Wtorek, 12 grudnia 2017. Imieniny Ady, Aleksandra, Dagmary

Do pracy nie latam, ale zdarza mi się polecieć do rodziców

2017-03-13 11:25:16 (ost. akt: 2017-03-13 11:30:46)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Rok po ukończonym kursie znalazł się w kadrze narodowej i we Francji został drużynowym mistrzem świata. Tego sportu nie uważa za ekstremalny, ale czasami zdarza mu się zobaczyć parę uprawiającą seks na plaży, kiedy leci nisko nad ziemią. Z Pawłem Kozarzewskim, motoparalotniarzem, rozmawia Mateusz Przyborowski.

— Pawle, czy kiedykolwiek miałeś lęk wysokości?
— Wydaje mi się, że cały czas mam lęk wysokości.

— Jak to?!
— To może inaczej: dużo osób myli lęk wysokości z lękiem przestrzeni. W moim przypadku jest tak, że gdy stoję na dachu i patrzę w dół, to wszystko jest w porządku, ale kiedy lecę na wysokości 2-3 km, to odczuwam strach, że jestem strasznie wysoko. I zastanawiam się, jaką mam fobię, bo 200 metrów nad ziemią to też jest przecież jakaś przestrzeń, ale wtedy nic się ze mną nie dzieje.
Co ciekawe, osoby, które mają stwierdzony lęk wysokości, na motoparalotni tej fobii nie odczuwają. Mój kolega na parasailingu (spadochron przyczepiony liną do motorówki, która płynie po wodzie — red.) zamykał oczy z przerażenia, a ze mną latał na motoparalotni już kilka razy i był zdziwiony, że nie odczuwał żadnego strachu.

— Dlaczego latasz? Dla adrenaliny, dla tych przepięknych widoków czy dla medali, bo jesteś m.in. drużynowym mistrzem świata z 2013, 2014 i 2015 roku.
— Medale są fajne i to, kiedy słyszysz „Mazurka Dąbrowskiego” ze złotym medalem na szyi. Ale to moje latanie jest nie tylko sportowe, ponieważ robię różne rzeczy z nim związane, m.in. dzielę się też swoją wiedzą, organizując spotkania z dziećmi w przedszkolach i szkołach, wspólnie z przyjaciółmi robimy podniebne wycieczki, biorę udział w pokazach lotniczych.
Poza tym mało kto chyba wie, że motoparalotnia jest najtańszą formą latania silnikowego w Polsce. Jeżeli kogoś stać na motocykl, to stać go również na latanie.

— Myślałem, że latanie jest dużo droższe od jazdy motocyklem.
— Ja na początku poszedłem drogą „kup wszystko nowe” i za sprzęt, wyszkolenie itd. zapłaciłem 25 tys. zł. Dwa lata temu mój młodszy brat również zaczął przygodę z lataniem i na start wydał 11 tys. zł. Dzisiaj wiem, że nie ma sensu kupować nowego sprzętu, skoro za 3 miesiące będę potrzebował innego, bo będę chciał czegoś więcej.

Wracając do twojego pytania o sens latania — kiedy odrywam się od ziemi, wszystko, co przyziemne, przestaje mieć znaczenie. Nie liczy się to, że musisz coś zrobić w pracy, liczy się tylko ta chwila, w której jesteś zawieszony w powietrzu. Trzeba polecieć, żeby to zrozumieć. Zdarzyło mi się startować o wschodzie słońca i czuć na policzkach pierwsze ciepłe promienie słońca. To się naprawdę czuje! Czuć też kwitnący rzepak.

Wiesz, że w ubiegłym roku przelecieliśmy z kumplami całą Polskę wzdłuż Wisły od źródła po ujście? W niecałe 36 godzin. Kiedyś zatankowałem się pod korek i z Warszawy poleciałem nad Śniardwy. Na początku długie loty nie sprawiały mi frajdy, ponieważ przede wszystkim lubię latać nisko i dynamicznie, agresywnie, by czuć tę adrenalinę. Jednak teraz doceniam piękno tych długich lotów.

— Czym się zajmujesz zawodowo?
— Jestem pracownikiem IT w dużej kancelarii prawniczej w Warszawie. I o tyle mam fajnie, że firma wspiera mnie nie tylko finansowo, ale również nie mam problemów z wyjazdem na treningi, zawody, pokazy. Czasem muszę zamienić swoje nadgodziny na urlop, bo standardowe 26 dni mi nie wystarcza.

— Widzisz z góry coś ciekawego, czego nie widzą inni? W internecie widziałem film, na którym mężczyzna wylądował na spadochronie w zbożu przy półnago opalającej się kobiecie.
— Kojarzę ten film, był ustawką, ale zdarza mi się widzieć na przykład pary, które lubią obcować z przyrodą sam na sam (śmiech). Najbardziej lubię patrzeć na coś, co z dołu jest normalne, a z góry wygląda całkiem inaczej: meandrującą rzeczkę, dno Wisły, gdy poziom wody jest niski, czy też kolory lasów jesienią. Możliwość podziwiania świata z powietrza w 3D jest dużo ciekawsza niż stąpanie twardo po ziemi.

— Coś cię ogranicza w lataniu? Bo z twojego bloga wiem, że na pewno nie kilkustopniowy mróz.
— Wyłącznie deszcz i duży wiatr. I oczywiście przepisy, nie zawsze możemy latać tam, gdzie byśmy chcieli, ponieważ obowiązują nas strefy lotnicze. Marzy mi się lot wokół Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, ale nie jest to możliwe, bo jest to duże miasto, dodatkowo z lotniskiem. Nad parkami narodowymi również nie możemy latać, chyba że ktoś otrzyma zgodę. Mimo to mamy wiele miejsc, gdzie możemy latać do woli.

— I lądować do woli. Na jednym z filmów widać, jak lądujecie z kolegą tuż przy McDonaldzie, idziecie na cheeseburgera, po czym jak gdyby nigdy nic odlatujecie. Do pracy też latasz?
— (śmiech) Niestety nie, ponieważ pracuję w centrum Warszawy i nie mam takiej możliwości. Ale znam kolegę, którego droga z domu do pracy wynosi około 11 km, mieszka w małej miejscowości, a obok drogi do pracy są pola. Jeśli pogoda na to pozwala, to nie wsiada do samochodu, tylko odpala motoparalotnię i leci do pracy. Mi natomiast zdarza się wystartować z Warszawy i polecieć ok. 40 km do rodziców. Zajmuje mi to około 25 minut.

— Kobiety również się garną do takiego latania?
— Pewnie, że tak. W kadrze mamy kilka dziewczyn, na szkoleniach kobiet również przybywa, ponieważ sprzęt jest coraz lżejszy i nie trzeba dużo dźwigać. Na pewno nie można powiedzieć, że to sport tylko dla mężczyzn.
— Jak zaczęła się twoja przygoda z lataniem? Z twojej biografii na stronie internetowej wiem, że nie było to dawno temu.

— Pochodzę z niewielkiej miejscowości pod Serockiem na Mazowszu, gdzie w odległości kilku kilometrów jest lotnisko i strefa spadochronowa, ale zawsze myślałem, że wszystko, co jest związane z lataniem, jest bardzo drogie. Poza tym motoparalotnie nie były popularne w mojej okolicy.
Później trochę ścigałem się na motocyklu, interesowałem się również fotografią. Na parapetówce u znajomych kolega, który jeździł ze mną motocyklem, powiedział mi, że jakbym połączył fotografowanie z lataniem, to byłyby fajne zdjęcia lotnicze.

— I zapisałeś się na kurs?
— Tak, ale jeszcze wtedy nie myślałem, że będzie to miłość na całe życie. Jednak kiedy odbiłem się pierwszy raz od ziemi i wróciłem do domu, to pierwsze co zrobiłem, to wystawiłem motocykl na sprzedaż. W moim przypadku była to więc miłość od pierwszego lotu (śmiech). Pieniądze za motocykl przeznaczyłem na sprzęt, zrobiłem uprawnienia na latanie z silnikiem, zrobiłem szkolenie i zdałem egzamin. Po kilku tygodniach pojechałem na pierwsze zawody i zacząłem trenować z reprezentantami Polski.

— Czytałem, że do motoparalotniowej kadry narodowej też szybko zostałeś powołany.
— Niecały rok po tym, jak otrzymałem licencję, ponieważ w klasycznych mistrzostwach Polski byłem szósty, a w slalomach zająłem 8. miejsce. Prawo wyjazdu na mistrzostwa świata do Francji w 2013 roku miało ośmiu najlepszych polskich pilotów.

Dostałem taką propozycję od trenera naszej kadry Adama Paski, skonsultowałem ją z najbliższymi i usłyszałem, że takiej propozycji nie dostaje się zbyt często. Miesiąc później poleciałem do Francji i wróciłem z tych zawodów z dwoma złotymi medalami. I jeszcze bardziej się nakręciłem.

