środa, 19 września 2018. Imieniny Januarego, Konstancji, Leopolda

Mafia po olsztyńsku: Wszystkie odcinki!

2018-03-25 20:02:00 (ost. akt: 2018-03-25 20:40:04)

Autor zdjęcia: Zbigniew Woźniak

Wojny gangów, porwania, strzelaniny i zabójstwa. Olsztyn nie zawsze był bezpieczny. Gdzie "rządziła" mafia? Polecamy wszystkie odcinki cyklu "Mafia po olsztyńsku".

***

Seria porwań, która uczyniła Olsztyn jednym z niebezpieczniejszych miejsc



Konferencja porwania dla okupu


Seria porwań, do których doszło jesienią 2000 r., sprawiła, że Olsztyn stał się jednym z niebezpieczniejszych miejsc. Kto wpadł na pomysł porwań dla okupu, pewnie się nie dowiemy. Może Piotr M, „Troll”, a może Grzegorz M. „Predator”...

Prawdopodobnie wszystko zaczęło się latem 2000 roku kiedy grupa Piotra M. „Trolla” spotkała się na Stadionie Leśnym, przybijając sztamę z grupą Jarosława R. „Orzełka” w walce o panowanie w Olsztynie.

Największe pieniądze dawały już wtedy narkotyki. Kto wpadł na pomysł porwań dla okupu, pewnie się już nie dowiemy. Może Piotr M. „Troll”, może Grzegorz M. „Predator”, kumpel „Orzełka”, skazani ostatecznie za rolę, jaką odegrali w tych porwaniach. Pierwszy nawet za „sprawstwo kierownicze”. Na pewno nie wszystko zostało wyjaśnione. Na przykład, skąd wziął się w Olsztynie Sławomir Cz. stary recydywista z Żyrardowa i jego ludzie specjaliści od napadów na tiry. Albo jak do „interesu” dołączył tak wyrafinowany bandyta jak pochodzący z Działdowa Marek G. „Mózg”.

Tak czy owak, najgroźniejsza z możliwych stara recydywa (Sławomir Cz. miał w 2000 roku lat 46, Marek G. jeszcze więcej) dogadała się z olsztyniakami, wtedy w większości dwudziestokilkulatkami (Piotr M. rocznik 1970). Ci byli raczej chuliganami i królami życia, którym dotąd prawie wszystko się udawało, a coraz groźniejsze przestępstwa uchodziły płazem, bo jak któryś nawet trafiał za kratki, to za jakieś drobnostki i na chwilę.

Pomysł z porwaniami wydawał się dobrze zaplanowany. Chodziło o to, żeby wybrać ofiarę, która — po pierwsze — będzie miała dość pieniędzy, po drugie — z takich czy innych powodów nie będzie się śpieszyć z powiadamianiem policji. Typowali na pewno miejscowi — „Troll” i jego kolesie. Wykonawcy, bezpośredni porywacze, żeby utrudnić ewentualne rozpoznanie, byli przyjezdni.

Za pierwszym razem wszystko zadziałało idealnie. 19 września 2000 roku uprowadzony został właściciel biura turystycznego. Ubrani w policyjne swetry sprawcy (żyrardowiacy) przedstawili się jako funkcjonariusze policji z Wydziału Przestępczości Zorganizowanej. Polecili mężczyźnie, żeby zabrał dokumenty i udał się z nimi do granatowego passata udającego nieoznakowany policyjny radiowóz.

Gdy samochód ruszył, przestali grać komedię. Porwany został przewieziony do Kosowa Lackiego na Mazowszu, gdzie był trzymany w drewnianej szopie. Ręce skrępowano mu elastycznym bandażem i kajdankami, nogi skuto łańcuchami, oczy miał cały czas zawiązane. Sprawcy grozili mu, przykładając do głowy przedmiot przypominający broń palną, straszyli odcięciem palców lub całej ręki. Zażądali kilkuset tysięcy dolarów okupu.

Telefoniczne targi (jedno łączenie dziennie) najpierw ze znajomym uprowadzonego, a potem z jego żoną trwały niemal pięć dni. Kobieta uzbierała dużo mniej, ale porywacze ustąpili. Zgodnie z ich poleceniem i długim kluczeniu zawiozła okup w nocy do wskazanej przez nich w ostatniej chwili miejscowości i zostawiła na przystanku autobusowym. Porywacze po odebraniu okupu uwolnili porwanego, zostawiając go gdzieś w nieznanym lesie, dając mu sto złotych na drogę i kartę telefoniczną, żeby mógł zadzwonić.

Za drugim razem nie poszło tak gładko. Ofiarę, syna olsztyńskiego przedsiębiorcy, porwano z olsztyńskiej ulicy. Chłopak koniec końców uciekł porywaczom.

Oficjalnie nic się jeszcze o tych porwaniach nie mówiło, dlatego przestępcy szybko spróbowali jeszcze raz. Tym razem ofiarą był olsztyński diler samochodowy. Do Olsztyna znów przyjechali żyrardowiacy. Ludzie „Trolla” przywitali ich w Pawłowie, a potem odbyła się narada w domku w Naterkach (olsztyński gang miał tam fabryczkę amfetaminy).

25 października 2000 roku około godziny 15 sprawcy, znów podając się za policjantów, wciągnęli dilera do granatowego passata. Kiedy próbował dzwonić, wyrwali mu telefon z ręki, kazali położyć się na tylnym siedzeniu, a na głowę założyli mu foliowy worek.

Mężczyzna był trzymany w jakimś domku letniskowym w gminie Świątki. Cały czas miał skrępowane ręce i nogi, zaklejone oczy. Sprawcy wyceniali go na milion. Targi trwały kilka dni, skończyło się na kilkuset tysiącach. Po ich wpłaceniu, tuż przed zaduszkami diler samochodowy został wypuszczony. Był już wtedy na skraju załamania nerwowego. Ledwie udało mu się skontaktować z rodziną, bo porywacze wysadzili go na jakimś kompletnym odludziu.

Czwarte porwanie okazało się najbardziej brutalne. 19 grudnia 2000 roku w rezydencji polsko-niemieckiego przedsiębiorcy pod Ostródą pojawił się udający prokuratora Marek G. „Mózg”. Był w towarzystwie przebranych za policjantów drabów z długą bronią. Trochę trwało, zanim gospodarz się pojawił (w domu trwał remont, kręcili się ludzie), ale napastnicy zachowywali się bardzo pewnie. Siłą wsadzili mężczyznę do samochodu, skuli kajdankami, wsadzili worek na głowę i żeby nie sprawiał kłopotów, podali jakiś zastrzyk uspokajający.

Biznesmen trafił do meliny w Kosowie Lackim, gdzie był trzymany w bunkrze, cały czas przykuty łańcuchem do sufitu. W środku było tylko wiadro, żeby miał się gdzie załatwiać. Ktoś z pilnujących (inna ekipa niż „prokurator i policjanci”) raz dziennie przynosił mu coś do jedzenia, jak psu do budy. Porywacze zażądali miliona marek, ale negocjacje rwały się.

O serii porwań w Olsztynie zrobiło się już wtedy bardzo głośno. W ogólnopolskim programie telewizyjnym olsztyńscy biznesmani grzmieli, że sami będą się bronić, skoro policja nie daje rady. Pomoc zaoferował im słynny detektyw Krzysztof Rutkowski. Ostatecznie porwany został 4 stycznia 2001 roku odbity przez policję.

***

Pod Olsztynem zginął nie tylko gangster Michaił Gorbaczow i jego piękna żona





W głośnej strzelaninie w Kabornie zginął nie tylko młody rosyjski gangster Michaił Gorbaczow i jego piękna żona. 4 października 1998 dwóch kolejnych mafiosów zza wschodniej granicy zastrzelił z dubeltówki „szeryf z Kaborna" Waldemar B.

Dwadzieścia lat temu świat obiegła sensacyjna wiadomość: „Pod Olsztynem zastrzelono Michaiła Gorbaczowa”. Nie tego oczywiście, młody rosyjski gangster miał tylko takie samo nazwisko jak ostatni przywódca Związku Sowieckiego. W Kabornie zginął resztą nie tylko on i jego piękna żona. 4 października 1998 dwóch kolejnych mafiosów zza wschodniej granicy zastrzelił z dubeltówki Waldemar B. „szeryf z Kaborna”.

„Jestem wesoły, otwarty, charyzmatyczny, nieugięty i nie do zajechania” – tak przedstawia się Waldemar B. w filmie dokumentalnym, który powstał na temat zbrodni w Kabornie. Dziś odsiaduje wyrok 25 lat więzienia na jaki Sąd Okręgowy w Olsztynie skazał go za zabójstwo Tomasa Kopelmana i Denisa Kozłowa, którzy właśnie 4 października 1998 przyjechali na jego farmę. Do dziś jest całkowicie przekonany, że działał w obronie własnej.

Waldemar Baran-B., przedstawiający się czasem także jako Waldy Barton, ma i polskie, i amerykańskie obywatelstwo. Michaiła Gorbaczowa i jego towarzystwo poznał w połowie lat 90. w Tajlandii, która po chwytaniu różnych okazji w Stanach wydawała się wtedy dobrym miejscem do robienia interesów. B., który w tym czasie miał nawet żonę Tajkę, prowadził w jakiejś miejscowości turystycznej wypożyczalnię łódek czy skuterów wodnych. Rosjanie wypoczywali tam i ćwiczyli na siłowni. Dziś wiadomo, że Gorbaczow (ur. 1964) był ważną figurą w rosyjskiej mafii z Kransodaru, skąd pochodził. W tamtym zaś czasie trząsł przestępczym światkiem w estońskim Tallinie. Ojciec gangstera, weteran wojenny, był kustoszem muzeum morskiego. Przestępcy podobno kryli się w stojącej w porcie starej łodzi podwodnej jeśli robiło się gorąco. Gorbaczow trzymał swoich ludzi krótko. Jak prawdziwego ojca chrzestnego całowali go w pierścień, w cerkwi przysięgali wierność na złotego orła. Stracił jednak mocną pozycję i musiał uciekać, podobno śmiertelnie się naraził, gdy na 300 tysięcy dolarów wykiwał jakiegoś ważnego Czeczena. Schronienia szukał w Olsztynie.

Waldemar B. — on zawsze mówił, że z Gorbaczowem tylko handlował tajskim dżinsem i nic krasnodarskiej mafii nie wie — załatwił mu daczę u swoich znajomych w Gutkowie. W sumie przyjechało kilkanaście osób: Michaił Gorbaczow z żoną Saszą, (byłą sportsmenką, córką policjanta, Aleksandrą Seliwanową) i inni „sportowcy” tacy jak Tomas Kopelman i Denis Kozłow, niektórzy ze swoimi kobietami. Zachowywali się jak na obozie kondycyjnym. Z Gutkowa, jesienią 1995 przenieśli się do Kaborna, gdzie Waldemar B. (śledczy uważają, że za rosyjskie pieniądze) kupił 40-hektarowe gospodarstwo pod lasem. Rosjanie nazywali je „Siemipałatyńskiem”, bo stare siedlisko dopiero było rozbudowywane i większość gości, jak na obozie pionierskim, biwakowała pod namiotami.

Chyba jednak brakowało im pieniędzy, dlatego zaczął się bunt, który dla Gorbaczowa i jego „królowej” oznaczał śmierć. Okoliczności ich śmierci przestawił, kilka lat potem, Waldemar B. Wyjaśniał, że oni mieszkali wówczas jeszcze w domku w Gutkowie, a reszta „kamandy” już w Kabornie.

— Jeśli nie wrócę, ktoś odwiezie cię do Rosji – miał mówić, wezwany tam pewnego dnia, Gorbaczow. Czuł zagrożenie, lecz żona koniecznie chciała koniecznie być przy nim. W Gutkowie zostawili ciepły makaron na kuchence i wszystkie rzeczy, same markowe, także futro z norek pięknej Saszy. Waldemar B. mówi, że gdy zaniepokojony pojechał w końcu do Kaborna, z daleka widział jeszcze jak Kopelman i Kozłow zmywają krew z podłogi. Dalej iść się nie odważył. Choć mógł przypuszczać co się stało, wytrzymał z tym przez 3 lata. Ale rzeczy Gorbaczowów sprzątnął, a złotego orła spieniężył.

Wszystko się wydało 4 października 1998, kiedy ostatnią wizytę złożyli mu wspomniani, zbuntowani „żołnierze” Gorbaczowa, Kopelman i Kozłow. Waldemar B. w tym czasie budował nowy dom, kopał baseny pod stawy rybne, nad jego farmą dumnie powiewały polska i amerykańska flaga. Policja przypuszcza, że gangsterzy przyjechali do niego po pieniądze, które dostał na kupno nieruchomości. On mówi, że niby zainteresowani byli nabyciem od niego samochodu, tak naprawdę jednak chcieli go zabić.

Kiedy zobaczył, że nadjeżdżają, wyszedł przed dom. Rozmowa zaczęła się od tematu samochodu, ale goście prędko przeszli do konkretów.

— Mamy poważniejszą sprawę. Będziesz wykopywał zwłoki, Mike'a (tak z angielska mówili czasem na Miszę Gorbaczowa) i karaliewny, a gdy Waldemar B. im odmówił, usłyszał: „To leżysz razem z nimi”.

O tym, co zaszło potem, opowiadał potem wielokrotnie, także w sądzie. Jego sprzeciw spowodował, że jeden z przybyszów zarzucił mu na głowę swoją kurtkę i próbował dusić. On jakoś się jednak wyrwał i pobiegł do domu po dubeltówkę brata. Intruzów w progu zatrzymały psy, zaś Waldemar B. wciągnął z szafki strzelbę, zgarnął garść naboi i przeładowując w biegu wyskoczył przed dom. Do jednego z Rosjan, który szedł na niego ze zwiniętą kurtką strzelił z biodra. Do drugiego, który po coś sięgał do samochodu wypalił trzymając dubeltówkę wysoko nad głową.

— To co, przyjechałeś mnie zabić? — spytał go obiegając auto.
— Nie udało się — miał odpowiedzieć Rosjanin, kiedy ranny osuwał się na ziemię obok przedniego błotnika.

Filmowa scena, trzeba wszakże pamiętać, że znamy ją tylko z przekazu Waldemara B. A trzeba podkreślić, że ani przy zabitych, ani w samochodzie Rosjan nie odkryto żadnej broni. „To przecież były chłopaki po jakieś 110 kilo, nie jakieś tam świerszcze, kurde, szczypiorki od zielonej cebuli… Gdyby się jeden mnie posłuchał i drugi posłuchał, nie lazł w pokrzywy jak świnia, to by wszyscy normalnie żyli i nic by się nie stało” — jeszcze 15 lat później opowiadając reporterom o wydarzeniach w Kabornie przekonywał, że Kopelman i Kozłow byli w stanie zamordować go gołymi rękami.

Charakterystyczne jednak, że po wszystkim Waldemar B. zadzwonił nie tylko na policję, lecz także do brata do USA i do… Krasnodaru. A gdy już na farmie pojawiła się policja, zaszokował wszystkich oświadczając, że są jeszcze dwa inne trupy, Gorbaczowa i jego żony. Usłużnie nawet wsiadł na koparkę i dość szybko dogrzebał się do, znajdujących się już w stanie daleko posuniętego rozkładu, zwłok mężczyzny i kobiety. Zastrzelono ich z małokalibrowego kbks-u. Saszę Seliwanową tylko jednym strzałem. Być może jeszcze żyła, gdy ją zakopywano. Na jej szyi ciągle wisiał złoty krzyżyk.

— Po tym co zrobiłem, w Ameryce miałbym zdjęcie z senatorem, a szeryf urządziłby barbecue na moją cześć — mówił, stając przed olsztyńskim sądem, Waldemar B.

I właśnie dlatego zasłużył sobie na miano „szeryfa z Kaborna”. W czasie śledztwa długo szukano prawdziwych powodów jego kontaktów z Gorbaczowem. Prokuratura podejrzewała też, że Waldemar B. mógł mieć związek z narkotykami (okazało się na przykład, że jego ówczesna konkubina wykonała w tym czasie kilkadziesiąt lotów do Holandii) drobiazgowo przeszukano nawet całą farmę. Nic jednak nie znaleziono, więc „szeryf z Kaborna” szedł w sądzie na całość. „Ten, który się nie broni, staje się ofiarą, albo jest uważany za ofiarę przez innych” — przekonywał w iście amerykańskim stylu. Za pierwszym razem skutecznie. Sąd Okręgowy w Olsztynie uznał, że mimo „błędnego przekonania” o zagrożeniu, rzeczywiście działał w obronie koniecznej. Waldemar B. został skazany jedynie za nielegalne korzystanie z dubeltówki brata i przy oklaskach na sądowej sali wyszedł z podniesioną głową na wolność.

Niedługo z niej jednak korzystał. Gdy po skutecznej apelacji prokuratury sprawa ponownie zawisła na wokandzie olsztyńskiego sądu, wydarzyła się rzecz niezwykła. W czasie przerw podczas jednej z rozpraw, odpowiadający wtedy z wolnej stopy Waldemar B., został na sądowym korytarzu zatrzymany przez CBŚ i zabrany do Katowic. W tamtejszej prokuraturze usłyszał zarzut organizacji przemytu narkotyków z Ameryki Południowej statkiem przez Świnoujście. To radykalnie zmieniło jego sytuację procesową. Ostatecznie w Olsztynie, za zabójstwo Kopelmana i Kozłowa dostał 25 lat więzienia, zaś za narkotyki na lat 9 skazał go Sąd Okręgowy w Łodzi.

Dziś „szeryf z Kaborna” ma 73 lata i formalnie jeszcze parę lat do odsiadki.
Cztery trupy w Kabornie przeszły do historii olsztyńskiej kryminalistyki. Może jeszcze bardziej okrutna była egzekucja, której w 2000 roku dopuścili się pod Olsztynkiem dwaj inni Rosjanie: „Afganiec” Walery F. i Dymitr O. Nie wiemy, kto ich wynajął i co mogli mieć do właściciela baru przy drodze Warszawa-Gdańsk.

***

Na ul. Małeckiego policja znalazła tykającą bombę



więzienie


„W okresie od 1996 do września 1998 w klubie „Joker” spotykali się Grzegorz D. „Zorba”, Jan S. „Johnny”, Piotr M. „Troll”…”. Tak zaczyna się akt oskarżenia w jednej ze spraw jakie grupom przestępczym wytoczyła kilkanaście lat prokuratura.

Przewijają się w nich także nazwiska braci R. „Orzełków”. Jednego jako oskarżonego, drugiego jako kolejnej śmiertelnej ofiary gangsterskich porachunków w Olsztynie.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych do Olsztyna zaczęły masowo płynąć narkotyki. Że tam są prawdziwe pieniądze, szybciej zorientowało się młodsze pokolenie przestępców. Wśród nich — zwłaszcza po aresztowaniu w połowie 1998 roku Grzegorza D. i Jana S. — prym zaczął wkrótce wodzić Piotr M. „Troll” (rocznik 1970).

Jego ludzie nie tylko handlowali narkotykami sprowadzanymi z Warszawy — podobno „błogosławieństwo” i zgoda ówczesnego szefa mafii pruszkowskiej Andrzeja K. „Pershinga” (zastrzelony został w grudniu 1999 roku w Zakopanem) kosztowała 1000 dolarów miesięcznie — zakładali w Radostowie Jarandowie pod Olsztynem własne plantacje konopi oraz wytwórnie amfetaminy w Wozławkach, potem w Naterkach.

Bliźniacy Andrzej i Jarosław R. (również rocznik 1970) dołączyli do tego interesu nieco później. Mieli własną agencję towarzyską. Starali się nie afiszować tak jak szalejący po mieście kumple „Trolla”, chociażby jego kuzyn Sebastian Rz. (rocznik 1976) czy Wojciech B (rocznik 1975). Jednak to „Orzełki” stali się celem dla konkurencji.

22 sierpnia 1999 roku został zastrzelony jeden z braci Andrzej R., kiedy wychodził ze swojego mieszkania przy ul. Małeckiego w Olsztynie. Jego zabójca Jurij F., Rosjanin z Kaliningradu, odsiaduje wyrok 25 lat więzienia, choć musiało minąć kilkanaście lat, zanim ostatecznie dosięgła go sprawiedliwość. Odpowiedzi na pytanie: kto mógł go wynająć? — nie ma i raczej już nie będzie.
Przy Małeckiego na olsztyńskim Zatorzu Andrzej i Jarosław R., wynajmowali zwykłe mieszkanie w bloku. Dzień przed tym tragicznym zdarzeniem kobieta mieszkająca naprzeciwko zobaczyła nieznanego mężczyznę przestawiającego pod drzwi klatki schodowej metalowy kosz na śmieci. Wydało jej się to mocno podejrzane, bo było już późno wieczorem. Poprosiła męża, żeby zszedł na dół i odstawił śmietnik na zwykłe miejsce za róg budynku. Następnego dnia scena z koszem się powtórzyła. Zauważyła to inna mieszkanka bloku, która na balkonie domu po drugiej stronie ulicy paliła papierosa. Tym razem jednak nikt kosza nie ruszał.

22 sierpnia 1999 Andrzej i Jarosław R. około jedenastej wieczorem przyjechali na Małeckiego z agencji towarzyskiej usytuowanej na jednym z peryferyjnych osiedli Olsztyna. Była z nimi jakaś młoda kobieta. To w jej towarzystwie kwadrans po północy Andrzej R. wyszedł z domu. Zabójca podbiegł do niego i z odległości około metra oddał pięć strzałów z pistoletu maszynowego skorpion. Wszystko działo się błyskawicznie. Przejeżdżający akurat aleją Wojska Polskiego kierowca nocnej taksówki, który usłyszał strzały, zauważył tylko mężczyznę na rowerze skręcającego w ulicę Kasprowicza, w kierunku Lasu Miejskiego i mostu na Łynie. Wyglądało to tak, jakby uciekał.

Karetka przyjechała po 10 minutach. Do najbliższego szpitala było ledwie kilkaset metrów. Andrzej R., obok którego momentalnie znalazł się brat bliźniak, coś chciał powiedzieć, ale już nie zdołał. W miasto poszła wiadomość: „Jeden z Orzełków odleciał”. Zaalarmowani koledzy rozjechali się po mieście na własną rękę szukać zabójcy.

Tymczasem w koszu na śmieci przed blokiem na Małeckiego policja odkryła tykającą bombę, półtora kilograma trotylu, do którego dodano worek metalowych nakrętek. Czerwona dioda pulsowała, ale zapalnik najwyraźniej nie zadziałał. Pewnie dlatego sprawca zdecydował się strzelać.
Około półtorej godziny później na ulicy Bałtyckiej policyjny patrol zatrzymał Rosjanina Jurija F. Mężczyzna szedł ciemną stroną ulicy, nie potrafił wytłumaczyć, co robi w Olsztynie. Mówił coś o dziewczynie, z którą niby był na dyskotece. Kręcił, że nie zna miasta, że się zgubił, że ma kurzą ślepotę. Został aresztowany gdy okazało się, że ma przy sobie dowód rejestracyjny samochodu, który, wypożyczony wcześniej na fałszywe papiery w jednym z olsztyńskich salonów, czekał kilka kroków dalej na ulicy Żółtej.

Prokuratura oskarżyła go o zabójstwo „Orzełka”, choć ani broni, ani roweru, którym miał uciekać z miejsca zbrodni nigdy nie odnaleziono. Jedynie jakieś ślady opon przy mostku przez Łynę i mikroskopijne ilości środków wybuchowych na ubraniu Rosjanina, który po aresztowaniu zaczął podejrzanie świrować, trafił nawet na jakiś czas do Kocborowa (jest tam jeden z największych i najstarszych szpitali psychiatrycznych w Polsce — red.).

Jurij F., używający także dwóch innych nazwisk, został skazany przez Sąd Okręgowy w Olsztynie na 25 lat więzienia, ale wyrok zapadł dopiero 5 marca 2014 roku. Po pierwszym procesie w tej sprawie, w roku 2001, Rosjanin został uniewinniony. Głównie dlatego, że sąd nie mógł przesłuchać kobiety, jedynego bezpośredniego świadka zabójstwa „Orzełka”, występującej w sprawie jako świadek incognito. Bezpośrednio po zabójstwie rozpoznała sprawcę. Zanim apelacja cofnęła sprawę do ponownego rozpoznania Jurij F. wyjechał do Rosji i ślad po nim zaginął.

W ostatnich latach był urzędnikiem w kaliningradzkim magistracie, a wpadł przez nieuwagę. Wiszący nad nim europejski nakaz aresztowania zadziałał latem 2013 podczas banalnej kontroli na granicy obwodu kaliningradzkiego z Litwą. Litwini szybko przekazali go Polsce. Rosjanin po raz drugi stanął przed sądem i został skazany. Kluczowego świadka — kobiety towarzyszącej „Orzełkowi” — i tym razem nie udało się sprowadzić przed oblicze Temidy. Wezwany jako świadek i pokrzywdzony brat zabitego Jarosław R. (w ciągu następnych kilkunastu miesięcy i do niego przynajmniej dwa razy ktoś strzelał) w ogóle odmówił zeznań. Jurij F., używający w sumie aż trzech nazwisk, swego czasu mający nawet polską rodzinę, w sądzie też nie pisnął ani słowa.

Z ław dla publiczności przebieg procesu śledziła piękna kobieta i o wiele mniej piękni panowie, którzy przyjeżdżali specjalnie z Kaliningradu. Żadne nowe dowody się nie pojawiły, ale poszlaki tym razem złożyły się sądowi w spójną całość. Dopiero wtedy Rosjanin (dziś już mężczyzna prawie 60-letni) zdradził, że nie jest robotem. „Pan jest rasistą i zabójcą” — powiedział sędziemu, kiedy usłyszał wyrok. Wyprowadzany z sali łyknął coś, co trzymał w dłoni, wywołując spore zamieszanie. Przez chwilę była obawa, że chce się otruć.

Jurij F. nie był ani pierwszym, ani jedynym Rosjaninem, z którym miał do czynienia olsztyński świat przestępczy. Mieliśmy tu samego... Michaiła Gorbaczowa.

***

Seria z pistoletu maszynowego na ul. Kanta





W połowie lat 90. XX wieku olsztyńskim światkiem przestępczym rządzili byli bokserzy: bracia Dariusz i Krzysztof R. i Grzegorz M. „Rudy”, „Marchewa”. Żyli z kradzieży samochodów, lombardów, haraczy „za ochronę”. Czuli się bardzo pewnie.


Dlatego przeżyli szok, gdy jeden z nich został zastrzelony.

Było 15 lutego 1995 roku. Dochodziła dziesiątą wieczorem, gdy Dariusz R. dostał z bliska śmiertelną serię z pistoletu maszynowego skorpion. I to przed swoim blokiem przy ul. Kanta na olsztyńskich Jarotach. Mężczyznę trafiło dwanaście kul. Ludzie, którzy zaalarmowani hukiem skoczyli do okien albo wyszli na balkon, zobaczyli tylko oddalający się szybko zachodni samochód.

— Zrobił obydwoma rękami gest, jakby mnie przywoływał, poruszył szczęką, jakby chciał coś powiedzieć, lecz po chwili ręce mu opadły i znieruchomiał — relacjonował świadek, który pierwszy wybiegł na chodnik. Kobieta (jak się okazało dentystka), która znalazła się przy postrzelonym mężczyźnie chwilę potem, próbowała go reanimować. Bezskutecznie.

Inna kobieta, mimo późnej pory akurat spacerująca w okolicy, gdzie dwadzieścia lat temu kończyło się już miasto, zeznała, że zjechawszy z Kanta w drogę gruntową samochód zakopał się w błocie. Wkrótce stanął w ogniu. Dwaj mężczyźni, którzy z niego wyskoczyli, po przebiegnięciu kilkunastu metrów zatrzymali się, jakby chcieli sprawdzić, czy płomienie objęły cały pojazd. Po chwili zniknęli w lesie. Śledztwo wykazało potem, że auto — sprowadzony z Niemiec opel — było kradzione.

Ostatnie godziny życia Dariusza R. są znane niemal co do minuty. Tego dnia około 19.30 między innymi z Alfredem K., wtedy „bankierem” przestępczego światka, brał udział w treningu w sali Budowlanych przy ulicy Grunwaldzkiej. Był przeziębiony, więc się oszczędzał. Potem pojechał na Dajtki, gdzie Alfred K. miał odebrać poloneza, stanowiącego zastaw za szybką pożyczkę udzieloną właścicielowi znajdującej się wtedy przy ulicy Kłosowej agencji towarzyskiej. Mercedesem pod swój blok na Kanta Dariusz R. podjechał już sam. Jego towarzysze zeznawali potem, że niczego nie podejrzewał, chociaż po namyśle zwrócili uwagę, że wspominał coś o kręcącym się za nim mercedesie na warszawskich numerach.

Komu naraził się Dariusz R.? Próbowała ustalić to policja, a jeszcze bardziej starał się brat zabitego Krzysztof R., który akurat siedział za jakiś rozbój. Przed olsztyńskim aresztem jego koledzy urządzili bezprecedensową samochodową demonstrację, żeby okazać mu swoją solidarność w żałobie. Jeszcze w areszcie brat zabitego dowiedział się, że wykonawcą bandyckiej egzekucji mógł być Krzysztof B. z Dobrego Miasta. Odsiadujący wyrok za zabójstwo mężczyzna akurat nie wrócił z pierwszej przepustki, jaką dostał z więzienia w Potulicach i ponoć ukrywał się w Olsztynie.

— Liczyłem, że jeśli to nie on, to będzie się chciał z nami skontaktować i wytłumaczyć — opowiadał Krzysztof R., który wtedy jeszcze składał zeznania.
Po wyjściu na wolność sam podobno jeździł po kraju (np. do Wołomina) i sprawdzał wszystkie ślady, które mogłyby go naprowadzić na trop zabójców brata. Mordercę z Dobrego Miasta spośród nich wykluczył, ponieważ Krzysztof B. rzeczywiście się odezwał i wytłumaczył. Do spotkania, z zachowaniem największej dyskrecji, miało dojść gdzieś pod Warszawą. Sprawdzała tę wersję także policja, kiedy killer z Dobrego Miasta został wreszcie przyskrzyniony. Ciekawe, że zatrzymano go w samochodzie jednego z „Orzełków”, braci bliźniaków, właścicieli agencji towarzyskiej znajdujących się po przeciwnej stronie barykady coraz bardziej dzielącej olsztyński świat przestępczy. Ale mimo narzucających się podejrzeń, zarzutu udziału w zabójstwie Dariusza R. prokurator wtedy nikomu nie postawił.

Teza, ze egzekutorem mógł być inny miejscowy bandyta Zdzisław K. ps. Bocian też pojawiła się dość szybko. Zanim jednak policja zabrała się do sprawdzania tej wersji, w niecałe dwa miesiące po zabójstwie na Kanta żona Zdzisława K. zgłosiła zaginięcie „Bociana” i ten wątek na długie lata odłożony został na półkę. Aż do 2014 roku, kiedy okazało się, że prawdopodobnie to fragmenty jego rozkawałkowanych zwłok w reklamówkach ze św. Mikołajem zostały w czerwcu 1999 roku znalezione w jeziorze Pluszne. To jedna z największych obecnie zagadek kryminalnych i poważny problem dla wymiaru sprawiedliwości.

Członki i głowę wyłowione z jeziora kilkanaście lat temu zidentyfikowano (jak dziś wiemy — błędnie) jako Tomasza S. ofiarę gangsterskich porachunków z Suwałk. Sprawa została dawno prawomocnie osądzona, a uznany za sprawcę zabójstwa Jacek Wach z Olsztyna dostał dożywocie. W 2014 roku jeden ze sprawców masakry, której ofiarą padł mieszkaniec Suwałk wskazał miejsce, gdzie naprawdę zostały pogrzebane zwłoki i sytuacja wróciła do punktu wyjścia.

Jacek Wach (dziś 63-letni), który po odsiedzeniu 15 lat z „niesłusznego” wyroku, od 2 lat znów jest na wolności, czeka na nowy proces w sprawie zdarzeń sprzed dwóch dekad, ale sprawa, do której prowadzenia został wyznaczony Sąd Okręgowy w Olsztynie, ciągle nie może się rozpocząć. Także dlatego, że nie wiadomo, jak to było z „Bocianem”. Okoliczności śmierci domniemanego wykonawcy wyroku na ulicy Kanta w lutym 1995 roku bada prokuratura w Lublinie. Może dowiemy się, czy jedno z drugim ma związek i czy to była zemsta.

Brat zabitego wówczas Dariusza R Krzysztof w rozwiązaniu tej zagadki raczej nie pomoże. Wkrótce po opisanych wydarzeniach popadł w nieoczekiwane kłopoty, bo młody dzierżawca restauracji na olsztyńskiej starówce nie chciał płacić haraczu „za ochronę”. Nie tylko się nie przestraszył, choć „nieustaleni sprawcy” dwa razy próbowali podpalić lokal i pojawiły się groźby także wobec rodziny ajenta, ale poszedł wówczas na policję i dzielnie wytrzymał wszystkie konfrontacje z bandytami. Trzeba było ich widzieć, gdy zjawili się w charakterze oskarżonych przed Sądem Rejonowym w Olsztynie — Krzysztof R. w eleganckim garniturze, Grzegorz M., z wielkim złotym łańcuchem na szyi. W sumie, oprócz ich dwóch, oskarżeni byli jeszcze trzej inni mężczyźni: Janusz L., Alfred K. „Fred” i niejaki Jacek M. z Biskupca, który w tym samym czasie, poprosił kolegów z Olsztyna o pomoc w ściągnięciu jakiegoś długu w Kętrzynie.

Proces (właściwie dwa, bo pierwszy wyrok został uchylony) zakończył się wyrokami po 5 lat 6 miesięcy dla głównych oskarżonych dopiero w 2001 roku. Grzegorz M. „Marchewa” był już wówczas ranny po zamachu na swoje życie, zaś Krzysztof R., który w trakcie sprawy dobre trzy lata spędził za kratkami, uzyskał wkrótce po wyroku zwolnienie z aresztu. Miał zakaz opuszczania kraju, mimo to prędko uciekł za granicę. Policja dwa razy (ostatnio w styczniu 2009) wytropiła go i doprowadziła do zatrzymania we Włoszech, ale ostatecznie Włosi nie zgodzili się na jego ekstradycję. U nas ciągle wisi nad nim list gończy.

Kłopoty braci R. szybko wykorzystali ich młodsi rywale. Zwłaszcza, że kiedy na olsztyński rynek masowo zaczęły płynąć narkotyki, gra szła o coraz większe pieniądze. Gra na śmierć i życie, której kolejną ofiarą padł w 1999 roku jeden z „Orzełków” Andrzej R.

***

„Dziki” i TIR pełen Marlboro





Na ciężarówce z papierosami zarobić chciało przynajmniej kilkanaście osób. Ostatecznie kasę zagarnęli chłopcy z Pruszkowa. Oblewali to potem podczas „wieczoru kawalerskiego” w hotelu w Mikołajkach. Nie wszyscy ponieśli karę.

Kiedy chłopcy z Pruszkowa bawili się podczas „wieczoru kawalerskiego” w hotelu w Mikołajkach, ich starszy kolega Czesław B., ps. „Dziki”, pilnował kierowcy porwanego w Bartoszycach TIR-a. On jedyny został rozpoznany i stanął przed Sądem Wojewódzkim w Olsztynie.

Czesław B. był jednym z „ojców założycieli” mafii, lecz w 1993 roku miał już 48 lat, chorował na nerki, w Pruszkowie powoli był odstawiany na boczy tor. Na pewno to nie on rządził podczas napadu na TIR-a z papierosami Marlboro wartości 9 224 695 200 starych złotych (jakieś pół miliona dolarów), do którego doszło 28 września 1993 roku. To on jednak poniósł konsekwencje (ostatecznie 5 lat więzienia) i jeszcze tylko Stefan G., były mistrz boksu, „konwojent” transportu, skazany przez Sąd Wojewódzki w Olsztynie na 2 lata. Trzeci z oskarżonych w tej sprawie, główny koordynator przedsięwzięcia, biznesmen ze słynnego bazaru w Rzgowie pod Łodzią, Adam K. został uniewinniony, choć nie ze wszystkiego jasno się wytłumaczył.

W 1993 roku licencyjne Marlboro produkowały tylko wybrane zakłady. Trzeba było mieć wejście, żeby je kupić, sprzedawać też nie każdemu było wolno. A już na eksport za granicę koncesję miało tylko kilka firm. Jedna z nich, z Warszawy, mająca dojście do Marlboro produkowanych w Krakowie, była pierwszym ogniwem łańcucha. Drugim był Richard H., polski biznesman z Hamburga. Trzecim wymieniony już „koordynator” Adam K. z Łodzi, bardzo potrzebujący odkucia się w interesach. Czwarty to Stefan G. z Wrocławia, też głodny gotówki, bo musiał się rozliczyć z pewną cukrownią.

Za kontener 1920 kartonów Marlboro dysponująca koncesją eksportową firma ze stolicy gotowa była wyłożyć połowę sumy — 4 miliardy 424 miliony. Na sfinansowanie reszty znaleźli się chętni w osobach trzech hurtowników z Dolnego Śląska. Gdy kasa została zebrana, prywatnym samolotem przyleciał z Niemiec Richard H. (w Polsce znany bardziej jako Ryszard K., skazywany m.in. w Szwecji za narkotyki). W kantorze w hotelu Marriott wymienił złotówki na dolary. Nie wszystko wpłacił jednak na konto formalnego eksportera, z miejsca odliczył sobie prowizję — 7 centów za paczkę.

Marlboro miały zostać wydane z magazynu w Pęcicach pod Warszawą, ale sprawa się dłużyła. Po pierwsze, ciężarówka była za mała, gorzej, że płatnicy transakcji dopiero w tym momencie dowiadywali się ważnych szczegółów, chociażby tego, że transport ma jechać do Kaliningradu. Czas mijał, a papierosy leżały w hurtowni pod samym bokiem Pruszkowa. Tyle osób o nich usłyszało, że kiedy 28 września, po piątej rano, TIR wreszcie ruszył, ustawiła się za nim cała kawalkada złodziei, chociaż i policjantów, bo warszawska firma wynajęła uzbrojoną ochronę.

TIR, z kierowcą Wojciechem T. i Stefanem G. na siedzeniu pasażera, pojechał najpierw do Łomży, gdzie przechodził długo odprawę celną. Adam K. w Bezledach przebierał nogami, czekając na nich i na umówionego Rosjanina z kasą za papierosy. Klient się nie pojawił (okazało się potem, że wymienionej firmy w Kaliningradzie w ogóle nie ma), a ciężarówka z papierosami dojechała na granicę już po ósmej wieczorem. Zdaje się, że ten eksport od początku był bujdą, a chodziło na przykład tylko o podbicie dokumentów celnych. Adam K. zarządził powrót do Bartoszyc i nocleg, a póki co... zaprosił wszystkich na wódkę.

Kłopot w tym, że w Bartoszycach nie było strzeżonego parkingu dla ciężarówek. TIR z papierosami wartymi pół miliona dolarów zatrzymał się na placu dawnego Polmozbytu przy ulicy Kętrzyńskiego. Stróż prosił tylko, żeby przestawić go rano, jak zacznie się ruch. Kiedy kierowca zamykał szoferkę, „konwojent” Stefan G. poradził mu na dobranoc, że gdy rano ktoś go zaczepi, lepiej niech słucha i robi, co mu będą kazać. W nocy na placu pojawili się jacyś ludzie. Zaniepokojony stróż zadzwonił na komendę. Na miejscu już nikogo nie było, lecz kawałek dalej wezwany patrol zatrzymał żuka na warszawskich numerach. Niestety, policjanci nawet nie wylegitymowali trzech jadących nim osób, chociaż ci mówili, że są z Pruszkowa i wybierają się do Rosji.

Potem już wszystko poszło gładko. Kierowca Wojciech T. rano przestawił ciężarówkę, poszedł do miasta po coś do jedzenia, a kiedy wrócił i przeglądał gazetę (popularny wówczas magazyn „Miliarder”), do szoferki podszedł nieznajomy mężczyzna i poprosił o kluczyki. Kierowca bez bicia przesiadł się do czekającego kawałek dalej bmw. Na tylnym siedzeniu ktoś zarzucił mu na głowę sweter, ale było jasne, że ruszyli — a za nimi TIR — nie w stronę granicy, lecz Kętrzyna. Nikt ich nie gonił, ochrona, wynajęta tylko na jeden dzień, wróciła w nocy do Warszawy, zaś reszta towarzystwa jeszcze spała. Porywacze specjalnie się nie kryli, w Mrągowie porwany kierowca pomagał w naprawie jakiegoś odłączonego hydraulicznego przewodu ciężarówki, a w Mikołajkach w towarzystwie „pana Czesława” zjadł śniadanie. Ale potem TIR z papierosami pojechał w jedną stronę, a bmw z „panem Czesławem” i kierowcą w drugą. Jeszcze przed południem „Dziki” pojawił się w motelu pod Różanem i wynajął dwuosobowy pokój. Stary gangster popełnił błąd, bo zameldował się pod własnym nazwiskiem.

W tym czasie w Bartoszycach Adam K. i ludzie z warszawskiej firmy gorączkowo szukali ciężarówki. Zaginięcie transportu wraz z kierowcą zgłosili na komendzie koło południa. Było dość czasu, żeby „nieustalone osoby” opróżniły ciężarówkę. Możliwe, że te osoby to Wiesław B. „Budzik” i bracia D. oraz kilku innych mężczyzn z Pruszkowa, którzy zameldowali się hotelu w Mikołajkach pod hasłem „wieczór kawalerski”, prosząc z tego powodu o dyskrecję. Żadnemu nic nie udowodniono.

Czesław B. trochę nudził się w Różanie. Gdy szedł telefonować, zamykał przetrzymywanego kierowcę na klucz, ale w sumie obeszło się bez zgrzytów. Następnego dnia Wojciech T. został dowieziony do swojego, pustego już TIR-a, dostał kasę na paliwo i wrócił do Wrocławia z radą, żeby lepiej o wszystkim zapomniał. Kiedy odnalazła go policja, długo się plątał. Dopiero przy czwartym czy piątym przesłuchaniu, już przewieziony do prokuratury w Bartoszycach, powiedział w przybliżeniu, jak było. Poza panem Stefanem i panem Czesławem nikogo więcej nie wskazał, chociaż policja pokazywała mu rodzinny album pruszkowskiej mafii z „Masami”, „Kiełbasami”, a nawet „Pershingiem”, o braciach D. nie mówiąc.

Proces w tej sprawie odbywał się przed Sądem Wojewódzkim w Olsztynie w roku 1995, chociaż na pewnym etapie śledztwa aresztowany dwa tygodnie po porwaniu „Dziki” został przez prokuratora w Bartoszycach wypuszczony na wolność po wpłaceniu półmiliardowej kaucji. Zrobiła się przez to niezła afera, prokurator stracił stanowisko, a Czesław B. musiał wrócić za kratki.

Podczas procesu w olsztyńskim sądzie po raz pierwszy pojawili się antyterroryści w maskach i z długą bronią, a prezes sądu rozważał przydzielenie osobistej ochrony prowadzącemu sprawę sędziemu. Sam Czesław B. zachowywał się ze swoistą klasą, złożył np. życzenia imieninowe sędziemu. Raz tylko się wkurzył, kiedy w asyście antyterrorystów został dowieziony do Szpitala Miejskiego w Olsztynie na jakieś urologiczne badania. Gdy wszyscy rzucili się do okien, on powiedział, że nie będzie robił z siebie małpy i nie wyszedł z karetki.

Od samego udziału w sprawie tłumaczył się głupio. Mówił, że o transporcie Marlboro nic nie wie, w Bartoszycach w życiu nie był, a pod Różan przyjechał na ryby, tam zepsuł mu się samochód, więc musiał zanocować. O kierowcy, który go rozpoznał, mówił, że spotkał go dopiero przy barze w motelu. Potem jeszcze ratował się historią z wizytą u lekarza w przychodni w Pruszkowie, ale mająca mu dać alibi dokumentacja ze wskazanego dnia najpierw zniknęła, a potem się cudownie odnalazła z danymi „Dzikiego” tak ciasno wciśniętymi do rubryki, że aż biło w oczy.

To był pierwszy i tak naprawdę jedyny bezpośredni występ pruszkowskiej mafii na Warmii i Mazurach. „Dziki” zmarł kilkanaście lat temu. A stołeczni mafiosi nad jeziora przyjeżdżali raczej na wakacje, zaś na lokalny rynek przestępczy woleli wpływać z daleka. „Interesy” mieli najróżniejsze. Doszło do tego, że w Giżycku bomby wybuchały przed samą komendą policji.

***

Napady jak z gangsterskiego filmu





Piotr G., mieszkaniec olsztyńskiego Zatorza, nie miał nawet dwudziestu lat, ale i tak zarobił wyroków na resztę życia. Gdyby pozostał na wolności, na pewno zająłby wysokie miejsce w olsztyńskiej przestępczości zorganizowanej.

Piotr G., mieszkający na olsztyńskim Zatorzu, pierwszy swój „wielki skok” zaplanował ledwie kilkaset metrów od domu. Nie miał jeszcze 18 lat, kiedy 30 września 1994 roku napadł na kasjerkę szkoły handlowej. To był dzień wypłaty. Maria Z. ze szkolnym konserwatorem, jako ochroną, pojechała do banku po pensje dla pracowników, około ćwierć miliarda złotych (starych).

Kiedy służbową nysą wrócili pod szkołę, wyskoczył do nich zamaskowany rabuś z pistoletem w dłoni. Szarpnął za torebkę z pieniędzmi, a gdy kobieta nie puszczała, strzelił do niej z bliska. Później się okazało, że pistolet był tylko straszakiem, ale wówczas ani kasjerka, ani kierowca, który pośpieszył jej na pomoc, nie mogli tego wiedzieć.

Bandyta niczego nie osiągnął, bo dzielna kasjerka, upadając, własnym ciałem przykryła torebkę z kasą. Huk wystrzału spowodował, że w szkolnych oknach pojawiło się mnóstwo gapiów i Piotr G. musiał się wycofać. Zatrzymany nie przyznawał się do niczego. Już w trakcie procesu przed Sądem Okręgowym w Olsztynie doprowadził do niebywałej sytuacji — jeden z siedzących w sali świadków, przesłuchany już wcześniej, nagle wstał i przyznał się, że to on był sprawcą napadu. To postawiło proces na głowie, bo ostatecznie nikt nie rozpoznał sprawcy. Kasjerka i jej kolega widzieli go przecież tylko w masce i nawet co do sylwetki nie byli pewni.

Czy ktoś sobie wyobraża, co ja przeżywam siedząc niewinnie w areszcie? — miał tupet mówić Piotr G. skonsternowanemu sędziemu, który długo wahał się, czy może go wypuścić na wolność. Musiał to zrobić, gdy prokuratura wycofała zarzuty.
Dopiero potem wydało się, że sensacyjne przyznanie się świadka zostało wymuszone. To pokazuje, jakie możliwości miał już wówczas nastolatek. Kilkumiesięczny pobyt w areszcie jeszcze zwiększył jego rangę w przestępczym światku, dodatkowo przysporzył mu znajomości. Zaprzyjaźnił się na przykład z Janem P. (wtedy lat 24) z Suwałk. Między innymi z nim — korzystając z nieoczekiwanie odzyskanej wolności — między początkiem września a grudniem 1995 dokonał dwóch napadów jak z filmu.

Celem pierwszego — już tydzień po opuszczeniu przez Piotra G. aresztu — byli niemieccy turyści, a właściwie ich mercedes z kempingową przyczepą parkujący przed skansenem w Olsztynku. Biedni Niemcy właśnie jedli obiad w przyczepie, kiedy cały karawan ruszył z kopyta w kierunku „siódemki” i Gdańska. Dopiero gdzieś przed Platynami porywacze skręcili w las, odczepiając przyczepę z wytrzęsionymi do ostateczności Niemcami. Nigdy już potem nie odważyli się oni przyjechać do Polski.

O wiele poważniejsze konsekwencje miał napad, do którego doszło w nocy 2 grudnia 1995 roku na kolonii w Międzylesiu pod Dobrym Miastem. Oprócz Piotra G. i Jana P. wziął w nim udział starszy od nich (rocznik 1964) Krzysztof P., który właśnie przebywał na niepowrocie z przepustki z więzienia, gdzie odsiadywał 15-letni wyrok za rozboje. Nie zamierzał wracać za kratki. Wraz z Janem P. i jakimiś dziewczynami wynajęli mieszkanie w bloku przy Dworcowej w Olsztynie i korzystali z życia. Jak gangsterzy z amerykańskich filmów stale nosili przy sobie broń — pistolety w gustownych kaburach na szelkach.

Do Międzylesia Krzysztof P. zabrał tetetkę. Ich celem była rodzina S. Mieszkali na odludziu, handlowali samochodami, cała okolica wiedziała też, że zawsze można u nich kupić wódkę. Poszła wiadomość, że jeden z braci S. dobrze sprzedał jakieś lepsze auto i ma w domu 200 milionów. Wszystko miało pójść gładko. Kiedy koło dziesiątej w nocy psy zaczęły szczekać, jeden z braci, Mirosław S., wyszedł zobaczyć, co się dzieje. Psy spuszczali na noc i nikt nie odważyłby się przy nich wejść na podwórze. Jak kto przychodził po wódkę, stał pod płotem i czekał. Tym razem jednak psy nagle umilkły, a przed Mirosławem S. nagle wyrosło trzech zamaskowanych mężczyzn.

— Policja kryminalna z Olsztyna — usłyszał gospodarz, ale oczywiście nie uwierzył. Zaraz zresztą zaczęli go bić kijem bejsbolowym i jakąś żelazną pałką.
— Ratunku, zabiją — krzyknął napadnięty podrywając na nogi rodziców. Kiedy cofał się w kierunku kuchni, jego ojciec, Roman S., z taboretem w dłoni ruszył na intruzów.

Syn chwycił wtedy nóż, którym matka akurat szatkowała kapustę, i oganiając się trafił jednego z napastników, jak się okazało właśnie Piotra G.
— Zabij tego s... z nożem — zdążył krzyknąć raniony i wówczas Krzysztof P. zaczął strzelać.

Padło pięć strzałów. Mirosław S. został najpierw ranny w nogi, a później w brzuch („jakby ktoś rzucił we mnie sto kilogramów” — zeznawał potem). Roman S. dostał raz, ale prosto w serce, śmiertelnie. Młodszy syn, Jan S., który mieszkał na piętrze ze swoją konkubiną, gdy zbiegając ze schodów zobaczył co się dzieje, szarpiąc się z bandytami przede wszystkim starał się ściągnąć im kominiarkę. Z jednym mu się udało — łatwo rozpoznał potem Jana P. Widział jednak, że ojciec nie daje oznak życia, zrzucona ze schodów matka lamentuje, a ranny brat krwawiąc odczołguje się w kierunku włazu do piwnicy.

Wyskoczył więc przez okno myśląc, że poszczuje napastników psami. Te jednak były dziwnie ospałe, jakby coś im podano. Jeden wpadł nawet do domu, szczeknął groźnie, ale zaraz podkulił ogon i uciekł. W tej sytuacji Jan S. też postanowił uciekać. Strzelali za nim dwa razy, facet nie poczuł nawet, że jedna kula trafiła go w nogę. Wielkim susem przeskoczył płot i padł na skraju lasu, czekając, co będzie dalej.

Napastnicy mieli problem. Niby powinni szukać teraz owych 200 milionów, lecz raniony w pierś młody Piotr G. czuł się coraz gorzej. I tak miał dużo szczęścia, bo w momencie ciosu nóż do szatkowania kapusty wygiął się na żebrach jak sprężyna i rana była dość płytka. Ale krew się lała, a jeden z napadniętych uciekł i pewnie sprowadziłby policję. Uznali więc, że lepiej będzie, jak prędko się ulotnią. Piotra G. opatrywali najpierw w jakimiś domku w Barczewku, a potem wywieźli do Suwałk, gdzie troskliwie opiekowały się nim związane z bandą dziewczyny.

Kiedy dziesięć dni po napadzie Piotr G. został zatrzymany, znów do niczego się nie przyznawał, znów nawet znalazł „świadka”, który zeznał, że ranił go w trakcie bójki w tym samym czasie, ale w innym miejscu i z zupełnie innego powodu. Ostatecznie twierdził, że pobił się z „jakimiś chamem na wsi”. Jan P. wolał nie czekać na policję, z podrobionymi dokumentami próbował wydostać się za granicę.

W przeddzień Wigilii 1995 roku został zatrzymany w Szklarskiej Porębie. To również była brawurowa akcja. Kiedy policja próbowała zatrzymać auto, którym ktoś podwoził go do granicy, wyciągnął pistolet i kazał kierowcy przełamać blokadę. Uciekali setką po karkonoskich serpentynach aż wylądowali w zaspie. Jan P. dalej uciekał na piechotę, dotarł na przełaj do jakiegoś ośrodka, znów wyciągnął broń, żądał ubrań do przebrania, ale dalej już nie zaszedł.

Proces w tej sprawie przed Sądem Okręgowym w Olsztynie zakończył się 16 czerwca 1998 roku wyrokiem po 25 lat więzienia dla wszystkich trzech oskarżonych. Jeden z nich, Jan P. już nie żyje, cierpiał na jakąś chorobę naczyń krwionośnych. Piotr G. najpierw odwoływał się do wszystkich możliwych instancji, a w 2013 roku występował nawet do Sądu Najwyższego o wznowienie postępowania. Jego obrońca oparł się na wyroku Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który w kilku przypadkach miał wątpliwość, czy stosowana w naszych sądach zasada, że na rozprawę apelacyjną oskarżonych z reguły się nie doprowadza, nie stanowi naruszenia Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Tym razem precedensu nie było, a Piotr G. — dziś świeżo po czterdziestce — normalnym już trybem ubiega się o warunkowe przedterminowe zwolnienie.

Nie wiadomo, czy nastoletni przestępca miał poparcie starszych kolegów. Jedyny ślad to Janusz L., który podwoził do Olsztynka uczestników napadu na niemieckich turystów. Ten był powiązany z gangiem Krzysztofa R. i Grzegorza M. „Marchewy”, którzy w połowie lat 90. rządzili bandyckim Olsztynem. A może tak się im tylko zdawało, bo młodzi nie spali. Spotkali się w klubie „Joker”, ćwiczyli w siłowni za Uranią, gra szła o coraz większe pieniądze.

***

Swoją ofiarę zadźgali w lesie





Napad na tle rabunkowym czy zabójstwo na zlecenie? Nie dowiemy się już, dlaczego 6 grudnia 1999 roku trzech przybyszów z obwodu kaliningradzkiego wywiozło do lasu, a potem po długich torturach zamordowało właściciela baru w Olsztynku.

Weteran sowieckiej interwencji w Afganistanie, właściciel agencji ochrony Walerij F. i jego pracownik Dmitrij O. usłyszeli za to wyroki po 25 lat więzienia. Trzeci ze sprawców niejaki Ivan N. wywinął się polskim organom ścigania.

O zleceniodawcach zabójstwa Walerij F. (rocznik 1964) zaczął mówić dopiero podczas rozprawy sądowej. Oczywiście „z obawy o bezpieczeństwo własnej rodziny” nikogo nie wymienił. Powiedział jedynie, że rozmawiał o sprawie z kimś w mieście Swietłyj w obwodzie kaliningradzkim.

Potem, już przyjeździe do Polski, na parkingu przy obozie w Sudwie odbierał od kogoś innego dalsze instrukcje. „To był rozkaz, określone zadanie”. Opowiadał, że na początek właścicielowi baru przy stacji benzynowej na krzyżówce „siódemki” (starej) z drogą na Olsztyn Edmundowi M. przekazał tylko numer telefonu, pod który ma on zadzwonić i się wytłumaczyć.

Rosjanie przyjechali do Polski 4 grudnia 1999 roku całym taborem. F., który wyglądał wtedy jak prawdziwy boss i ważył jakieś 200 kilogramów, zmieścił do swojego passata nie tylko dwóch młodych pracowników Dmitrija O (ur. 1976) i wspomnianego Ivana N., ale też swoją (co najmniej drugą) żonę Lubow. Nie kryli się specjalnie.

Zostali odnotowani na przejściu granicznym, a wynajmując dwa pokoje w zajeździe na rogatkach Olsztynka zostawili nawet paszporty w recepcji, bo nie mieli jeszcze wymienionych złotówek, żeby od razu zapłacić. W barze Edmunda M., u którego Walerij F. na pewno był dzień przed zabójstwem, też zresztą zostawił paszport, w zamian za pożyczone 50 złotych na benzynę.

Co działo się potem znamy właściwie ze skąpych i w dodatku kilka razy zmienianych wyjaśnień samych oskarżonych. Wieczorem 6 grudnia 1999 roku Rosjanie długo jeździli po Olsztynku (żona Walerija F. „oddychała” w hoteliku), do baru zaszli już po 22, gdy było zupełnie pusto. Właściciel właśnie mył podłogę. Pewnie padły jakieś słowa, ale po chwili napastnicy — do baru wtargnęli sam F i jeden z młodych Ivan N. — przystąpili do wykonania „rozkazu”.

Edmund M. musiał otworzyć im kasę, potem ze związanymi rękami został wepchnięty do czekającego passata. Walerij F. zabrał z kasy utarg, marne 900 złotych i oddany wcześniej pod zastaw swój paszport obywatela CCCP (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich). Jego młody kompan zgarnął jeszcze z półki papierosy. Ryzykowali. Pracownicy pobliskiej stacji benzynowej mogli coś zauważyć.

Policjant, który radiowozem patrolował miasto, widział koło 22, kręcącego się jeszcze w barze właściciela. Jakieś pół godziny później wszystko było zamknięte, żaluzje spuszczone. Zastanawiające jednak było to, że samochód Edmunda M. ciągle stał na placu.

„Sąd” nad właścicielem baru odbył się w lesie, kilkadziesiąt metrów od „siódemki”, na wysokości Warlit. Edmund M. został przywiązany do drzewa i torturowany. Policja próbowała potem doszukać się jakichś „interesów” mieszkańca Olsztynka z Rosjanami, nic jednak nie udało się znaleźć. Co chciał z niego wydusić Walery F. — nie wiadomo.

On sam powiedział w sądzie, że młodzi zaciskali mężczyźnie pętlę ze sznurka, dźgali go nożem, ale tak nieudolnie, że zamiast mówić, Edmund M. był już ledwie żywy. Walerij F. poświecił wtedy sobie latarką i uznał, że porwany jest w tak złym stanie, że „nie ma się co nad nim rozwodzić”. Z absolutną obojętnością, nie zważając na obecność na sądowej sali bliskich zabitego, oświadczył, że tak naprawdę dobił Edmunda M. z... litości. Ofiara miała 21 ran od noża (trzy w serce) i poderżnięte gardło.

Rodzina właściciela baru tuż po północy zgłosiła policji jego zagnicie. Wyciągnięte szuflady i ślady plądrowania w barze budziły najgorsze przeczucia. Przywiązane do drzewa ciało umęczonego znalazł następnego dnia mężczyzna, który przez las skracał sobie drogę do Kiersztanowa.

„Kiedy byłem w wojsku służyłem w komendzie wojskowej. Wjeżdżałem w delegacji do różnych miejsc. Byłem w Afganistanie. Do jednej z moich prac należało wykonywanie wyroków trybunału wojskowego. Co znaczy zabójstwo, wiem nie tylko ze słyszenia, ale wiem też z praktyki” — przechwalał się przed sądem. Pozował na zimnego mordercę, profesjonalistę. W listach, jakie przechwyciła więzienna cenzura, jest np. takie zdanie: „Jestem Rosjaninem, co myślę, to robię”. Wynikało z tych listów, że rzeczywiście ma znajomości i w Rosji, i na Litwie, i w Polsce. Ustalał na przykład pensję specjalnego człowieka, który będzie go odwiedzał i dostarczał paczki do Barczewa, ale wszystko to było palcem na wodzie pisane.

Już po roku na polskim, aresztanckim wikcie schudł, biedny, prawie o połowę. Nerwowo też się posypał. W przypływie złości podczas zajęć kulturalno-oświatowych dźgnął ostrym szpikulcem jakiegoś szczególnie denerwującego współwięźnia. A gdy rozpoczął się proces, próbował się wieszać. Przyjeżdżając wykonać „określone zadanie” w Olsztynku, na pewno zachowywał się bardzo nieprofesjonalnie. Bo po co, zostawiwszy wcześniej tyle śladów, dalej jeździł do Polski. 5 marca 2000 roku, tym samym passatem, z tą samą żoną został zatrzymany na przejściu w Bezledach. W bagażniku znaleziono sznurek podobny do tego, którym krępowano i duszono Edmunda M. Dmitrij O. albo był tak pewny siebie, albo zwyczajnie głupi — wpadł w tym samym miejscu miesiąc później. On z kolei miał nawet przy sobie składany nóż, może ten, którym jego boss poderżnął gardło mieszkańcowi Olsztynka.

Ich proces przed Sądem Okręgowym w Olsztynie skończył się 23 stycznia 2002 roku wyrokiem 25 lat więzienia do Walerija F. i 15 dla Dmitrija O. W sprawie tego ostatniego — młody zachowywał się „profesjonalnie”, do niczego się nie przyznawał, mówił, że był tylko kierowcą, do baru nie wchodził, w lesie zaś ani na moment nie opuścił auta — apelowała jednak prokuratura. Po roku w powtórzonym procesie też dostał swoje 25 lat więzienia. Obaj po jakimiś czasie wystąpili o możliwość odbywania kary w Rosji i dawno (jako ostatni Walery F. w 2012) zostali deportowani z Polski. Ale chyba nie dlatego, że sieć zakładów karnych w Rosji oferuje lepsze warunki pobytu niż Barczewo czy Kamińsk. Postawili raczej na to, że utargują coś ze swoich 25-letnich wyroków, bo rosyjski kodeks karny aż tyle za zabójstwo nie przewiduje.

***

Konwój rozstrzelany w lesie



więzienie


Sprawcy napadu na konwój firmy Sezam ciągle pozostają nieznani. Prawie 20 lat temu z okrutną bezwzględnością zastrzelili trzech konwojentów i zrabowali utarg odbierany przez nich ze stacji benzynowych: 125 tysięcy 463 złote i 19 groszy.

Widoczny z drogi Dobre Miasto — Jeziorany pomnik w miejscu zbrodni upamiętnia zabitych, ale jest też ciągłym wyrzutem sumienia dla organów ścigania. Ale po kolei...

W sobotę 10 kwietnia 1999 roku trzech ochroniarzy firmy Sezam wjechało rano z Olsztyna, żeby zbierać tygodniowy utarg ze stacji benzynowych. Czerwonym polonezem i z kasą pancerną w bagażniku poruszali się Mariusz Ch., dowódca konwoju, Janusz S. i najstarszy z nich Krzysztof D., kierowca. Wszyscy mieli na sobie kamizelki kuloodporne i pistolety u pasa.
Ich trasa obejmowała kolejno Olsztynek, Szczytno, Kętrzyn, Bartoszyce, Lidzbark Warmiński, Dobre Miasto, Jeziorany i Barczewo. Po 15 konwój powinien być z powrotem w Olsztynie.

Ostatni kontakt z załogą został odnotowany o godzinie 13.38 na stacji benzynowej w Dobrym Mieście, gdzie odebrali utarg 7 tysięcy 323 złote i 19 groszy. Dyżurny firmy ochroniarskiej bez powodzenia starał łączyć się z konwojem o godzinie 14.30. Ponownie  próbował ich wywołać  o godzinie 16. Także bez rezultatu. Kiedy do 19 ekipa nie wróciła do bazy, zaalarmował swoich szefów i policję.

Podjęte jeszcze tej samej nocy poszukiwania, także z udziałem kolegów ochroniarzy z Sezama, nie przyniosły rezultatu. Dopiero następnego dnia, w niedzielę rano, w odległości około 4 kilometrów od Dobrego Miasta, w pobliżu miejscowości Międzylesie, na leśnej dróżce odnaleziono czerwonego poloneza. W środku w nienaturalnym położeniu znajdowały się zwłoki trzech konwojentów. Kierowca Krzysztof D. leżał z nogami na kierownicy. Ciało Mariusza Ch. było wciśnięte pod deskę rozdzielczą. Na jego ręku leżał klucz od opróżnionego sejfu.

To złowrogie miejsce, bo zaledwie kilkaset metrów dalej w grudniu 1995 roku doszło do napadu z użyciem broni, w którym zastrzelony został Roman S., a jego dwaj synowie poważnie ranni.  Sprawcy tamtego napadu zostali ujęci i osądzeni. Kto jest winien śmierci konwojentów, do dziś nie wiemy.

Przebiegu zbrodni można się tylko domyślać. W upatrzonym miejscu na łuku szosy — obok jest mostek i leśna dróżka — bandyci musieli zajechać drogę jadącemu od strony Dobrego Miasta konwojowi. Pierwszy strzał prawdopodobnie padł do dowódcy konwoju Mariusza Ch., który na pewno wyskoczył z auta, żeby sprawdzić, o co chodzi. W jego kamizelce kuloodpornej znaleziono dwie kule, jedną z przodu, drugą z tyłu. Rozbita szyba od strony kierowcy i przestrzelona pod pachą kamizelka Krzysztofa D. dowodzi, że od razu strzelano także do kierowcy.
Ze znalezionych na miejscu łusek wynika, że strzały padły z 9-milimetrowego lugera. Następne oddano już z CZ, którym posługiwał się Krzysztof D., dowódca konwoju. Z tej właśnie broni dobito konwojentów. To była egzekucja. Wszyscy trzej zginęli od strzałów z tzw. przystawienia w tył głowy i skroń.

Cięte rany świadczące o próbie poderżnięcia gardła wskazują, że kierowca Krzysztof D. oraz drugi z konwojentów Janusz S. zostali wcześniej sterroryzowani przez bandytów. Ten ostatni nawet nie zdążył wyciągnąć swojej tetetki. W ręku miał jeszcze puste torby do odbierania utargu.

Do napadu musiało dojść około godziny 14. Jedynymi jego świadkami okazało się trzech rowerzystów (dwaj dorośli i chłopiec), którzy akurat jechali szosą w kierunku Dobrego Miasta. Zauważyli oni stojącego na leśnej drodze poloneza. W środku dostrzegli czterech mężczyzn. Z miejsca obok kierowcy, wystawały czyjeś nogi w ciemnych butach (żaden z konwojentów nie miał takich). Kiedy rowerzyści minęli to miejsce, polonez odjechał trochę głębiej w las, a zaraz potem padły strzały: najpierw dwa, potem kolejne dwa. Rowerzyści woleli nie sprawdzać, co się stało. Żadnego innego samochodu nie zauważyli.

 Nie wiadomo więc ani tego, ilu było sprawców, ani w jaki sposób dotarli pod Międzylesie, ani jak udało się im zatrzymać poloneza z pieniędzmi?
Podobno  w tym samym czasie, kiedy konwój odbierał utarg w Dobrym Mieście, pojawiło się tam srebrne audi 100, które odjechało potem w ślad za konwojem. Dopiero w 2004 roku, pięć lat po zdarzeniu okazało się, że mógł nim jechać wysoki, 30-, 35-letni wysportowany mężczyzna, obok zaś siedział tęgi gość rozpoznany potem jako Janusz L.

Mężczyzna znany był jako kumpel olsztyńskich gangsterów: Krzysztofa R., Grzegorza M. „Marchewy” i Alfreda K. Razem z nimi był zamieszany w próbę wymuszania haraczy na olsztyńskiej starówce i został do tej sprawy zatrzymany w kilkanaście dni po napadzie pod Międzylesiem. Hipotetycznie mógł więc towarzyszyć tajemniczemu kierowcy srebrnego audi na stacji benzynowej w Dobrym Mieście.

Sprawdzanie tej ewentualności nie doprowadziło jednak do żadnych konkretów. A to nie był jedyny trop. Niejaki Kazimierz K., siedząc (z innego powodu) w więzieniu w Barczewie, wskazał wprost, że w napadzie uczestniczyli znani mu Cezary Sz. i Andrzej D. oraz współpracujący z nimi ochroniarz, znajomy konwojentów. I ten trop nie przyniósł wyjaśnienia.

W dodatku jeden z wymienionych już nie żył. W 2001 roku zginął w wypadku samochodowym. Informator sugerował, że Andrzej D. został sprzątnięty, bo „Czarek likwiduje wspólników”. Po sprawdzeniu okazało się jednak, że w momencie wypadku autem kierował kolega Andrzeja D., który też zresztą zginął na miejscu. A do kraksy doszło prawdopodobnie dlatego, że obydwaj mężczyźni byli pijani.

Śledztwo dotyczące napadu na konwój i zabójstwa trzech ochroniarzy, obecnie jest formalnie umorzone. Jedyna właściwie droga do rozwikłania tej trudnej sprawy, to możliwość, że w jakiś sposób „wypłynie” gdzieś broń użyta w trakcie napadu. Chodzi zwłaszcza o CZ dowódcy konwoju firmy Sezam.

***

Wojna gangów w Olsztynie po egzekucji "Lenina"





W drugiej połowie 2000 r. miała swoje apogeum wojna gangów w Olsztynie. Egzekucja „Lenina” oznaczała, że między grupami przestępczymi wybuchła wojna na całego. Podobno jeszcze latem były próby dogadania się, ale nic z tego nie wyszło.

We wrześniu 2000 roku na głównej ulicy olsztyńskich Jarot wyleciał w biały dzień na bombie Jarosław P. ps. „Lenin”, kolega Krzysztofa R. i Grzegorza M. „Marchewy”. Umieszczony pod jego volkswagenem kilogramowy ładunek był, dla zwiększenia efektu, uzupełniony granatem. Bomba zdetonowana została w czasie jazdy za pomocą telefonu komórkowego. Sebastian Rz., i Mariusz Ch., którzy ją odpalili, bawili się ponoć jak przy grze komputerowej.

Egzekucja „Lenina” oznaczała, że między olsztyńskimi grupami przestępczymi wybuchła wojna na całego. Podobno jeszcze latem 2000 roku były próby dogadania się. W rozmowach na starym mieście mieli uczestniczyć Grzegorz M. i właśnie Jarosław P., z drugiej zaś strony Sebastian Rz. i Wojciech B. (później świadek koronny, zeznający przeciw byłym kumplom).

To ci dwaj, zaufani ludzie Piotra M. „Trolla”, (Sebastian Rz. był nawet jego kuzynem) uznali potem, że nie ma co dalej gadać z konkurencją.

Broń była pod ręką. Na stanie zjednoczonych gangów „Trolla” i Jarosława R. „Orzełka” były pod koniec 2000 roku m.in. skorpion, makarow, glauberyt, AK MS, sztucer z lunetą, trzy pistolety CZ, „tetetka”, a także gotowe do użycia kolejne bomby: 5 kg i 2,5 kg, wyprodukowane podobno przez kogoś ze Szczytna. Ludzie „Marchewy”, też byli uzbrojeni, i koniecznie chcieli odpowiedzieć na śmierć „Lenina”. Pierwszym celem był jeden z egzekutorów „Lenina”, Mariusz Ch., ps. „Świniak”, jednak bomba podłożona podobno pod jego domem na ulicy Kopernika w Olsztynie nie zadziałała.

Na celowniku znaleźli się wtedy Jarosław R., „Orzełek” i jego najbliższy kolega Grzegorz M. „Predator”. Do ich zabójstwa wynajęty został niejaki Andrzej Rz. Mieszkający wówczas pod Biskupcem 27-latek, jeszcze siedząc w więzieniu. Wyrobił sobie znajomości w olsztyńskim świecie przestępczym i markę „kilera”. W rzeczywistości okazał się jednak fuszerem. Podobno warował parę dni przed agencją towarzyską „Orzełka” na jednym z olsztyńskich osiedli domków jednorodzinnych. Przyznawał się potem, że nawet strzelał, choć nikt tego nie zauważył i, gdyby nie podziurawione auta na parkingu, nie byłoby nawet sprawy.

Na dobitkę Andrzej Rz., pokłóciwszy się po pijaku z sąsiadem, wyciągnął w swoich Bredynkach broń i choć znów strzelał w powietrze, wpadł na amen. Aresztowany, przyznał się do wszystkiego, przede wszystkim wskazując zleceniodawcę — Grzegorza M., który nawet wówczas, kiedy sam był już ranny, wzywał „kilera” do szpitala, w którym leżał i naciskał „żeby dokończył robotę”. Opowiadając o tym w sądzie Andrzej Rz. uzyskał dla siebie nadzwyczajne złagodzenie kary, a Grzegorz M. dostał 12 lat do odsiadki.

Sam Grzegorz M., „Marchewa”, od dawna był na krótkiej liście do odstrzału. Już latem 2000 roku, ktoś miał strzelać do niego z pistoletu. Potem pod słupem blisko jego domu w Starych Jabłonkach podłożona została bomba, ale nie wybuchła. Ostatecznie na początku października 2000 roku przymierzył do niego ze sztucera Andrzej Z. ps. „Gajowy”. Myśliwy, członek koła łowieckiego i gangu „Trolla”, celował „na komorę”, trafił jednak w brzuch i „Marchewa” szczęśliwie się wylizał, przewieziony na czas do szpitala w Ostródzie.

Później okazało się, że „Gajowy” na parkingu przy ulicy Kajki w Barczewie strzelał jeszcze 1 grudnia 2000 roku (też nieskutecznie) do niejakiego Adama T. Ale i tak te „pudła” kosztowały potem „Gajowego” wyrok dożywotniego więzienia.

Dziś wiemy, że wzajemne zamachy były dalszym ciągiem wymiany ognia między olsztyńskimi gangami, która miała swój początek w lutym 1995 roku, kiedy na Jarotach zastrzelony został z bliska Dariusz R., brat Krzysztofa R. I dalszy ciąg w sierpniu 1999 roku na ulicy Małeckiego na Zatorzu, gdy zastrzelony został Andrzej R., jeden z „Orzełków”. Jesienią 2000 roku konflikt się nasilił — gra szła o kontrolę rynku narkotykowego i związane z tym coraz większe pieniądze — jedni i drudzy chcieli konkurencję zwyczajnie powystrzelać. Jeszcze kilka lat wcześniej, w pierwszej połowie lat 90., bili się „honorowo” na pięści, a wielką bójkę przed klubem „Joker” na ulicy Kołobrzeskiej w Olsztynie wygrał Krzysztof R. i jego ludzie.

Teraz każdy strzelał do każdego, bez pancernej kamizelki nikt nie wychodził z domu. Podobno w grudniu 2000 roku na Osiedlu Mazurskim w Olsztynie strzelano także do Piotra M. „Trolla”. Policyjne rejestry wszystkich prób na pewno nie odnotowały. A na przykład Krzysztof R., jeden z szefów konkurencyjnej grupy, uniknął śmiertelnej nagonki i losu rodzonego brata, być może tylko dlatego, że akurat siedział w areszcie w związku ze sprawą o próbę wymuszenia haraczu od ajenta restauracji na olsztyńskiej starówce.

Policja, bardzo zajęta wówczas powtarzającymi się porwaniami biznesmenów — ich również ponoć było więcej, niż te cztery, które wyszły na jaw — długo była bezradna. Ale na początku 2001 roku przestępcy sami się wkopali.

Grzegorz A. w grupie „Trolla” i „Orzełka” miał pseudonimy „Chemik” i „USA”, bo zajmował się produkcją narkotyków. Sam też je brał, uwikłany był podwójnie i może dlatego ważniejsi od niego uznali, że powinien bardziej się wkupić się w łaski bandy. „Chemik” dostał do ręki broń z rozkazem strzelania do Adama Z., albo Marka I. związanych z grupą „Marchewy”, najlepiej do obydwu za jednym zamachem. Jak się z strzela, instruował go w lesie w Różnowie koło Olsztyna „Predator” w towarzystwie niejakiego Artura G., który potem zeznawał przeciw niemu. Ale wszystko posypało się z powodu „Chemika”. Był wtedy jeszcze bardzo młody, ale już miał żonę i małe dziecko. W czasie świąt Bożego Narodzenia pooddychał trochę normalną domową atmosferą w rodzinnej Ornecie i zrozumiał, że zabrnął za daleko. 4 stycznia z 2001 roku dobrowolnie zgłosił się na policję oddając broń. Najpierw był podejrzanym, ale mówił tyle, że prokurator zaproponował mu status świadka koronnego. Natychmiast potem nastąpiły aresztowania. I to po obydwu stronach barykady, na której wykrwawiały się olsztyńskie gangi.

W sprawie wojny gangów, porwań, przy okazji także rozbojów, handlu narkotykami i kradzieży samochodów w następnych 3-4 latach odbyło się w olsztyńskim sądzie kilkanaście procesów. Takich spraw ani wcześniej, ani potem w Olsztynie nie było. Antyterroryści co rusz wzywani byli do pilnowania niebezpiecznych gangsterów na sądowej sali, ale jakichś 40-50 przestępców na długie lata poszło w tym czasie za kratki.

W Kisielicach mafii nie było. Był za to "Kulawy"



Kulawy Jan R. przestępca Kisielice Iława


W Kisielicach pod Iławą mafii nie było. Jan R. „Kulawy” trząsł miasteczkiem na swój sposób. Po dobroci — był radnym, fundował stypendia dzieciom, dawał robotę, miał udział nawet w budowie pierwszej w regionie farmy wiatrakowej.

Wpadając z złość, stawał się okrutny. Dwaj biznesmeni ze Szczecina, którzy przyjechali do Kisielic w maju 2003 roku, przepadli bez śladu. W tej poszlakowej sprawie przed Sądem Okręgowym w Elblągu toczyły się aż dwa procesy. W pierwszym, trwającym pięć lat, Jan R. został w 2011 skazany na dożywocie. Drugi wyrok (po częściowym uchyleniu pierwszego) zapadł w maju 2017 — tym razem „Kulawy” dostał 25 lat.
— Biorąc pod uwagę wiek i stan zdrowia, ilość czasu spędzonego w areszcie, to jest kara skutecznie eliminująca go ze społeczeństwa. Oskarżony nie zasługuje na to, żeby cieszyć się wolnością. Jest to osoba bezwzględna — mówił sędzia, uzasadniając wyrok.

Mężczyzna, który w 1980 roku w wypadku samochodowym uszkodził kręgosłup, jest sparaliżowany więcej niż od pasa w dół. Z łóżka, fotela, samochodu, do którego kolejni ochroniarze przenosili go na rękach, kierował jednak groźną grupą przestępczą. Potrafił wymusić posłuch. Na przykład siedząc w samochodzie, wzywał kogoś na rozmowę, a gdy delikwent, tłumacząc się, wsadzał głowę do środka, „Kulawy” osobiście dokręcał szybę. Inna legenda opowiada o tym, jak „sprawdzał” raz swojego kierowcę.

Przy stole, przy kieliszku prowadzili męską rozmowę, ale gdy już miał paść toast, Jan R. dał podobno sygnał, by podcięto mu gardło. Zakrwawiony szofer nie odszedł od stolika, owinął szyję ręcznikiem, pocałował „ojca” Kulawego w dłoń i jeszcze wzniósł toast za jego zdrowie. Lekarzom — bo jednak pomocy medycznej potrzebował — powiedział, że miał wypadek na budowie.

Połowa Kisielic w jakiś sposób była z Janem R. powiązana i zobowiązana, żeby się odwdzięczyć. Chociażby użyczając swoich danych do mnożących się w Kisielicach zdarzeń drogowych i wyłudzanych tym sposobem odszkodowań.

Niektóre „słupy” wykorzystywane były nawet kilka razy, dokumenty skasowanych aut odżywały i wpisywane były w kolejne „stłuczki”. Łącznie Jan R. wyciągnął tą drogą 2-3 miliony złotych. Większe zyski dawał jednak przemyt alkoholu i papierosów — zza wschodniej granicy do Niemiec i krajów skandynawskich, a także narkotyki. I w tym wykorzystywani byli ziomkowie gangstera. Słynny detektyw Rutkowski sprawdził, że swego czasu na dziesięciu Polaków zatrzymanych z narkotykami na londyńskim Heathrow w samolotach przybywających z Ameryki Południowej pięciu pochodziło z miasteczka pod Iławą.

Jerzy O. i Stanisław B. przez lata prowadzili z „Kulawym” jakieś papierosowe interesy. Nieporozumienie, z powodu którego pod koniec maja 2003 roku wybrali się do Kisielic, dotyczyło podobno transportu, który zaginął gdzieś w okolicach Essen w Niemczech. Jak było, nie ma pewności. Biznesmeni ze Szczecina czuli się podobno oszukani na kilkadziesiąt tysięcy euro i to właśnie chcieli wyjaśnić. Żona jednego z mężczyzn miała z nim kontakt, kiedy już byli w Kisielicach i rozmawiali z „Kulawym”. Miał jej powiedzieć, że „sytuacja wymyka się spod kontroli”. I rzeczywiście, zaraz potem kontakt się urwał.

Długo nic się nie działo. „Byli i wyjechali” — mówili Jan R. i jego ludzie. Żony zaginionych mieszkańców Szczecina na własną rękę prowadziły jednak poszukiwania, rozwieszały ogłoszenia w okolicy. Jedynym materialnym śladem po zaginionych bez wieści okazały się... felgi od kół ich samochodu znalezione w jakimś warsztacie w Malborku. Ludzie Jana R. to byli w większości dwudziestokilkuletni „ochroniarze”, rekrutujący się z trójmiejskiego środowiska przestępczego. Któryś z nich, „sprzątając” po zbrodni, najwidoczniej połakomił się i zamiast spalić do szczętu auto biznesmenów, sprzedał je na części.

We wrześniu 2003 Jan R. został zatrzymany w swoim domu w Kisielicach przez brygadę antyterrorystyczną. Policjanci zabezpieczyli broń palną, myśliwską, prawie 500 sztuk amunicji. Broń i materiały wybuchowe były pochowane w przeróżnych skrytkach posiadłości za wysokim murem. Na przykład na strychu odkryto około 8 kilogramów materiału wybuchowego uzbrojonego w zapalniki, skrytka była nawet w... psiej budzie. W sumie zatrzymano wtedy więcej niż 50 osób, ponad 30 usłyszało zarzuty i stanęło potem przed sądem, w tym brat i kuzyn Jana R. Natomiast Elżbieta R. — pielęgniarka, która zajmowała się „Kulawym” po wypadku, a potem została jego żoną — została aresztowana po roku za współkierowanie gangiem.

Mało kto co mówił, ale i tak włosy stawały dęba. Świadkowie opowiadali, że „Kulawy” (głównie rękami swoich ochroniarzy) stosował wobec opornych bicie po piętach, ściskanie palców kombinerkami, wbijanie pod paznokcie ostrych przedmiotów, ostatecznie przewiercanie kości. Według jednej z wersji Jerzy O. i Stanisław B. mieli zostać potraktowani właśnie w ten sposób. Według innej zostali zastrzeleni, a potem ich ciała przepuszczono przez... maszynkę do mięsa. Policja żadnych dowodów na to nie znalazła. Nie sprawdziła się też wersja, że ciała mieszkańców Szczecina zakopano na grobli należących do Jana R. stawów pod Kisielicami. Policja przekopała tę groblę dokładnie już w czasie trwającego przed elbląskim sądem procesu grupy „Kulawego”, lecz znów bez skutku.

Procesy Jana R. weszły do historii polskiej kryminalistki. Mający dziś dobrze ponad sześćdziesiątkę mężczyzna okazał się mistrzem w wykorzystywaniu prawnych kruczków. Nie godząc się np. na zaliczenie niektórych akt sprawy w poczet dowodów bez ich odczytywania, zmusił sąd do odczytywania tysięcy stron, co przedłużyło proces o więcej niż rok. Wnioski składane przez niego, które sąd zawsze musiał formalnie rozpatrzyć, szły w setki. Koszty procesu zaś w miliony, bo — ze względu na stan zdrowia — Jan R. mógł przebywać na sądowej sali tylko kilka godzin, na specjalnym łóżku i zawsze z medyczną asystą. Wyglądał jakby zaraz miał umrzeć, ale np. „ostatnie słowo” w pierwszym procesie wygłaszał przez tydzień. Ale gdy wyrok już usłyszał, zasnął i ostentacyjnie zachrapał na sali.

Ta sytuacja trwa już prawie 15 lat. W maju 2017 roku „Kulawy” dostał 25-letni wyrok za kierowanie grupą przestępczą, która dokonała zabójstwa biznesmenów, jednak — wobec braku bezpośrednich dowodów i mocnych poszlak — bez przypisywania konkretnym członkom gangu tego, kto i w jaki sposób dokonał zbrodni. Dlatego z najważniejszych „ochroniarzy” gangstera: Marcin K. został skazany na 10 lat, natomiast Marcin G. i Dariusz L. na kary po 8 lat więzienia.

Kolejny, Radosław H., został uniewinniony zarzutu zabójstwa, lecz sąd skazał go na 6 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności za udział w grupie przestępczej i wyłudzanie odszkodowań.

Wyrok ten ciągle nie jest prawomocny. Na pewno będą się od niego odwoływać żony Jerzego O. i Stanisława B., które przez te kilkanaście lat przyjeżdżały do Elbląga, uczestnicząc w prawie wszystkich rozprawach. A było ich niemal trzysta.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (8) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Mafia #2471214 | 213.73.*.* 26 mar 2018 14:40

    Mafia to powiązania grup przestępczych z władzami rożnego szczebla to po pierwsze. W Olsztynie były zwykle gangi a nie żadna mafia. Mafia mozna nazwać układy łączące olsztynski ratusz z lokalnymi przedsiębiorcami a ojcem chrzestnym to chyba mógłby byc sam Don Grzybowicz!

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. Alosza #2470900 | 37.47.*.* 26 mar 2018 08:37

      Czekajcie coraz więcej Ukrainców niebawem będzie jak w latach 90

      Ocena komentarza: warty uwagi (7) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. @#@#@ #2470878 | 88.156.*.* 26 mar 2018 08:09

      No to się pismactwo wykazało. A z aktualności g **no. Brawo wam.

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    3. Ixel #2470787 | 188.146.*.* 25 mar 2018 23:52

      Świetny pomysł z tą mafią po olsztynsku. Tylko trochę mało brak mi większego rozwinięcia bo fajnie się to czyta

      Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    4. ooo #2470722 | 83.6.*.* 25 mar 2018 22:20

      a teraz jest jakas mafia?

      Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (3)

      Pokaż wszystkie komentarze (8)