Wtorek, 30 maja 2017. Imieniny Ferdynanda, Gryzeldy, Zyndrama

Miałam powiedzieć dziękuję, ale w końcu i tak wyszło spasiba!

2017-03-18 10:11:04 (ost. akt: 2017-03-19 12:04:18)

Autor zdjęcia: Archiwum GO

Rocznie daje ponad 500 występów. W Polsce zdobyła popularność, wygrywając szóstą edycję „Mam talent”. Jej talentem jest... rysowanie piaskiem. Połowę swojej nagrody oddała na cele charytatywne, a połowę na otwarcie Galitsyna Art School w Warszawie. Kilka miesięcy temu gościła też w Olsztynie, gdzie dała prawdziwy popis swoich umiejętności. Z Tetianą Galitsyną rozmawia Ewelina Zdancewicz-Pękala.

— Od czasu pani zwycięstwa w programie „Mam talent” minęły trzy lata. Co zmieniło się w pani życiu przez ten czas?
— Bardzo dużo! Przede wszystkim przeprowadziłam się na stałe do Polski. Mieszkam w Warszawie, gdzie otworzyłam szkołę rysowania piaskiem dla dzieci. Na to poszła połowa mojej nagrody z programu. Drugą połowę oddałam na cele charytatywne — rehabilitację dla dzieci. Poza tym cały czas staram się rozwijać i być jak najlepsza w malowaniu piaskiem. Ciągle też podróżuję, żeby występować w całej Polsce i nie tylko.

— Jak to ciągłe bycie w trasie wpływa na pani życie rodzinne?
— Staram się, żeby wpływało jak najmniej! Jeśli mam wyjazd w weekend lub w czasie wakacji, to zabieram ze sobą swoją córkę. Wtedy podróżujemy z nią i z mężem całą rodziną i zawsze staram się, żeby nasza podróż była urozmaicona. Wtedy z wyjazdu na występ robi się... rodzinna wycieczka i jest naprawdę miło. Siedząc kilka godzin w samochodzie, mamy czas porozmawiać, pobyć ze sobą, bo tu nie ma możliwości załatwiania swoich spraw ani siedzenia przed komputerem. Często bawimy się w taką grę, w słowa, czyli powtarzania po sobie kolejno różnych słów. Zawsze jest ciekawie! A kiedy podróżuję sama, to mam czas np. na czytanie książek, które już dawno chciałam przeczytać.

— Pani córka ma już prawie 8 lat. Pewnie ma też już pierwsze pomysły na to, kim chce być. Będzie artystką jak pani?
— Jak to ona mówi: siedem i pół! (śmiech) Ona zawodowo chce być i baletnicą, i policjantem, i nawet prezydentem (śmiech). Dla niej rysowanie piaskiem to jest najzwyklejsza rzecz, bo patrzyła na to od małego i zawsze myślała, że przecież każdy może tak rysować. Do pewnego wieku uważała, że wszyscy rysują tylko piaskiem. Potem zapytała mnie nieśmiało: mamo, a czy ja mogłabym coś namalować farbami? (śmiech) Po raz pierwszy spróbowała ze mną rysować, kiedy miała rok i trzy miesiące. Rysowałyśmy wtedy nie pisakiem, a kaszą manną, bo dzieci zawsze muszą wszystkiego spróbować.

— Skąd w ogóle pomysł na rysowanie piaskiem? Dlaczego się tym pani zainteresowała?
— Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak ktoś rysuje piaskiem, bardzo mi się to spodobało. Pomyślałam sobie: co za magia! Przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym robić to samo. O tej sztuce przypomniałam sobie, kiedy byłam na urlopie macierzyńskim. Wcześniej pracowałam w banku i nie miałam na takie rzeczy czasu, ale wtedy się to zmieniło. Postanowiłam spróbować, bo wcześniej malowałam, ale nigdy piskiem. Zaczęłam od kaszy manny. O 9 wieczorem położyłam córkę spać, wzięłam niezbędne rzeczy, poszłam na balkon i zaczęłam rysować. Jakiś czas później córka się obudziła, chciała pić. Poszłam do kuchni i dopiero tam spojrzałam na zegarek. Była 6 rano. Nawet nie zauważyłam, że minęła cała noc!

Wszystkiego, co pani umie, nauczyła się pani sama? Bez niczyjej pomocy?
— Tak. Nie było łatwo. Teraz, jak pokazuję moim uczniom w szkole, jak malować, jak ustawić światło, to wydaje się to oczywiste. Ale ja do tego dochodziłam sama metodą prób i błędów. Gdybym wiedziała to, co wiem teraz, miała jakieś wskazówki, to ta nauka nie zajęłaby mi kilku lat. Z jednej strony cieszę się, że wszystkiego nauczyłam się bez pomocy, a z drugiej trochę mi szkoda, że nie było osoby, która udzieliłaby mi kilku rad. Kiedy ja zaczynałam, to było może kilka osób, które zajmowały się rysowaniem piaskiem. Zresztą do tej pory nie ma ich zbyt wiele, choć coraz bardziej się to upowszechnia.

— A dlaczego postanowiła się pani podzielić swoją nową pasją na YouTube?
— Mieszkałam daleko od mojej rodziny. Ja byłam w Charkowie, a oni na Krymie, 1000 kilometrów dalej. Chciałam im pokazać, czym się zajmuję, więc zaczęłam nagrywać filmiki i wrzucać je na YouTube. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani, która widziała te filmy i zaproponowała mi występ przed publicznością.

— I zgodziła się pani.
— Tak, ale dopiero po namowach koleżanki (śmiech). Nie chciałam występować. Rysowałam dla siebie, więc odmówiłam. Wtedy moja koleżanka krzyknęła na mnie: „Dlaczego nie? Oddzwoń i powiedz, że się zgadasz!”. Zrobiłam to. Od tego czasu minęło 7 lat. Pamiętam, że podczas pierwszego występu myślałam, że wpadnę pod stół ze stresu. Nigdy wcześniej nie występowałam publicznie.

— No tak, a tutaj jeszcze wszyscy dosłownie patrzyli pani na ręce.
— (śmiech) Żeby sobie lepiej radzić na scenie, poszłam do szkoły aktorskiej, żeby wiedzieć, jak wychodzić na scenę, jak się tam zachowywać. Bardzo mi się to przydało!

— To było już po pani występie w „Mam talent”?
— Tak, ale przed programem też już ćwiczyłam, jak należy stanąć na scenie. Dla mnie ważny jest profesjonalizm, a to też się na niego składa.

— Właściwie dlaczego zgłosiła się pani do polskiego „Mam talent”?
— Moi znajomi z Polski mi to zaproponowali. Wcześniej już występowałam w Polsce, więc pomyśleli, że mogłabym spróbować w programie. Poza tym chciałam upowszechnić tę sztukę, która wciąż jest mało znana.

— Poszła więc pani do polskiego „Mam talent”, ale nie znała pani polskiego, prawda?
— Tak i nic nie rozumiałam (śmiech). Na szczęście język w samym występie nie był przeszkodą, bo historie, które przekazuję za pomocą obrazów są zrozumiałe dla wszystkich. Obawiałam się tylko, że nie zrozumiem, kiedy ktoś mi powie, czy idę dalej, czy odpadam. Wtedy reżyser powiedział mi, że mam patrzeć na światło nad sobą: jeśli zgaśnie i pokaże się czerwony krzyżyk, to odpadam, a jeśli będzie zielone, to przechodzę dalej i mogę się cieszyć (śmiech). Na początku jeszcze był ze mną tłumacz, ale potem już musiałam radzić sobie sama. Pamiętam, jak stałam pod sceną i ćwiczyłam słowo „dziękuję”. Cały czas powtarzałam je w myślach, a kiedy skończyłam swój występ i tak powiedziałam „spasiba”.

— Ale teraz mówi pani po polsku bardzo dobrze.
— Dziękuję! Cały czas się uczę. Technicznie jest on bardzo podobny do ukraińskiego. Czasem myślę, że cały czas mówię po polsku, a potem okazuje się, że i tak mówię po ukraińsku.

— Co było najtrudniejsze w nauce polskiego?
— Przełamanie wstydu, że się pomylę albo powiem coś niepoprawnie. Na początku bardzo mnie to krępowało, ale z czasem nauczyłam się nie zwracać na to uwagi. Żeby się nauczyć mówić, trzeba w końcu po prostu mówić. Wciąż nie mogę dokładnie powiedzieć wszystkiego, co chcę, bo brakuje mi słów.

— Dlaczego postanowiła pani przeprowadzić się do Polski?
— Z kilku pwodów. Jednym z czynników była sytuacja na Ukrainie. Na przykład pewnego dnia poszliśmy z córką do zoo, a tam zamiast zwierząt „podziwialiśmy” żołnierzy w maskach i z bronią. Nic się nie stało, ale nie jest to widok, który chce widzieć dziecko w zoo… Wtedy już bardzo często wyjeżdżałam z moimi pokazami, najczęściej do Polski. Podczas takiego wyjazdu zadzwoniła do mnie pani z przedszkola, że muszę natychmiast zabrać dziecko, bo jest niebezpiecznie. Serce mi zamarło w piersi, a nikt z rodziny nie mógł odebrać mojej córki. W desperacji obdzwoniłam koleżanki i jedna z nich wzięła moją córkę do siebie, a ja wróciłam do domu. Nie chciałam już takich sytuacji, bałam się, kiedy miałam wyjechać i zostawić ją samą. Koniec końców postanowiłam przeprowadzić się do Warszawy, choć wszyscy mi mówili, żebym tego nie robiła, bo to wcale nie jest takie dobre miasto, jak mi się wydaje.

— Lubi pani Warszawę?
— Tak! Mamy dużo parków, do których możemy pójść, blisko do szkoły mojej córki i blisko do szkoły, którą sama założyłam. Warszawa to duże miasto o dużych możliwościach.

— Jak odebrali panią Polacy po przeprowadzce? Mam nadzieję, że nie miała pani żadnych przykrych sytuacji?
— Raczej nie. Tylko kilka razy wytykali mi, że mówię po rosyjsku i „że to nie jest dobrze”. Musieli po prostu zrozumieć, że to normalne: na Ukrainie mówi się po rosyjsku, to jest mój pierwszy język. Teraz w moich rodzinnych stronach ukraiński jest bardziej rozwijany, ale to rosyjski przoduje.

— Wróćmy na koniec do pani pasji, dzięki której jest pani rozpoznawana w Polsce. Ile występów rocznie pani daje?
— Tylko w ciągu ostatniego miesiąca dała ok. 20 występów. Oprócz tego robię show podczas koncertów, wydarzeń, na które jestem zapraszana jako artystka… Myślę, że rocznie daję ponad 500 występów. Jest tego naprawdę dużo.

— Zawsze układa pani inną historię?
— Tak. Każdy mój występ jest niepowtarzalny i związany tematycznie z wydarzeniem, na którym jestem. Uwielbiam to, że zawsze muszę stworzyć coś nowego. Dzięki temu ciągle coś odkrywam...


Tetiana Galitsyna

Artystka rysująca piaskiem, zwyciężczyni szóstej edycji programu „Mam talent”. Pochodzi z ukraińskiego Charkowa. Z wykształcenia jest ekonomistką. Założyła w Warszawie szkołę Galitsyna Art School, w której uczy sztuki malowania pisakiem.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. tcw #2215001 | 95.41.*.* 1 kwi 2017 22:49

    Charków nie jest ukraiński tylko rosyjski

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. Dla mnie to niesamowite #2204097 | 95.90.*.* 18 mar 2017 12:47

      Ta Pani daje 500 występów rocznie, czyli statystycznie 1,5 dziennie i do tego za każdym razem tworzy coś innego. Jest to niezwykłe. Mam nadzieję na okazję w przyszłości zobaczenia takiego występu.

      Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz