Niedziela, 25 września 2016. Imieniny Aureli, Kamila, Kleofasa

Reporter GO: Milicjanci wyzywali mnie od szwabów...

2016-03-06 08:30:00 (ost. akt: 2016-03-05 18:37:07)
Tadeusz Szwarc: Milicjanci wyzywali mnie od szwabów. Straszyli, że jak im nie powiem, kto mnie do zrywania plakatów namówił, to mnie zastrzelą.

Tadeusz Szwarc: Milicjanci wyzywali mnie od szwabów. Straszyli, że jak im nie powiem, kto mnie do zrywania plakatów namówił, to mnie zastrzelą.

Autor zdjęcia: Beata Szymańska

Znajomy powiedział, żeby coś zrobił z przeszłością. Bo teraz bohaterami są żołnierze wyklęci, prześladowani przez komunistów. On — Tadeusz Szwarc — też był prześladowany i to jako dziecko.

Miał 9 lat kiedy do szkoły przy ul. Moniuszki przyjechało po niego dwóch milicjantów i cywil. Zakuli go w kajdanki i zawieźli do izby zatrzymań przy Sarnowskiego. Straszyli, że go zastrzelą, jeśli nie wyda kolegów. 
I co? — Miałem im powiedzieć, kto namówił mnie do zrywania plakatów — opowiada Tadeusz Szwarc, który dzisiaj mieszka pod Olsztynkiem.

— Takich propagandowych, na przykład „baba na traktorze, co orze”. Namówili mnie do tego koledzy z dzielnicy. Ja miałem wtedy 9 lat, oni może 15, a może więcej. Chwalili się, że mają pistolet. Mówili, że trzeba walczyć, a ja w domu byłem patriotycznie wychowywany. Mówili, żebym te plakaty zrywał rano albo wieczorem, kiedy na ulicach jest mało ludzi. I tak robiłem.


— W aucie oberwałem od razu — mówi. — Wyzywali mnie od szwabów i karłów reakcji. Pokazali mi pałkę i pistolet. Straszyli, że jak nie powiem, kto mnie do zrywania plakatów namówił, to mnie zastrzelą.
 Milicjanci zawieźli Szwarca do izby dziecka przy ul. Sarnowskiego.


To zdarzyło się w roku 1952. Tadeusz Szwarc urodził się w 1943 r. w Wurzen w Niemczech. Pokazuje mi dokument z katolickiego urzędu parafialnego w mieście Grimma, podpisany przez ks. Johannesa Beyera. Wynika z niego, że został ochrzczony na początku stycznia 1944 r. Ma jeszcze metrykę urodzenia wystawioną w 1990 r. w NRD. I pokazuje jeszcze legitymację stowarzyszenia Polskie Dzieci Wojny. Tadeusz Szwarc nie wie, kto był jego ojcem. Mama nigdy mu tego nie powiedziała.

— Wurzen to był obóz położony między Lipskiem i Dreznem — wspomina. — Podczas bombardowań w 1945 roku zostałem ciężko ranny, o mało nie straciłem nogi. Po wyzwoleniu przez Amerykanów spędziłem ponad rok w szpitalu pod francuską granicą. Amerykanie nazywali mnie wówczas quick silver. W 1946 roku przyjechałem z mamą do Polski. W 1947 roku zamieszkaliśmy w Olsztynie na Zatorzu. Chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 1 przy Moniuszki. To tam do klasy przyszli po mnie milicjanci i jeden cywil.
 Jak opowiada Szwarc, zakuli go w kajdanki i zaprowadzili do samochodu.

— W aucie oberwałem od razu — mówi. — Wyzywali mnie od szwabów i karłów reakcji. Pokazali mi pałkę i pistolet. Straszyli, że jak nie powiem, kto mnie do zrywania plakatów namówił, to mnie zastrzelą.
 Milicjanci zawieźli Szwarca do izby dziecka przy ul. Sarnowskiego. — Była to normalna cela — wspomina.

— Na podłodze leżał siennik, a że szyba była wybita, także śnieg. Trzymali mnie tam ze trzy dni i przesłuchiwali. Pytali mnie, kto mi zlecił to zrywanie. Mówili, że moja koleżanka potwierdziła, że  to ja. Ale nie przyznałem się do niczego. Potem zawieźli mnie do prokuratury przy Partyzantów. Znowu był funkcjonariusz, biurko, pałka i pistolet i znowu groźby, że mnie zastrzelą. Przyszła mama z torbą winogron w nadziei, że milicjantów przekupi. Nic to nie dało. Dopiero ówczesny mąż mamy, który był dyrektorem szkoły, wykorzystał swoje znajomości w milicji i w końcu mnie wypuścili. Ale przedtem chcieli ze mnie zrobić małego konfidenta. W końcu dali mi jednak spokój
.

Tadeusz Szwarc przyznaje, że po tej „przygodzie” miewał stany lękowe, szczególnie w nocy. — Już Amerykanie w szpitalu, gdzie leczyli mnie z ran, powiedzieli, że mam PTSD, czyli zespół stresu pourazowego — wyjaśnia. — I tak rzeczywiście było. To nie tylko z powodu wojny czy przetrzymywania przez UB. Straszny był też mój ojczym — alkoholik i sadysta.  Ja też szybko uzależniłem się od od alkoholu, bo odkryłem, że picie przynosi mi ulgę.


Szwarc nie ukrywa, że przez uzależnienie (od 11 lat nie pije) nie mógł pracować, bo wódka była najważniejsza. I w 1970 r. został zamknięty pod zarzutem pasożytnictwa w ośrodku przystosowania społecznego w Biedkowie koło Braniewa.

— Był to pierwszy tego typu ośrodek w Polsce — powiedział nam prof. Stefan Lelental z Uniwersytetu Łódzkiego. — Miejsca, przeznaczone dla recydywistów, także niepełnosprawnych, powstały 1969 roku i działały do 1995 roku. 
Szwarc w Biedkowie spędził pięć świąt. — Miałem nadzieję, że skończę szkołę średnią, zdam maturę i dostanę się na studia — mówi. — Nic z tego. Pracowałem przy torfach. To galery, gorsze od kopalni. Wiem, co mówię, bo tam też pracowałem. Żyliśmy jak w więzieniu. A strażnicy sprzedawali nam alkohol.


Niedawno znajomy powiedział Szwarcowi, żeby coś zrobił ze swoją przeszłością. — Żołnierze wyklęci dostają awanse, a ty co? Nie masz nawet statusu pokrzywdzonego. Idź do „Gazety Olsztyńskiej”, idź do IPN-u.

Tadeusz Szwarc najpierw przyszedł do Gazety i opowiedział nam swoją historię. Jak dowiedzieliśmy się w olsztyńskiej delegaturze IPN, żeby obejrzeć swoje akta, musi wypełnić i złożyć odpowiedni wniosek. Pracownicy dokonają kwerendy i jeżeli znajdą dokumenty, udostępnią je wnioskodawcy.

A premier Beata Szydło na spotkaniu z okazji Dnia Żołnierzy Wyklętych zapowiedziała, że przyzna im renty socjalne. Zapytaliśmy w środę rzecznika kancelarii premiera, czy ta obietnica dotyczy wszystkich żołnierzy, czy tylko tych, którzy byli na uroczystości. Na razie odpowiedzi nie dostaliśmy. 
  
 

Ewa Mazgal
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także