Niedziela, 18 lutego 2018. Imieniny Konstancji, Krystiana, Sylwany

Helena Pilejczyk, medalistka olimpijska: Żeby uchronić się od zimna, wkładałam pod ubrania gazetę [WYWIAD]

2018-02-11 16:17:12 (ost. akt: 2018-02-11 16:56:24)
Helena Pilejczyk w kostiumie narodowym

Helena Pilejczyk w kostiumie narodowym

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

To, że zdobyła brązowy medal olimpijski w łyżwiarstwie szybkim, graniczy z cudem. Trenowała na jeziorze, w szerokim swetrze, a w twarz wiał jej halny. Nie dała się i pokazała, że w kobiecie z Elbląga tkwi siła. Z łyżwiarką Heleną Pilejczyk rozmawia Ada Romanowska

ROZMOWA NA LODZIE

— Wszystko zaczęło się przez przypadek?
— Byłam siatkarką, lekkoatletką. Biegałam, rzucałam kulą, skakałam w wzwyż i w dal. Boże, czego ja nie robiłam! Grałam nawet w tenisa. We wszystkim byłam dobra. Może nie najlepsza, ale bardzo przestronna. Garnęłam się do sportu. Pewnego razu obserwowałam trening łyżwiarzy na zamarzniętym basenie w Elblągu. Wtedy też trener Kazimierz Kalbarczyk zaprosił mnie na jeden z treningów. Dostałam łyżwy, ale nie przypominały one takich, jakie do tej pory znałam. Myślałam, że panczeny, chociaż mają dłuższe ostrza, nie różnią się techniką jazdy. A tu proszę, odbiłam się z czuba i od razu się wywróciłam. Ale nie dałam za wygraną. Przyglądałam się, jak jeżdżą inni i dzięki temu nauczyłam się prawidłowo jeździć. I chwyciłam bakcyla!

— W czym lepsze od innych dyscyplin okazały się panczeny?
— Zachwyciła mnie szybkość. Ten rozbieg na prostej, wejście w łuk, walka z siłą odśrodkową na wirażu. To było coś niesamowitego!


W czasie treningu wzmacniającym odbicie boczne w sali gimnastycznej. Do butów przyczepiona dętka rowerowa.

— Na pierwsze zawody też pani pojechała przez przypadek?
— Na mistrzostwach Polski w Zakopanem zabrakło czwartej dziewczyny do sztafety. Jedna się rozchorowała. Trener przypomniał więc sobie, że ja nieźle sobie radziłam. Zadzwonił do mnie: „przyjeżdżaj do Zakopanego, bo jesteś potrzebna”. Spakowałam się, zwolniłam się z pracy i wyruszyłam w podróż z Elbląga do Zakopanego. Nie miałam jeszcze wtedy doświadczenia łyżwiarskiego, więc bałam się, że zajmę ostatnie miejsce. To było strasznie stresujące. Ale się udało, nie byłam na końcu i z każdym występem było coraz lepiej.

— Ale trening nie zawsze był łatwy…
— Początki, owszem, były trudne, bo trenowałam na zamarzniętym basenie. Wytaczaliśmy tor, a gdy trzeba było, sama zagarniałam śnieg. Pracy było wiele. Ale to było fajne, takie naturalne. Nie uwierzy pani, ale specjalistyczny tor łyżwiarski poznałam dopiero w czasie olimpiady! Ale jakoś trzeba było ćwiczyć, żeby zajść tak daleko. Latem trenowałam na wrotkach na ulicy, a zimą na zamarzniętym basenie, często na jeziorach. Taki lód był bardzo chropowaty i nierówny. Pamiętam, że wylewałyśmy wodę na boisku, gdzie wytyczano tor. Warunki były prymitywne.

— Kostium sportowy też był mało kobiecy.
— Dzisiaj wszystko jest wspaniałe i przyległe do ciała. Kostiumy wykonane są z takich materiałów, że wiatr po nich spływa. A kiedyś? Stroje były niewygodne i stawiały wielki opór. Jeździłam w szerokim sweterku, wysokiej czapce, w rękawiczkach, a nawet w wywiniętych skarpetkach. Pamiętam, jak dostałam od klubu czarne, grubo dziergane rajtuzy. Zakładałam je na lewą stronę i fastrygowałam od środka, żeby dobrze przylegały do nogi. To, co wystawało, odcięłam. Chciałam, żeby ta noga miała jakiś kształt! Rajtuzy były workowate, jak jakieś pospolite dresy. A każda kobieta chce w końcu dobrze wyglądać, nawet na torze.

— A ciepło chociaż było w takich rajtuzach?
— Jak w Zakopanem wiał halny, to człowiek zupełnie nie panował nad łyżwami i jechał w drugą stronę, jak go zawiało. Ciepło nie było, bo i jak? Panował mróz, ze dwadzieścia stopni na minusie, do tego wiało, czasami padał deszcz, a nawet śnieg. Wszystko przewiewało, bo nawet dresy były z dzianiny. Nie było dresów z suwakami, bielizny termoaktywnej... Na treningach, żeby uchronić się od tego zimna, wkładałyśmy pod ubrania gazety. Na biust i na uda. Wtedy rzeczywiście było cieplej, chociaż nie za bardzo wygodnie. Ale człowiek musiał sobie jakoś radzić. Kiedyś w ogóle były inne czasy. Nie było odnowy biologicznej. Nie było też diety dla olimpijczyków. Stołowaliśmy się w barach mlecznych. Jak byliśmy w Szwecji na mistrzostwach świata, to tam były Japonki, które miały swoją kuchnie. Dla nas to było coś dziwnego.

— Pewnie dlatego sukcesu na olimpiadzie też nikt się nie spodziewał. Bo jak dziewczyny, które trenują z gazetami na biuście, mają zdobywać medale?
— Zanim pojechałyśmy na olimpiadę, miałyśmy postawiony warunek. Jeśli na mistrzostwach świata zdobędziemy punktowane miejsca, mamy szansę na olimpiadę. Musiałyśmy więc wejść do pierwszej szóstki, żeby zacząć marzyć o wyjeździe. Zdobyłam srebrny medal na 1000 metrów, a do tego zdobyłam inne punktowane miejsca — byłam piąta na 1500 metrów, na 3000 metrów i w wieloboju. W zasadzie cały czas byłam w czołówce. Innym koleżankom nie udało się tego osiągnąć, ale na olimpiadę musiałyśmy jechać we dwie. Toczyły się więc dyskusje, która ze mną poleci. Ostatecznie pojechała Elwira Seroczyńska. Oczywiście nikt nie wierzył w nasz sukces. Mówili, że będziemy tłem tej olimpiady w Squaw Valley w 1960 roku w Ameryce. Jedynie Amerykanie brali nas pod uwagę w swoich prognozach. Umieszczali mnie nawet na medalowych miejscach. W Polsce nikt nie dawał mi szans. Mówiono nawet, że ten srebrny medal na mistrzostwach świata to przypadek.



Na dworcu w Warszawie przed wyjazdem na olimpiadę do Innsbrucka w 1976 roku


— Ale utarła pani wszystkim nosa.
— I bardzo się z tego cieszę!

— Zdobyła pani brązowy medal.
— Dostałam ten medal i żadnej kasy! (śmiech) Ale jak wróciłam do Polski, posypały się nagrody. Różne instytucje zaczęły mnie doceniać. I tym sposobem dostałam grawerowaną plakietkę z moim imieniem wielkości pocztówki. Następnie był ekspres do kawy. Śmieję się do dziś, że było to skrzyżowanie ekspresu z czajnikiem elektrycznym. A żeby było jeszcze śmieszniej, wygląda to jak garnek. Też był z pięknym napisem! Dostałam również maleńką lodóweczkę i sześć sztućców. A najważniejsze, dzięki brązowemu medalowi, władze miasta pomogły mi w otrzymaniu przydziału na mieszkanie. Do dzisiaj zresztą w nim mieszkam. Oczywiście musiałam zapłacić za nie, żeby nie było. Ale i tak bardzo się cieszyłam, bo wcześniej mieszkałam w skromnym i ciasnym mieszkanku z mamą, z synem i mężem. Nie było nawet centralnego ogrzewania.

— Łączyć rolę matki, żony i mistrzyni nie było łatwo…
— Przyjechałam do Elbląga z nakazem pracy. Skończyłam liceum pedagogiczne i trafiłam do szkoły jako nauczyciel nauczania początkowego. Gdy zaczęłam uprawiać łyżwiarstwo, brakowało mi czasu. Musiałam zrezygnować ze szkoły, bo postawiono mi warunek: albo łyżwy, albo szkoła. Wybrałam sport. Całe szczęście, że klub załatwił mi pracę w Zamechu, w zakładzie, który zajmował się produkcją turbin, śrub okrętowych, czy wałów napędowych. Pracowałam tam w dziale prawnym. Byłam sekretarką. Miałam cudownego szefa, który przymykał oko, gdy wychodziłam wcześniej na trening. Mąż też rozumiał moją pasję. Był sportowcem, potem sędzią i bardzo mi kibicował. A synek? Cierpiałam bardzo, gdy wyjeżdżałam trenować do Zakopanego. Ale, żeby coś osiągnąć, musiałam pójść na kompromis. Całe szczęście, że dzieckiem zajmowała się moja mama. Wiedziałam, że krzywdy wnusiowi nie zrobi, więc mogłam trenować. Przed samą olimpiadą takich wyjazdów było najwięcej.

— Olimpiada to było zderzenie z innym światem. Wyjechała pani z szarej Polski i zobaczyła inną rzeczywistość.
— Od tamtej chwili minęło 58 lat, więc świat bardzo poszedł do przodu. Dla nas wtedy wszystko było piękne, bo i my byłyśmy młode. Chwytałyśmy życie garściami. W Squaw Valley zachwycał nas wszechobecny kolor. Ekipy były ubrane w różne stroje w wielu barwach. Ale najbardziej porażały nas przepiękne widoki. Poza tym mogłyśmy chodzić do baru i jeść wszystko, na co miałyśmy ochotę. Stały na przykład kosze pełne fig, pomarańczy i bananów. Dla nas to było niezwykłe, że można brać, ile się chce. Piłyśmy czekoladę, oranżadę, jadłyśmy lody… Można też było tańczyć, grać w tenisa stołowego. Rozrywki były wspaniałe. Dotychczas nie znałyśmy takich luksusów.