— Jesteś wielokrotnym drużynowym mistrzem świata, ale czy na takim lataniu się zarabia?
— Ten sport jest jeszcze na tyle niszowy, że muszę pracować, żeby móc latać. Oczywiście chciałbym znaleźć takiego sponsora, który powie mi: „skup się na lataniu, bo nie musisz chodzić do pracy”. Na taką ofertę cały czas pracuję, co chwilę wymyślam różne projekty. Kilka firm nas wspiera, ale ta pomoc polega głównie na zniżkach kadrowych, co oznacza, że raz w roku możemy sobie pozwolić na przykład na wymianę sprzętu.

Latanie na motoparalotni nie jest piłką nożną i rzadko kiedy udaje się pilotom podpisać dobry kontakt. Ta dyscyplina nie jest jeszcze doceniana w naszym kraju, a jest przecież widowiskowa, medialna. Niestety, nie jest olimpijska i na tym tracimy.

— I chyba nie jest to też bezpieczny sport?
— Nie do końca się z tym zgodzę. Większość pewnie myśli, że latanie to sport ekstremalny, ale ekstremalnie można również jeździć na rowerze. Jeśli jednak człowiek wszystko robi z głową, to latanie również jest bezpieczne. W 99 proc. wszystkich wypadków i incydentów w powietrzu winę ponosi człowiek. Do najczęstszych zagrożeń można zaliczyć wlatywanie w linie energetyczne, brawurę i popisywanie się przed innymi. A później się okazuje, że można zaliczyć jedyne drzewo w okolicy.

Kiedy zgaśnie silnik, to nie spadamy w dół jak kamień, możemy szybować i bezpiecznie wylądować, o ile jesteśmy w miejscu, gdzie jest to możliwe. Na kursach piloci są uczeni, że silnik motoparalotni w każdej chwili może zgasnąć. Na początku jest to stresujące, później przeradza się to w mechanizm automatyczny. Wszystko zależy od doświadczenia.
Ja latam tuż nad ziemią, wykonuję akrobacje i jest to ekstremalne, ale nie wykonuję tych manewrów pierwszy raz w życiu. Jestem wytrenowany, wiem, na co pozwala mi sprzęt, a moje umiejętności pozwalają mi kontrolować sytuację.

— Ale na rutynę też nie możesz sobie przecież pozwolić.
— Przez rutynę życie straciło kilku moich kolegów. To ona jest najgorszym „przyjacielem” pilotów, ale jeśli nie kusimy losu, to naprawdę jesteśmy bezpieczni.

Paweł Kozarzewski ma 30 lat.
Wychował się w niewielkiej miejscowości Zalesie Borowe w gminie Serock w powiecie legionowskim. Przygodę z lataniem rozpoczął w 2012 r., w kolejnym roku został powołany do Motoparalotniowej Kadry Narodowej. Wybrany dorobek medalowy: złoty medal drużynowy i w sztafecie PF1 w Slalomowych Mistrzostwach Świata Francja 2013, złoty medal drużynowy i srebrny medal drużynowy PF1 w VIII Motoparalotniowych Mistrzostwach Świata Węgry 2014, złoty medal drużynowy i brązowy medal w sztafecie PF1 w II Slalomowych Mistrzostwach Świata Legnica 2015, brązowy medal drużynowy na Motoparalotniowych Mistrzostwach Świata w Popham w Anglii w 2016, pierwsze miejsce w klasyfikacji końcowej w Motoparalotniowym Pucharze Polski 2016, Mistrza Polski klasy PF1 w latach 2015 i 2016 r. Więcej zdjęć z lotów Pawła można obejrzeć na jego oficjalnym koncie na Facebooku — Paweł „Lojak” Kozarzewski i Instagramie — mrlojak.
źródło: pawelkozarzewski.pl.


Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

zobacz informacje z ostatnich 24h

Komentarze (4) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. kris #2216186 | 176.109.*.* 3 kwi 2017 21:13

    a mnie wkór...a że ktoś uprawia swój sport latając mi nad moim cichym i spokojnym miejscem pierdząc jak złośliwy komar i jeszcze podgląda mnie i moją rodzinę lecąc 20 m nad ziemią- chętnie bym użył wkatrówki na takiego jełopa co mi ósemki nad głową kręci.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. xxx #2210670 | 83.18.*.* 28 mar 2017 07:28

      Pasja, wygrywa nic się nie liczy, znam pana który jest po 70-ce lata na paralotni, niesamowity człowiek bardzo go podziwiam. Sport fajna sprawa.

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. czy te wsztstkie linki #2209118 | 89.228.*.* 25 mar 2017 14:40

      są mu potrzebne?

      ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

      1. ` #2203795 | 217.99.*.* 17 mar 2017 20:20

        fajna sprawa....tez bym sobie polatała.

        Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz