Piątek, 21 września 2018. Imieniny Darii, Mateusza, Wawrzyńca

Kiedy ktoś pyta, gdzie pracuję, odpowiadam: w prosektorium

2017-08-20 21:18:28 (ost. akt: 2017-08-20 18:21:16)

Autor zdjęcia: pixabay.com

Na co dzień pracuje z ciałami zmarłych i przygotowuje je do pochówku. Zdarzało się, że ktoś nie podał mu ręki, kiedy dowiedział się, jaki zawód wykonuje. On jednak nie ma z tym problemu. Z Arturem Habowskim, laborantem sekcji zwłok i balsamistą, rozmawia Mateusz Przyborowski

— Pański zawód wymaga chyba dużo wytrwałości? Wyjaśnijmy tylko, że jest pan dyplomowanym laborantem sekcji zwłok, balsamistą, tanatopraktykiem (jego zadanie polega na zabezpieczeniu i przygotowaniu ciała do pochówku) oraz tanatokosmetologiem, czyli makijażystą zmarłych.
— Na pewno trzeba być odpornym psychicznie. Potrzebne są też podstawy medyczne i później trzeba robić kursy, bo w tym zawodzie są coraz większe wymagania. Nie ma tzw. łapanki z ulicy. Dzisiaj coraz większą uwagę zwraca się na przygotowanie ciała do pogrzebu. I proszą o to rodziny, bo ze zmarłym chcą się pożegnać dzieci czy wnuki. Tak więc nie tylko trumna ma wyglądać ładnie na pogrzebie. Zauważyłem, że jeszcze na wsiach jeden przed drugim się pokazuje. Na przykład sąsiad pochował bliskiego w trumnie sosnowej, to ja pochowam w dębowej, bo co ludzie powiedzą.

— Ale chyba podchodzi pan do tych rozmów z tzw. suchą głową?
— Zawsze staram się doradzić. Jeśli ciało jest po wypadku komunikacyjnym, proponuję jego rekonstrukcję i balsamowanie. Niewidoczne są wtedy plamy opadowe (pośmiertne w postaci zabarwienia skóry na kolor sinoczerwony — red.). Zmarły wygląda tak jakby spał.

— Robi więc pan to, o co poprosi rodzina zmarłego.
— Łącznie z malowaniem paznokci, robieniem tipsów, farbowaniem włosów.

— Włosy zmarłym też pan farbuje?
— Tak. Z ciałem zmarłego możemy robić praktycznie to samo, co ze swoim ciałem robi osoba żywa.

— Czyli najpierw robi pan wywiad środowiskowy w rodzinie?
— Tak jest najlepiej. Dobrze, jeżeli rodzina przekaże też zdjęcie zmarłego, żeby było się na czym wzorować. Sama rozmowa to nie wszystko, poza tym człowiek jest omylny, a zdarza się, że dziennie rozmawiam z kilkoma rodzinami. Więc zawsze mam przy sobie kartkę i długopis, i proszę o zdjęcie.

— Takie rozmowy są trudne?
— Najtrudniejsze są w przypadku nagłej śmierci, gdzie śledztwo nadzoruje prokuratura. Mam tu na myśli wypadki komunikacyjne, samobójstwa, zabójstwa czy nieprzemyślane skoki do wody. Jest szczególnie trudno, kiedy umiera młoda osoba.
Inaczej to wygląda w przypadku osób, które jakiś czas przebywają w szpitalu i lekarze mówią, że to są już ostatnie dni życia. W jakimś sensie rodzina jest wtedy przygotowana psychicznie.

— Wciela się pan też w rolę psychologa?
— Przeważnie wiem, w jakich okolicznościach doszło do śmierci, ale staram się nie zagłębiać w temat i nie wzmagać płaczu. Po drugie, od wszystkich spraw staram się trzymać z daleka psychicznie. Nie analizuję, dlaczego ktoś się powiesił albo wszedł pod pociąg. Zostawiam to, bo w którymś momencie pewnie bym zwariował.

— Nie wyobrażam sobie, jak można o tym nie myśleć…
— Można. Ja ze śmiercią mam do czynienia od kilkunastu lat. Zaczynałem od noszenia trumien na pogrzebach i kopania grobów. Później zahaczyłem trochę o kamieniarstwo i robiłem nagrobki. Następnie byłem kierowcą karetki pogotowia ratunkowego i stamtąd przeszedłem do prosektorium, gdzie pracuję od 2011 roku.

— Rozumiem, że kiedy poznaje pan nowych ludzi i pada pytanie o pański zawód, to pańska odpowiedź wywołuje zdumienie?
— Kiedy ktoś pyta mnie, gdzie pracuję, odpowiadam, że w prosektorium. Nie mam z tym problemu. A jeśli ktoś nie poda mi wtedy ręki, bo się brzydzi, to jest to problem tej osoby, a nie mój.

— Zdarza się, że ktoś nie chce panu podać ręki?
— Zdarzało się. W większości przypadków moja odpowiedź wywołuje jednak efekt „wow!”. I padają pytania o szczegóły, o to, czy mam jakieś zdjęcia, czy to prawda, że na stole łamią się kości zmarłych. Jest milion pytań.

— A łamią się kości zmarłych?
— To się nazywa przełamanie, ale nie ma to nic wspólnego z łamaniem. Kończyny zmarłego są sztywne i wystarczy w stawie ją zgiąć, rozruszać mięśnie i wtedy ręka zgina się tak jak chcemy.

— Mitów o prosektorium jest więcej. Na przykład to, że laboranci jedzą nad leżącym na stole zmarłym kanapkę.
— Podejrzewam, że nie sprawiłoby mi to żadnego problemu, ale trzeba przestrzegać zasad BHP. Mamy pomieszczenie socjalne, gdzie możemy przygotować i zjeść posiłek, jest też mikrofalówka. Poza tym dziwnie by to wyglądało, gdyby drzwi do prosektorium nie były domknięte, weszłaby rodzina, a ja bym sobie chodził z kanapką. To taki sam mit jak to, że w prosektorium jest dozwolone picie alkoholu.

— Właśnie chciałem o to zapytać.
— Bajka. To pozostałości z dawnych czasów, kiedy faktycznie było takie przyzwolenie, ale tylko społeczne, a nie pracownicze. W zakładzie pracy nie można pić alkoholu, a prosektorium też jest miejscem pracy. Poza tym, wyobraża pan sobie, że wykonuję sekcję na zlecenie prokuratury, przyjeżdża policja z rodziną na rozpoznanie zmarłego, a ode mnie czuć alkohol?

— Nie wyobrażam sobie.
— No właśnie. To jest zawód na tyle delikatny i polegający na kontakcie z rodziną zmarłego, że nie można pozwolić sobie na błędy. Ludzie są dzisiaj roszczeniowi i wystarczy mały błąd, jak założenie na nogi zmarłego nie tych butów albo skarpetek, by zrobiło się niemiło. Rodzina zagląda, sprawdza, czy zmarły ma na sobie bieliznę albo zdjętego pampersa. A nie daj Boże pomylić ciało, wtedy sprawa byłaby w prokuraturze, a ja bym był oskarżony o bezczeszczenie zwłok. Trzeba się pilnować.

— Rozumiem, że panu nie zdarzyło się nigdy niczego pomylić?
— Nie. Kiedy przychodzi do mnie rodzina, to do ubrań spinaczem przypinam kartkę z informacjami i dołączam zdjęcie. Wszystko spisuję. Nawet jeśli rodzina daje portfel z drobnymi pieniędzmi.

— A po co zmarłemu pieniądze?
— Na tak zwany przejazd. Ludzie dają też telefony komórkowe, biżuterię. I ja sporządzam opis, że zmarły ma na sobie łańcuszek koloru żółtego albo białego. Nie operuję hasłami „złoto” czy „srebro”, ponieważ nie jestem jubilerem, a srebro może być podobne do złota białego. To też jest forma naszego zabezpieczenia.
Poza tym, ja osoby zmarłej nie znam, mimo że mam jej imię i nazwisko. Dlatego mam swój taki niepisany przepis, że rodzina musi być na identyfikacji ciała, nawet jeśli jest ono w złym stanie. Bo jeśli ja wydam złe ciało, to ja będę miał sprawę w prokuraturze. Wtedy też rozmawiam z rodziną i czasami taka rozmowa trwa nawet godzinę.

— Pamięta pan jakieś szczególnie trudne przypadki w pracy?
— Młody mężczyzna w wieku około 40 lat jechał samochodem bmw z partnerką. Ona miała zapięte pasy, on nie. Pomiędzy pedały wpadł mu telefon komórkowy, zatrzymali się na słupie. On wyleciał z samochodu, zginął na miejscu, ona przeżyła. Rekonstruowałem twarz tego mężczyzny bodajże 6 godzin. Był zawodowym kierowcą ciężarówek i jego trumnę z ciałem wieziono na ciągniku siodłowym.

— (cisza)
— Natomiast jedną z trudniejszych rozmów z rodziną odbyłem po wypadku, w którym śmiertelnie została potrącona kobieta w wieku trzydziestu kilku lat. Była w ósmym miesiącu ciąży i musiałem zapytać jej męża, czy po sekcji nienarodzone dziecko włożyć do łona matki czy do osobnej trumny. Ojciec stwierdził, że ma zostać pochowane z matką. Kontakt z tym mężczyzną był dodatkowo utrudniony, ponieważ był na lekach psychotropowych.

— Jest pan w pewnym sensie artystą.
— Ale nigdy nie potrafiłem rysować. W tym zawodzie trzeba być jednak kreatywnym.

— Postęp technologiczny ma duży wpływ na pana pracę, bo przecież jeszcze w latach 80. DNA było dla ludzi czymś obcym.
— A dzisiaj bardzo dobrym nośnikiem DNA są paznokcie, włosy, zęby, nie mówiąc już o kościach. Podobnie jest z badaniami na zawartość alkoholu w organizmie, do których pobiera się krew, mocz, próbkę mięśnia albo z pęcherzyka żółciowego. Nie ma zbrodni doskonałej.

— W serialach kryminalnych patolodzy czy laboranci sekcji zwłok dużo wnoszą do spraw i są cichymi bohaterami.
— Laborant na pewno ma bardzo dużą wiedzę, taka osoba jest oczami i rękami prokuratora. Wszystko zleca prokurator i jeśli nie zleci nam pobrania próbki na alkohol, to sami nie możemy tego zrobić. Jeśli prokurator, kolokwialnie mówiąc, schrzani robotę na początku, to sekcja może niczego nie wykazać.

— Mamy wakacje i teraz najwięcej jest przypadków śmiertelnych po wypadkach komunikacyjnych.
— Ludzie po prostu wsiadają za kółko po alkoholu. Do tego motocykliści, którzy nie zawsze są sprawcami wypadków. Oczywiście jeżdżą szybko, ale kierowcy samochodów też nie zaglądają w boczne lusterka. Jest dużo utonięć nad morzami, stawami i jeziorami, a przyczyną również jest alkohol. Ludzie myślą, że są bohaterami, a później dochodzi do tragedii.
Piesi, tam, gdzie nie ma chodnika, chodzą nie po tej stronie jezdni i w dodatku nie mają na sobie kamizelek odblaskowych. W miastach wbiegają na ulice, nawet na czerwonym świetle. Gorzej, że tak robią rodzice z małymi dziećmi!

— Jako laborant sekcji zwłok również pan przyjeżdża na miejsce wypadków?
— Nie, na miejscu jest prokurator lub lekarz medycyny sądowej. Ja ze zmarłym spotykam się na sali sekcyjnej w prosektorium. Przygotowuję ciało do sekcji i wykonuję ją.

— Dlaczego wybrał pan ten zawód?
— Kiedy chodziłem do szkoły, to wiadomo, że byłem na utrzymaniu rodziców. Moje miesięczne kieszonkowe wynosiło 100 zł, a za noszenie trumny na jednym pogrzebie dostawałem 50 zł, więc w jedną sobotę byłem w stanie zarobić nawet 200 zł.

— Później rozpoczął pan pracę w pogotowiu ratunkowym?
— Tak i pamiętam, że raz wyjechaliśmy do wypadku, w którym uczestniczył mój kolega. Przy reanimacji zmarł na moich rękach. Później przekwalifikowałem się na laboranta sekcji zwłok. Może to źle zabrzmi, ale nigdy nie lubiłem pracować z żywymi, bo praca w pogotowiu mnie irytowała. A dokładnie niewdzięczność ludzi, bo nawet dzisiaj słyszy się o przypadkach pobicia ratowników.
Zarobki są małe, a jednak dyżury są 12-godzinne. I jeździ się do różnych przypadków: ludzi pod wpływem alkoholu, narkotyków, do osób bezdomnych. W prosektorium nie ma walki o ludzkie życie, jest spokój, a rodzina przychodzi do mnie bez negatywnych emocji.

— Pan takiej rodzinie może już tylko pomóc.
— A proszę zauważyć, że w Polsce śmierć wciąż jest tematem tabu. Ja na przykład wiem, kto z mojej rodziny chce zostać pochowany tradycyjnie, a kto chce zostać skremowany. Są jednak rodziny, które przychodzą i mówią mi, że z babcią nie rozmawiali o śmierci, bo nie wypadało. I nie wiedzą, co mają zrobić z ciałem: skremować czy pochować w trumnie. Uważam więc, że na ten temat trzeba rozmawiać.

Artur Habowski, dyplomowany laborant sekcji zwłok, balsamista, tanatopraktyk i tanatokosmetologArtur Habowski urodził się w 1988 r. w Lubinie. Ukończył studium ratownictwa medycznego. Był kierowcą karetki pogotowia ratunkowego.

Jest dyplomowanym laborantem sekcji zwłok, balsamistą, tanatopraktykiem (jego zadanie polega na zabezpieczeniu i przygotowaniu ciała do pochówku) oraz tanatokosmetologiem, czyli makijażystą zmarłych.



Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (13) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Zygmunt Masztalerz #2314612 | 176.248.*.* 26 sie 2017 15:21

    Ja kiedyś pracowałem 1,5 roku w prosektorium. Jak się myło ciała, to się kładło na posadzce i polewało się wodą ze szlaucha, jak puściłeś strumień wody na usta, to się usta rozchylały pod wpływem ciśnienia i trup szczerzył zęby, jakby się uśmiechał. Ale słabo płacili., to wróciłem na budowe

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-8) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Żaba #2314239 | 185.34.*.* 25 sie 2017 18:15

    A w moim mieście taki pracujący w prosektorium kochał się z truposzczakami gdy trup był jeszcze ciepły. Był to stosunkowo młody mężczyzna,podpatrzyli go inni pracownicy.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Kasia #2312343 | 88.199.*.* 23 sie 2017 09:48

    Bardzo ciekawy wywiad, we mnie budzi szacunek i uznanie dla Pana Artura i jego pracy.

    Ocena komentarza: warty uwagi (17) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. osa #2312204 | 94.254.*.* 23 sie 2017 00:28

    W naszym olsztyńskim ZGOK na Mariańskiej pracują również doskonali ludzie. Pan Arek i od makijażu Pani, imienia nie pamiętam. Wiem jedno, że moją zmarła mamę, umęczoną chorobą przygotowali tak, że nikt by tego lepiej nie zrobił. Przyniosło i to wielką ulgę, że mogłam ją godnie pożegnać.

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  5. PIotrek #2311214 | 195.136.*.* 21 sie 2017 19:48

    Ja pracuję w ZGOK ,sąsiedzi wszyscy o tym wiedzą,wiec przynoszą mi swoje smieci żebym sobie w nich pogrzebał i spieniężył odzyskane metale kolorowe,

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-7) ! - + odpowiedz na ten komentarz

Pokaż wszystkie komentarze (13)