środa, 28 września 2016. Imieniny Libuszy, Wacławy, Wacława

Rudi Schuberth: Sławny wilk estrady nikogo nie zagryza

2016-03-13 12:30:00 (ost. akt: 2016-03-13 18:13:07)
Daniele żyją z nami od 10 lat. A o tym, że są tu również bobry, dowiedziałem się jakieś trzy lata temu. Nie widuję ich na oczy, ponieważ są płochliwe i trzeba się na nie zaczaić.

Daniele żyją z nami od 10 lat. A o tym, że są tu również bobry, dowiedziałem się jakieś trzy lata temu. Nie widuję ich na oczy, ponieważ są płochliwe i trzeba się na nie zaczaić.

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Pracował w budowlance, miał udziały w hurtowni odzieży męskiej i firmie zajmującej się próżniowym pakowaniem żywności. Studiował budowę okrętów, ale zwyciężyła miłość do estrady. To on był Bolkiem w sławnym programie kabaretu TEY. Do telewizji jednak nie wróci. Z Rudim Schuberthem rozmawia Mateusz Przyborowski.

— Wie pan, jak dawni Germanowie tłumaczyli imię Rudolf?
— Nie mam pojęcia.

Sława rzecz ulotna, a my prowadziliśmy normalne życie, jeździliśmy samochodami, chodziliśmy pieszo. Pozostaliśmy zwykłymi ludźmi i mimo że tworzyliśmy znany kabaret, nie byliśmy narcystyczni, fantastyczni i nadzwyczajni.
— Sławny wilk.
— (śmiech)

— To chyba trafne określenie. Rudi Schuberth jest przecież sławnym wilkiem estrady.
— Sławny to pozytywne określenie, ale wilk jest raczej agresywnym zwierzęciem. A ja nikogo nie zagryzam. Ja jestem spokojny człowiek. Ale też i charakterny, więc może jednak coś z tego wilka we mnie jest?

— Nawet nie zdaje pan sobie sprawy, ile bym dał, żeby w latach 70. i 80. obejrzeć program „S tyłu sklepu” kabaretu TEY na żywo!
— Rozumiem, że jeszcze pana wtedy nie było na świecie? Pocieszę pana: nikt już tego na żywo nie zobaczy.

— Wspomina pan te dobre czasy?
— Ostatnio kilka dni temu, kiedy graliśmy koncert i zbieraliśmy pieniądze dla Bogusia Smolenia. W gronie TEY-owców, bo był m.in. Zenek Laskowik i Krzysiek Jaślar, rozmawialiśmy na różne tematy, w tym wspominaliśmy ten program. „S tyłu sklepu” był świetny, wspominam go do dzisiaj. I odbija mi się przyjemną czkawką, ponieważ ludzie to pokochali i wciąż pamiętają. Miałem przyjemność załapać się na drobiazgi w tym programie.

— Może i drobiazgi, ale za to jakie! Był pan Bolkiem, który nie potrafił wymówić er. Ileż w tych waszych skeczach było zakonspirowanych znaczeń, a przy tym zero dosłowności…
— Proszę pana, bo to były zupełnie inne czasy, a kabaret posługiwał się inną poetyką i wymagał od publiczności myślenia. Nie nazywał rzeczy wprost, ale — jak pan powiedział — konspirował w słowach. Język polski jest przecież bogaty w dwuznaczności i wtedy na scenie ciągle się nimi posługiwano. Było fajne, to była innego rodzaju zabawa niż dzisiejsze — moim zdaniem — dożynające kabarety.

— Dzisiaj wystarczy powiedzieć jedno słowo na literę „k” i wszyscy się śmieją.
— Tak jest i co mamy na to poradzić? To znak dzisiejszych czasów.

— Byliście sławni w tamtych czasach. Zenon Laskowik opowiadał, że kiedy został listonoszem, był zapraszany przez adresatów korespondencji na tak zwanego przyjacielskiego kielicha...
— Sława rzecz ulotna, a my prowadziliśmy normalne życie, jeździliśmy samochodami, chodziliśmy pieszo. Pozostaliśmy zwykłymi ludźmi i mimo że tworzyliśmy znany kabaret, nie byliśmy narcystyczni, fantastyczni i nadzwyczajni. Zawsze ludzie rozpoznają osoby publiczne, a jeśli jeszcze je lubią, to efekty są różne. Gorzej by było, gdyby nas nie lubili. W naszym przypadku spotykaliśmy z sympatią, mieliśmy wiele rozmów. I nawet zdarzały się zaproszenia na symbolicznego drinka. Zresztą tak jest do dzisiaj.

— Powróćmy do koncertu charytatywnego na rzecz Bohdana Smolenia. Na scenie warszawskiego Teatru Kamienica wystąpiło kilkunastu artystów. To miło z waszej strony.
— Cóż mam powiedzieć? To był normalny odruch. Ktoś to wymyślił, dał hasło i przyjechaliśmy. Normalna rzecz.

— Kiedy ostatni raz widział się pan z panem Bohdanem?
— Dawno temu... Nasze drogi rzadko się krzyżowały. Ja mieszkam na Kaszubach, mam tu swoje obowiązki, prowadzę gospodarstwo, które wymaga nieustannej pieczy i doglądania, a on mieszka pod Poznaniem. Poza tym w końcu doczekałem się wnuka! A to kolejne ograniczenie dla moich spotkań towarzyskich... Samo życie.

— Moim zdaniem nie częste spotkania z przyjaciółmi, ale te w chwilach najbardziej potrzebnych są najważniejsze.
— Wszyscy mamy nadzieję, że Boguś z tego wyjdzie. Najważniejsze to walczyć i się nie poddawać, próbować na przekór wszystkiemu. To jest oczywiście niezwykle trudne, ale mamy nadzieję, że będzie dobrze. Niestety, wszystko na pewno nie będzie okej, ponieważ po takich przypadłościach, jakie przytrafiły się Bogusiowi, nigdy nie jest świetnie. Ale może być nieźle i to się liczy. Działamy i przygotowujemy drugą taką akcję. Zagramy latem w Swarzędzu.

— Chyba celowo wybraliście to miasto. Swarzędz pojawił się w jednym ze skeczów kabaretu TEY: „Ze Swarzędza. Ja, ja, nędza, nędza”.
— Dokładnie, koncert odbędzie w tym samym Swarzędzu! Przygotowuje go tak zwany oddział poznański.

— A Wały Jagiellońskie już na dobre się zregenerowały?
— Zregenerowały się na chwilę, ale ta chwila trwa już długo, ponieważ się kręci tak, jak trzeba. Jest zapotrzebowanie i gramy. Chociaż działamy trochę na innych zasadach.

— Na jakich?
— Kiedyś byliśmy związani tylko z hasłem Wały Jagiellońskie. I nie było nic poza tym. A dzisiaj mamy wolność, Wały są naszym nadrzędnym celem, ale wszyscy gramy w różnych układach. Dajemy sobie luz.

— Możecie sobie na to pozwolić, bo w końcu jesteście przyjaciółmi, którzy — jak pan powiedział — wspólnie zasiadają do jednego stołu, a nie, że po koncercie rozjeżdżacie się do swoich domów.
— Nie mamy twardych zasad, żadnego dowództwa. Jesteśmy partnerami, a poza tym mamy swoje lata i wiemy mniej więcej, na czym to wszystko polega. Nie napinamy się.

— Po reaktywacji w 2008 roku liczba koncertów zespołu jest podobna do tej z lat 80.?
— Nie można tego porównywać. Kiedyś graliśmy mnóstwo koncertów, dzisiaj jest tego mniej. To jest naturalna kolej rzeczy. My się starzejemy, wkoło powstają nowe kapele, a młodzież słucha innych piosenek. Jesteśmy z tym pogodzeni i nie robimy z tego powodu żadnych problemów.

— Ale nie powie mi pan, że na koncerty Wałów nie przychodzą dziadkowie ze swoimi wnukami?!
— To, co głównie zauważamy, to właśnie różne pokolenia na naszych koncertach. Są obecni rodzice z dziećmi i ich dziadkowie. To jest bardzo śmieszne, ale oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Sprawia nam wiele radości to, że jesteśmy wielopokoleniowi (śmiech).

— Jacek Zieliński ze Skaldów powiedział mi kiedyś, że cieszy się, że ludzie chcą słuchać takich dinozaurów...
— ...ale my wcale nie czujemy się jak dinozaury! Jesteśmy obecni na rynku właśnie przez ten luz, który sobie daliśmy. Nasi muzycy są wszechstronni, grają to, co lubią w różnych formacjach. A że prezentujemy takie, a nie inne piosenki i nie pretendujemy do Eurowizji? Odpowiedź jest jedna: robimy swoje.

— Studiował pan budowę okrętów na Politechnice Gdańskiej, ale w zawodzie pracował krótko.
— To jest zupełnie inna historia. Studia były taką zabawą, która przyszła do mnie w sposób naturalny. Mój ojciec był okrętowcem i byłem z tym związany za jego przyczyną, a także jego przyjaciół i ich synów, z którymi chodziłem do szkoły. Moja ciągota do estrady była jednak przeogromna. Zaczęła się już w podstawówce i trwała przez szkołę średnią. Miałem świadomość, że jedno się studiuje, a drugie się robi. Moja praca ma się nijak do studiów, które — tak na marginesie — trwały osiem lat, a powinny trwać cztery.

— Nie miał pan czasu na studiowanie.
— Ale za to miałem czas na granie!

— To jak to było z tą pana pracą w zawodzie?
— Nie pracowałem przy budowie okrętów, byłem zatrudniony w biurze projektowo-konstrukcyjnym. Wykonywałem drobne rzeczy, które dodatkowo polegały na kopiowaniu czegoś, a nie na wdrażaniu własnych pomysłów. Nie mogę więc poszczycić się tym, że wybudowałem okręt od początku do końca. Zresztą chyba nikt nie może się tym pochwalić, ten przemysł wygląda tak, że jedni ludzie projektują, a drudzy budują.

— Jak zareagowali rodzice na wieść, że wybiera pan jednak scenę? Po takich studiach miałby pan pewną robotę.
— Problem był głównie z ojcem. Widział dla swojego syna poważny zawód, a tymczasem syn się rwał się do sztuki estradowej. Na początku nie mógł się z tym pogodzić. Czas pokazał, że chyba dobrze zrobiłem. Taty nie ma już dzisiaj z nami, ale dawno temu przyznał mi rację.

— Dobrze panu żyje się na Kaszubach?
— To mógłby być temat na oddzielną rozmowę. Mieszkam tu od 2004 roku. Przypadek sprawił, że tu jestem, rzuciłem się głową w przód, niespecjalnie myśląc o tym, tylko czując. I również dzisiaj mogę stwierdzić, że dobrze zrobiłem, ponieważ mieszkam w miejscu obłędnym. Chociaż, jak wszędzie na tym świecie, najbardziej zawodni bywają ludzie, ale to zupełnie inna bajka. Tu jest piękny krajobraz, jeziora, bliskość morza. Kaszuby tym różnią się od Warmii i Mazur, że nie są zadeptane przez turystów. Nie ma tu żadnego przemysłu. Za to jest zieleń, zwierzęta, woda i unikalna natura.

— Większość ludzi zna pana z estrady. Ale nie tylko koncertowaniem się pan zajmuje. Jakbym miał złe informację, to proszę mnie poprawiać. Podobno pracował pan w budowlance, miał udziały w hurtowni odzieży męskiej i firmie zajmującej się próżniowym pakowaniem żywności.
— Wszystko się zgadza!

