robić co trzeba, by ratować moje życie — podkreśla Ewertowska.

Od początku wiadomo było, że krwotok może skończyć się tragicznie nie tylko dla rozwijającego się w macicy dziecka, ale również dla mamy. Ryzyko krwotoku i przedwczesnego porodu było bardzo duże — organizm w każdym momencie mógł chcieć się pozbyć płodu z szyjki macicy. Zastanawiające jest to skąd w ogóle się tam wziął? — W mojej macicy zadziała się dziwna rzecz — jeden z bliźniaków po prostu spadł i zagnieździł się w szyjce macicy, gdzie oczywiście nie miał szans na rozwój — opowiada pani Marzena.

— Nie pytajcie mnie dlaczego tak się stało, nikt tego nie wie. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z problemem ciąży pozamacicznej, w rodzinie o takich przypadkach też nikt nie słyszał — mówi pani Marzena. Decydując się na nieusuwanie ciąży, kobieta czuła wsparcie olsztyńskich lekarzy. — Nikt na nic nie naciskał. Nie mówili proszę usunąć, bo tak radzi praktycznie cały świat. Otwarcie mówili o zagrożeniach, o tym co może się stać, ale nie wywierali na mnie żadnej presji. Gdy zdecydowałam się nie usuwać powiedzieli, że zrobią wszystko, aby doprowadzić wszystko do szczęśliwego końca. Niesłychaną pomocą były dla mnie również położne, z którymi bardzo się zaprzyjaźniałam — wspomina pani Marzena.

Wraz z decyzją o utrzymaniu ciąży, zaczęło się nerwowe patrzenie na kalendarz. — Nie ukrywam, że na początku żyłam w sporym napięciu, odliczałam sobie magiczne tygodnie. Najpierw chodziło o to by mój organizm wytrzymał 24 tygodnie, potem 28, a potem tygodnie mijały już jakoś szybciej i mniej stresująco. Nie miałam co prawda snów, że budzę się zalana krwią, ale zdawałam sobie sprawę, że obie z Basią żyjemy trochę jak na bombie — opowiada Iławianka. Bardzo trudnym momentem był 25 tydzień ciąży. Zaczęły się gorączkowe dyskusje czy czekać dalej, czy może już w tym momencie wykonać cesarskie cięcie. Dzieci urodzone w tym momencie ciąży mają już szansę na przeżycie.

— Do końca nikt nie wiedział co będzie dalej i w którym momencie rozwiązanie ciąży będzie najkorzystniejsze. Basia była coraz większa, coraz bardziej się wierciła i uciskała "zmianę". To mogło się źle skończyć. Ale ja w nią wierzyłam, wierzyłam, że da radę wytrzymać w tych nietypowych warunkach jeszcze trochę. Nie ukrywajmy — każdy dzień w brzuchu jest dla dziecka na wagę złota — podkreśla kobieta. Stała opieka lekarska dodawała kobiecie otuchy. Czas mijał i takim sposobem Basia stała się donoszonym dzieckiem. Termin cesarki wyznaczono na 10 maja. — Wcale się nie bałam, nie wiem skąd, ale po tych pierwszych pięciu miesiącach bicia się z myślami spłynął na mnie wewnętrzny spokój, miałam w sobie mocne przekonanie, że wszystko skończy się dobrze, dlatego zdecydowałam się czekać — opowiada.

Basia urodziła się w świetnej kondycji z wagą 1,7 kg. — Gdy usłyszałam, że płacze, to już wiedziałam, że będzie dobrze. Odetchnęliśmy z ulgą... Patrzę na nią i nie mogę się nadziwić, że istnieje, bo przecież z medycznego punktu widzenia lepiej było nie ryzykować. W zasadzie miało jej nie być, a jest! I to nie tylko zdrowa, ale także pełna życia i uśmiechnięta — mówi szczęśliwa mama.

AP
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (10) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. ktoś #2517451 | 88.156.*.* 11 cze 2018 23:19

    Nasze dziecko miało poważną wadę serca i miało mieć Downa. Aborcja nie wchodziła w grę, nikt słowa nie pisnął, rodzina podtrzymywała na duchu i jest piękny, mądry chłopak. Serduszko zoperowane, a on już czyta, choć ma 5,5 roku. Nie wszystko źle się kończy, trzeba zawsze mieć dobre myśli i dużo nadziei. Tak to jakoś działa. Stare przysłowie mówi: Pomóż sobie to i Bóg ci pomoże.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Madzia #2516033 | 37.249.*.* 9 cze 2018 11:33

    Wielkie brawa dla lekarzy i dla szczęśliwej mamy! Serdecznie gratuluję odwagi i wytrwałości, życzę wszystkiego najlepszego!

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. www.skupaut-olsztyn.pl #2516000 | 94.254.*.* 9 cze 2018 10:28

    brawo lekarze

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. pytanie #2515909 | 213.73.*.* 9 cze 2018 07:47

    A co drugim dzieckiem? Też urodzone? zdrowe?

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-3) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. :-) #2515877 | 89.228.*.* 9 cze 2018 01:29

      Taka mama to skarb !

      Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    Pokaż wszystkie komentarze (10)