Na podium w czasie mistrzostw świata


— Dzisiaj jeździ pani na łyżwach?
— Chciałabym, ale niestety… Już jako seniorka występowałam w Berlinie na mistrzostwach halowych. Pierwszy raz nie jeździłam pod chmurką, ale pod dachem! Tor był płaski jak stół, więc jechało mi się fantastycznie. Po tych zawodach pomyślałam sobie, że trochę sobie poćwiczę. W moich czasach nie było tak pięknych siłowni. Jedynie mieliśmy w klubie odlaną prymitywnie w Zamechu sztangę, ale to nie było to. Chciałam więc na stare lata spróbować czegoś profesjonalnego. No i nabawiłam się kontuzji. Zapomniałam, że mam już takie lata, jakie mam, i zostałam pokonana.

— Ale przed telewizorem poczuje pani tego ducha. Olimpiada w Pjongczang trwa.
— Trzymam kciuki za naszych sportowców! Emocje będą na pewno. Odczuwam wielką dumę, że jesteśmy obecni na tej olimpiadzie. Nasi zawodnicy będą walczyć o jak najlepsze lokaty. Z całego serca życzę im powodzenia. Czy nasi panczeniści mają szanse? Nie są w najgorszej formie i oby pokazali jak najwięcej. We mnie też nikt nie wierzył, a jednak wróciłam z medalem…

Helena Pilejczyk
brązowa medalistka igrzysk olimpijskich w łyżwiarstwie szybkim na dystansie 1500 m w Squaw Valley w 1960 r. Jej koleżanka z drużyny Elwira Seroczyńska w tej samej konkurencji wywalczyła srebro. To były pierwsze medale na zimowej olimpiadzie dla Polek. Na kolejny kobiecy medal na igrzyskach zimowych czekaliśmy aż 46 lat, kiedy to w 2006 r. Justyna Kowalczyk zdobyła brąz w biegu na 30 km techniką dowolną. Helena Pilejczyk zdobyła także 39 tytułów mistrzyni Polski, ustanowiła 42 rekordy Polski. Po zakończeniu kariery poświęciła się pracy trenerskiej, zaangażowała się również w działalność na rzecz promocji łyżwiarstwa szybkiego i sportu w Elblągu. Jej imieniem nazwano halę lodową. Jest Honorową Obywatelką Elbląga i twarzą miejskiej kampanii Bezpieczny Senior. Łyżwiarstwo szybkie uprawiała do 75 roku życia. Dziś ma 87 lat.


Nasi panczeniści w Pjongczang
Na olimpiadzie w Pjongczangu wystartuje dwóch panczenistów z Elbląga. W polskiej reprezentacji są: Sebastian Kłosiński, zawodnik KS "Orzeł" jego kolega klubowy Adrian Wielgat. Trenerem obydwu zawodników jest Roman Rycke. To nie pierwsi jego olimpijczycy. W 1994 roku byli to: Ewa Wasilewska i Artur Szafrański. Panczeniści nie będą rywalizowali ze sobą: Adrian Wielgat wystąpi na dystansie 5 tysięcy metrów, a Sebastian Kłosiński na dystansie tysiąca metrów.


Kazimierz Kalbarczyk z zawodniczkami: Elwira Soroczyńska, Basia Metz i Helena Pilejczyk (od lewej)

Kazimierz Kalbarczyk z zawodniczkami: Elwira Soroczyńska, Basia Metz i Helena Pilejczyk (od lewej)
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (6) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Murek #2440195 | 81.190.*.* 14 lut 2018 15:53

    Wróćmy do wełnianych rajtuzów, a nasze olimpijki i nasi olimpijczycy znów będą wygrywać!

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Tomek #2439052 | 212.160.*.* 13 lut 2018 08:45

    Piękna postać... Wielki sportowiec tylko mam pytanie :..."Trenowała na jeziorze, w szerokim swetrze, a w twarz wiał jej halny." Jakie to było jezioro ? Morskie Oko ???

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. arguska #2438450 | 91.231.*.* 12 lut 2018 09:52

    Pani Heleno, jest Pani Wielka! Gratulacje!!! Wciąż ma Pani fanów!

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. sport #2438413 | 176.97.*.* 12 lut 2018 08:59

    Wtedy to był sport kierowano się ambicjami, obecnie jest tylko pogoń za kasą i to jest obrzydliwe

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  5. L. #2438389 | 79.189.*.* 12 lut 2018 08:25

    Interesujący wywiad. Brawo i dziękuję!

    Ocena komentarza: warty uwagi (6) ! - + odpowiedz na ten komentarz

Pokaż wszystkie komentarze (6)