— Kiedyś powiedział pan, że lubi wszystkiego dotknąć, poznać. Te lampy, które stoją w pańskim domu, są świetne.
— Jestem zbieraczem staroci i próbuję nadawać im nowe życie. Tych kilkanaście lamp zrobiłem ze starych pojemników, starej porcelany. A powstawały w zimowe wieczory. Jestem trochę taki śmieciarz (śmiech). Robię z tych starych przedmiotów coś fajnego. Jeżeli mam na przykład wstawić drzwi, to próbuję zainstalować stary zamek, a nie nowy. Chodzi tu o wiejski design. Lubię, kiedy ktoś później pyta mnie, w jaki sposób i z czego zostało to coś zrobione.

— Chciałem zapytać też o bobry i daniele, z którymi pan żyje w swoim gospodarstwie.
— Daniele żyją z nami od 10 lat. A o tym, że są tu również bobry, dowiedziałem się jakieś trzy lata temu. Nie widuję ich na oczy, ponieważ są płochliwe i trzeba się na nie zaczaić. Potrzebna jest do tego dobra lornetka i trochę cierpliwości, to jeszcze przede mną. Widzę natomiast ich pracę, czyli ścięte drzewa, nory i tamy.

— Miał pan w planach stworzenie stacji naukowo-badawczej, która podglądałaby bobry.
— W poprzek stanęło mi jednak życie. Do stworzenia czegoś takiego potrzeba mnóstwo czasu i do niedawna wydawało mi się, że mam go wystarczająco dużo. W moim życiu pojawił się mały człowiek, czyli wnuk, i on zabrał całe moje siły i oddech. Jak mam wybierać między tworzeniem stacji a przebywaniem z wnukiem, to oczywiście wybieram to drugie. Projekt jest, ale na razie wisi na kołku. Może do tego jeszcze powrócę, a może wnuk to przejmie? Zobaczymy. Nie napinam się, oczywiście robię jakieś plany, ale życie pokazuje, że nie zawsze się to udaje. Poza tym jestem już w określonym wieku i — patrząc na kolegów — różne rzeczy mogą mi się przytrafić. Trzeba mierzyć siły na zamiary.

— Nie chce pan wrócić do telewizji?
— (chwila milczenia) Ja już tam swoje odpracowałem. Telewizja jest takim zwierzęciem, które pochłania i człowiek nawet nie wie, w którym momencie się od tego zwierzęcia uzależnił. Pożera, a na koniec wypluwa. Przeszedłem już taki cykl, a drugi raz do tej samej rzeki się nie wchodzi.

— A poza tym jest wnuk.
— Jest też inne życie i nie wiadomo, ile nam tego czasu zostało. Niech się teraz pomęczą inni!
Rudi Schuberth
Urodził się w 1953 r. w Gdańsku. Piosenkarz, autor tekstów, kompozytor, satyryk, prezenter telewizyjny i aktor. Jest autorem tekstów piosenek: „Córka Rybaka”, „Monika — dziewczyna ratownika”, „Wars wita”, „Tylko mi ciebie brak”. Ukończył I Liceum Ogólnokształcące w Gdańsku. W 1977 współtworzył w tym mieście Okolicznościowo-Rozrywkowy Syndykat Wały Jagiellońskie (zespół istniał do 1989, został reaktywowany w 2008 roku). Współpracował z orkiestrami Zbigniewa Górnego i Aleksandra Maliszewskiego, a od 1979 roku z Kabaretem TEY. Prowadził teleturnieje: „Rekiny kart” i „Zgadula”, a także program „Śpiewające fortepiany”, zasiadał też w jury programu „Jak oni śpiewają”. Na Kaszubach razem z żoną Małgorzatą prowadzi gospodarstwo agroturystyczne.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB