Sobota, 23 września 2017. Imieniny Bogusława, Liwiusza, Tekli

Każdą sprawę traktuję jak swoją

2017-04-14 02:00:00 (ost. akt: 2017-04-14 08:52:05)
Senator Lidia Staroń

Senator Lidia Staroń

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Mam żelazną zasadę: jeśli podejmuję interwencję w konkretnej sprawie, to doprowadzam ją do końca. Nawet jeżeli miałoby to trwać latami — mówi senator Lidia Staroń.

— Nie ma chyba bardziej rozpoznawalnego polityka z Warmii i Mazur od pani. Jest pani wręcz instytucją...
— Od lat staję w obronie ludzi, których spotkała niesprawiedliwość. Wszystko jedno, czy zawinił urzędnik, funkcjonariusz publiczny czy wysoko postawiony przedstawiciel władzy.
— Te setki teczek w pani biurze kryją właśnie takie „ludzkie sprawy”?
— Powiedziałabym raczej „ludzkie dramaty”. Codziennie dostajemy około trzydziestu listów i ponad sto e-maili. Do tego dochodzi korespondencja napływająca do Senatu.
— Jest pani niezwykle skutecznym parlamentarzystą. Skąd ta skuteczność się bierze? O co ludzie najczęściej panią proszą?
— Te stosy listów to prośby o pomoc, o interwencję, w różnych sprawach. A ja mam tylko dwóch pracowników, doba ma tylko 24 godziny. Chciałabym robić więcej, ale posiadam takie same uprawnienia i środki, jak każdy inny parlamentarzysta. Nie jestem w stanie pomóc wszystkim. Pierwsze w kolejce są oczywiście sprawy z naszego regionu. Mam żelazną zasadę: jeśli podejmuję się interwencji w konkretnej sprawie, to doprowadzam ją do końca, nawet jeżeli miałoby to trwać latami. Każdą sprawę traktuję tak, jakby dotyczyła mnie bezpośrednio. Nie odpuszczam. Dlatego zdecydowana większość moich interwencji, kończy się pozytywnie dla skarżących. 
— Interweniuje pani w każdej sprawie, która do pani dotrze?
— Jeśli widzę nieprawidłowości, krzywdę, niesprawiedliwość, interweniuję i walczę do końca. Czasami trwa to kilka miesięcy, jak w przypadku  rodziny z  Mrągowa, której chciano zabrać mieszkanie tylko dlatego, że — według jednej z sąsiadek — dwoje małych dzieci za mocno hałasowało. Jak później nam wskazano, ta osoba chciała przejąć ich mieszkanie. Sprawa zaszła tak daleko, że wypowiedziano rodzinie umowę najmu. Na szczęście udało się to zatrzymać, co więcej, spowodować, że rodzina mogła mieszkanie wykupić. Zresztą, od dawna jej się to należało.
Od lat trwa też gehenna rodziny z Olsztyna. Ludzie ci spłacili spółdzielni całość należności za swoje mieszkanie, sąsiedzi i policja mówią, że to zupełnie zwyczajna rodzina. A jednak mają być eksmitowani ze swojego mieszkania i to do zagrzybionego, otwartego na oścież baraku.
— To jakiś absurd…
— Dlatego walczymy, dotychczas skutecznie. Choć trudno dyskutować z prawomocnym wyrokiem  sądu czy ze złośliwością prezesa spółdzielni. Najpierw pozbawiono tych ludzi członkostwa w spółdzielni, a potem – w majestacie prawa – odebrano prawo do lokalu. Chociaż nie mają oni żadnych długów, a za mieszkanie w całości zapłacili. W kraju są tysiące podobnych przypadków. Dlatego wystąpiłam do Trybunału Konstytucyjnego, wskazując, że przepisy w ustawie o spółdzielniach  mieszkaniowych, które na to pozwalają, są niezgodne z konstytucją. Wygrałam. TK przyznał mi rację. Orzekł, że przepisy, które pozwalają zostać członkami spółdzielni osobom, które nie mają lokalu, a z drugiej strony – pozbawić członkostwa osoby, które lokal posiadają, są niezgodne z konstytucją. Krótko mówiąc, stwierdził, że członkostwo jest pochodną prawa do lokalu. W Senacie jest już inicjatywa ustawodawcza, która pozwoli odzyskać mieszkania takim rodzinom, jak wspomniana.
— To budzi nadzieję, podobnie jak finał innych pani interwencji w obronie ludzi pokrzywdzonych przez komorników. W sprawie np. przedsiębiorcy z Nidzicy, skutecznie interweniowała pani w Ministerstwie Sprawiedliwości. Komornik za  wyprzedaż jego majątku za bezcen został skazany w pierwszej instancji na 2,5 roku bezwzględnego więzienia. Wyrok w II instancji przed Sądem Okręgowym w Olsztynie zapadnie po świętach.
— Komornicy przestali wreszcie być nietykalni. Kiedy w 2005 roku, jeszcze jako poseł, zaczęłam zajmować się sprawami komorniczymi, nie było w Polsce ani jednego przypadku, aby komornik został skazany za „bandycką” egzekucję czy zlicytowanie majątku za bezcen. Chociaż skala nieprawidłowości była ogromna. Pierwszy przypadek skazania komornika miał miejsce w Szczytnie w 2008 roku w następstwie mojej interwencji! Ów komornik, czując się bezkarny, sprzedał za bezcen  zajęte gospodarstwo jako „działkę niezabudowaną”. Przez lata walczyłam także o zmianę przepisów dotyczących komorników, aby podobna sytuacja nie mogła się powtórzyć. Proponowałam rozwiązania prawne, szukałam sprzymierzeńców w Sejmie, w rządzie, w wymiarze sprawiedliwości. Moim zdaniem, najlepiej byłoby, gdyby komornicy byli pracownikami sądów, a nie odrębną korporacją zawodową. Wiele pożytecznych zmian już udało się wprowadzić. Inne są jeszcze przed nami i wierzę, że niebawem staną się obowiązującym prawem.
Mam nadzieję, że uda się także rozwiązać problem lichwy. Nowe przepisy zapowiedziane na mojej wspólnej konferencji prasowej z ministrem sprawiedliwości ustalą górną granicę kosztów pożyczek, wprowadzą nagrywanie czynności notarialnych i pozwolą na skuteczniejsze ściganie lichwiarzy. To w końcu położy kres lichwie, a w tym uniemożliwi przejmowanie nieruchomości stanowiących zabezpieczenie lichwiarskich pożyczek. Takich przypadków jest bardzo wiele w skali kraju.
— Pani mandat senatorski był dla wielu zaskoczeniem. Wydawało się, że bez zaplecza partyjnego nie ma pani szans w walce z kandydatami z PO czy PiS. Tymczasem zdecydowanie pani wygrała, z dużą przewagą głosów. I zdobyła mandat jako jedyny niezależny senator w Polsce.  
— To prawda, przewaga głosów, jaką uzyskałam nad  kontrkandydatami popieranymi przez partie, dowodzi, że ciężka codzienna praca na rzecz ludzi, przekłada się na zaufanie i poparcie. Martwi mnie tylko to, że nie jestem w stanie objąć pomocą większej liczby pokrzywdzonych. Aktualnie mamy kilkaset spraw w toku, co wymaga naprawdę ciężkiej pracy. Nie mam niestety dostatecznych środków, aby zatrudnić w biurze więcej osób, które wsparłyby moje działania.
— Może pani łatwiej jest stawać w obronie ludzi, bo chroni panią immunitet parlamentarny?
— Inni też mają immunitety, i co? Czy widzi pan ich aktywność na tym polu? Wstawianie się za zwykłymi ludźmi nie jest popularne. Za to się  płaci. Tam, gdzie są duże pieniądze, jest także silny lobbing wpływowych grup interesów. Dlatego najłatwiej płynąć z prądem, bo jak się płynie pod prąd, walcząc o zwykłych ludzi, to może człowieka zmieść fala.
— Trzeba niezłych umiejętności pływackich, żeby nie dać się ponieść z prądem.
— Albo ma się sumienie i kręgosłup, albo się go nie ma. Sądzę, że to kwestia wychowania. Mnie rodzice wychowali w duchu jasnego rozgraniczania tego, co czarne, od tego, co białe. Nauczyli, co dobre, a co złe. Moja mama do dziś mi powtarza, że w życiu trzeba tak postępować, żeby nie krzywdzić innych, a pomagać. Ludzie dali nam mandat, żebyśmy rozwiązywali ich problemy, ale przede wszystkim, żebyśmy ustanawiali i zmieniali prawo w taki sposób, aby nie sankcjonowało bezprawia, żeby było dla ludzi, a nie przeciwko nim.
— Idzie Wielkanoc, a święta to dobry czas na odrobinę refleksji.
— A zatem niech będzie mi wolno życzyć czytelnikom spokojnych, radosnych świąt w gronie najbliższych, z kochającą rodziną, bo to właśnie jest szczęście…
ANDRZEJ MIELNICKI
a.mielnicki@gazetaolsztynska.pl
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także