Wtorek, 19 marca 2019. Imieniny Aleksandryny, Józefa, Nicety

Rozmowa z Aleksandrem Dobą, który dwukrotnie przepłynął Atlantyk... kajakiem!

2015-12-06 16:00:47 (ost. akt: 2015-12-06 16:05:27)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne Aleksandra Doby

Dwukrotnie przepłynął Atlantyk kajakiem. W maju jeszcze raz chce się tam wybrać. Jest świadomy, co może go spotkać na ocenie. Dlatego do każdej wyprawy solidnie się przygotowuje. Słówem mierzy siły na zamiary. Z Aleksandrem Dobą, podróżniekiem i kajakarzem turystą, rozmawia Andrzej Mielnicki

— Czy to prawda, że znowu zamierza pan przepłynąć kajakiem Atlantyk?
— Tak. 14 maja przyszłego planuję wyruszyć z Nowego Jorku z zamiarem dopłynięcia do Europy.

— Swoje lata pan ma, a Atlantyk już pan kajakiem przepłynął. I to dwa razy. Ktoś gotów powiedzieć: „Panie, teraz to kapcie, telewizor, działeczka, a nie znowu pchać się w paszczę lwa”.
— Tak mi mówią moja żona i siostra, ale nie będę udawał starego, chcę się jeszcze raz wybrać na ocean.

— Z pana żona to musi być kobieta anioł, skoro tak pana puszcza na te wyprawy.

— Żona to mój partner, a nie ekonom. Oczywiście jest między nami pewna rozbieżność. Żona chciałaby, żebym był w domu, a ja nie mogę być jednocześnie i w domu, i na wyprawie. Jakiś kompromis musi być.

— Czym ta trzecia wyprawa będzie się różniła od dwóch poprzednich?
— Tym, że będę płynął z zachodu na wschód, a więc odwrotnie. Oczywiście będzie to samodzielna, samotna wyprawa, bez pomocy z zewnątrz. Liczę, że podróż między Ameryką Północną a Europą zajmie mi minimum trzy miesiące, a maksymalnie 5 miesięcy. Zakładam, że będzie to jakaś średnia, a więc 4 miesiące.

— Trzeba wielkiej odwagi, żeby miesiącami płynąć kajakiem przez ocean. Z pana musi być twardy, odważny facet?
 — Tak mi mówią, co mam udawać innego? Tchórzliwy nie jestem. Staram się podchodzić do sprawy rozsądnie, do wypraw przygotowuję się solidnie. Nie mam tendencji samobójczych, nie chcę zginąć. I jakoś mi się to udaje.

— Ale trzeba dużo krzepy, żeby tak wiosłować miesiącami. Ma pan jakiś swój specjalny trening?
— Nie. Jestem turystą, a turysta specjalnie nie trenuje. Nie jestem też abstynentem, wprawdzie mocnych trunków nie piję, ale piwo i wino chętnie. A jak chleb popiję piwem, to energia jest i się płynie.

— Ma pan w kajaku piwo?
— Tylko wirtualnie. Na ostatnią wyprawę zabrałem trzy litra wina własnej roboty, ale co to jest pół litra na miesiąc? Alkoholizm mi nie grozi.

— Zdecydowanie, ale jak pan tak płynie miesiącami kajakiem, to nie ma pan ochoty wstać, rozprostować kości.
— Chęć mam, ale możliwości są ograniczone. Wprawdzie mój kajak ma siedem metrów długości i metr szerokości, ale nie da się po nim pochodzić, można tylko pełzać. I tak robię, bo staram się trochę ćwiczyć mięśnie nóg, robię przysiady, żeby nogi były sprawne jak dopłynę do lądu. A trasę, termin wyprawy tak wybraliśmy z Andrzejem Armińskim, wspaniałym żeglarzem, w stoczni którego został zbudowany mój kajak, żeby maksymalnie wykorzystać żywioły, a więc wiatry, wodę, żeby mi pomagały. Na Atlantyku pół roku trwa sezon huraganów. To musiałem zmieścić się poza tym sezonem, bo nie miałem zamiaru zginąć, choć oczywiście wiedziałem, że sztormów nie uniknę. I podczas drugiej wyprawy przeżyłem ich osiem. Ale byłem dobrze przygotowany do wyprawy. Studiowałem literaturę, rozmawiałem z żeglarzami. Dobrze wiedziałem, co może mi grozić. I przetrwałem.

— Teraz to łatwo powiedzieć, ale kiedy sztorm szaleje, fale zalewają kajak...
— ...niektóre z nich miały nawet dziewięć metrów. Podczas sztormu ustawiałem kajak dziobem pod wiatr i pod falę. Wtedy najłatwiej było to przetrwać, choć byłem trochę zniecierpliwiony, że taki sztorm może trwać trzy dni. Ale w końcu i on minął. I było fajnie.

— Takie wielkie fale nie przewracają kajaka?
— Kajak jest tak skonstruowany, że nie może pływać do góry dnem. Sam wraca do właściwej pozycji, ale podczas przeprawy przez ocean nic takiego się nie zdarzyło. Ale kiedy po pierwszej wyprawie płynąłem wzdłuż wybrzeży Brazylii do ujścia Amazonki, to sześć razy mnie przewróciło.

— Nie boi się pan, że wypadnie z kajaka?
— Mam na sobie uprząż żeglarską. Do kajaka jestem przywiązany liną. Ma siedem metrów długości. Rzeczy mam też zabezpieczone.

— Wkoło pana tyle wody, to pewnie kąpie się pan w oceanie?
— Podczas pierwszej wyprawy wyruszałem z Senegalu. Upał był niemiłosierny, to jak już lądu nie było widać, chciałem się wykapać, ale jak zobaczyłem w pobliżu trzymetrowego rekina to odeszła mi chęć.

— Długa broda, włosy, jakoś pan musi sobie radzić na ocenie.
— I radzę, siadam na rufie, nabieram miską wodę i mam kąpiel.

— Nie boi się pan, że na ocenie porwą pana może nie tyle piraci, ale staranuje jakiś tankowiec?
— Możliwych jest wiele zagrożeń. Kiedyś nawet przy dobrej widoczności statek przepłynął 30 metrów obok mnie. Nikogo nie widziałem na pokładzie. Było groźnie. W nocy włączam światła nawigacyjne, widać jej z kilku kilometrów. Mam też antenę radarową. I jak wiązka radarowa ze statku padnie na moją antenę, to statek odbiera silny sygnał, jakby coś dużego płynęło. Łatwej powinni mnie zauważyć. Z drugiej strony trudno we mnie trafić, bo to mała jednostka.

— Czym zaskoczył pana ocean? Tym, że nie ma tam ciszy, jak w tytule pańskiej biografii?
— To trochę przewrotny tytuł. Ciszy tam nie ma, bo rzadko kiedy jest flauta. Ocean stale się zmienia. Rano może być spokojnie, a po południu są już duże fale.

— I tak miesiącami cały czas macha pan wiosłem?
— Nie, w ciągu doby 8-12 godzin. Nie da się tak na okrągło wiosłować. Śpię, bo na kajaku jest mała kabina, odpoczywam.

— Ale jak pan śpi, to kto steruje kajaczkiem?
— O przepraszam, to nie żaden kajaczek. To duży, oceaniczny kajak. A jak idę spać, to kajak po prostu dryfuje. Niosą go prądy. Z reguły w inna stronę, niż ja chcę płynąć. Mam GPS, to orientuję się, gdzie jestem. Płynę na podstawie kursu magnetycznego, według busoli.

— A według gwiazd pan potrafi?
— Często płynę w nocy, bo jest przyjemniej, nie muszę się chronić przed słońcem. Wtedy faktycznie kieruję się gwiazdami. Mam książkę, w której są opisane wszystkie gwiazdozbiory, na które kiedyś ludzie podzieli niebo. I było naprawdę fantastycznie zobaczyć wiele z nich na niebie. Moim ulubionym jest gwiazdozbiór Oriona.

— Płynie pan, wiosłuje, plecy i ręce nie bolą?
— Podczas pierwszej wyprawy popełniłem błąd, nie wziąłem gumowych krążków na wiosło, które zapobiegają spływaniu wody z pióra na ręce. I słona woda spływała mi na dłonie, niszcząc skórę. Wtedy naprawdę cierpiałem. A co do pleców, to mam za sobą kilka długich wypraw kajakiem morskim. Ma 5,30 m długości i tylko 55 cm szerokości. Tam to dopiero ciężko wyprostować plecy. Pod tym względem kajak oceaniczny jest bardziej komfortowy.

— W wywiadach, których pan udziela, nie mówi pan zbyt wiele o zagrożeniu, o niebezpieczeństwie. Ale nie oszukujmy się, gdzieś tam na oceanie czai się śmierć. Dlaczego pan tak ryzykuje?
— Naprawdę nie mam skłonności samobójczych. Staram się jak najlepiej przygotować do wyprawy, poznać zagrożenia. A dowodem, jak poszły mi te przygotowania, jest to, że bezpiecznie przepłynąłem Atlantyk.

— Nie ma dla pana rzeczy niemożliwych?
— Nie, nie, są. Turystka kajakowa jest piękną sprawą, każdemu ją polecam, ale nikomu nie polecam przepłynięcia oceanu kajakiem. A jakby ktoś chciał, to proszę go do mnie skierować. Wybiję mu to z głowy, bo to jest naprawdę trudne.

— Mówi pan w swojej biografii, że zawsze trzeba zaczynać od marzeń. Potem plany. No i trzeba sprzątać śmieci z rzeki, bo pan się potem kajakiem nie może przebić.
— Dokładnie. Brałem udział w kilku akcjach sprzątania rzek, bo niestety ludzie śmiecą. Zawsze powtarzam, że nie tam jest czysto, gdzie jest dużo sprzątających, tylko tam, gdzie nie ma śmiecących. Chodzi o to, żeby nie śmiecić, żeby ta wrażliwość była powszechna.

— Latał pan na szybowcach, skakał ze spadochronem, uprawił kolarstwo górskie, kajakiem przepłynął 96 tys. km. Zawsze panu brakowało adrenaliny?
— No tak, uważam, że życie jest ciekawe i trzeba poznawać świat i ludzi. Próbowałem różnych rzeczy. Byłem aktywny, jestem i nie będę udawał starego. Ten świat jeszcze mnie interesuje.

— Pana kajak nazywa się Olo. To jakaś specjalna jednostka?
— Ma dwie właściwości: jest niezatapialny dzięki temu, że ma kilka komór wypełnionych materiałem lekkim, sztywny i nienasiąkliwy. I to, co już mówiłem: nie może pływać do góry dnem.

— No i musi mieć spiżarka, bo przecież płynie pan kilka miesięcy, nie zawija do portów, a jeść trzeba.
— No tak, ale ani na pierwszej, ani na drugiej wyprawie nie zabrakło mi jedzenia, choć na pierwszą zabrałem za mało słodyczy. Zabrakło mi kalorii. Schudłem 14 kg w 14 tygodni. Później nie popełniłem już tego błędu.

— A co pan je, pije?
— Zabieram ze sobą jedzenie liofilizowane, pozbawione wody. A wodę biorę z oceanu, przepuszczam przed odsalarkę. Woda jest jałowa, bez smaku.

— To pan ma jakieś źródło energii na kajaku?
— Panel słoneczny, z którego czerpię energię do napędu silnika odsalarki czy do ładowania rożnych akumulatorów.

— Kajak jest wyposażony w silnik do napędu?
— Nie. Są dwa silniki. Jeden do napędu odsalarki, a drugim jestem ja, a śrubą jest wiosło w moich rękach.

— Wyprawa kajakiem przez Atlantyk musi kosztować.
— To prawda, wyprawy są kosztowane. A ja jestem już na emeryturze, to poszukuję wsparcia finansowego. Na wyprawę majową nie zebrałem jeszcze odpowiednich funduszy. Wciąż zbieram.

— Dużo trzeba?
— Około 300 tys. zł.

— O, sporo!
— Ale jeśli mam sprawić radość rodakom, żeby mogli przeżywać ten serial z jednym aktorem, to może jak się trochę dołożą, to będzie fantastycznie. Kajak wcale nie musi się nazywać Olo. Może nosić każde inne imię.

— Za swoje wyczyny zebrał pan wiele laurów. Dobrze panu z tą sławą?
— O tych wielu prestiżowych nagrodach dowiedziałem się, jak już zostałem do nich zgłoszony. Czasem wygrywałem i oczywiście to było miłe. Ale nie po to płynąłem. A pieniędzy jeszcze na żadnej wyprawie nie zarobiłem. Do każdej dokładam — i to sporo — z własnej kieszeni. Teraz to nawet żona narzeka, że zrobiłem się wręcz skąpy, bo cały grosz odkładam na wyprawę.

— Ale przeszedł pan do historii, jest pan czwartym człowiekiem na świecie, który samotnie przepłynął Atlantyk kajakiem. To chyba warte każdych pieniędzy?
— Cóż, nie będę się tego wstydził. Jest to coś ciekawego i teraz o tym opowiadam.



Aleksander Doba ma 69 lat. Dzieciństwo spędził w Swarzędzu. Ukończył Politechnikę Poznańską. Od lat 70. XX wieku mieszka w Policach. Pracował w Zakładach Chemicznych Police. Obecnie na emeryturze. Rodzina: żona Gabriela, dwóch synów: Bartłomiej i Czesław oraz dwie wnuczki: Olga i Agata.

Turystykę kajakową zaczął uprawiać od 1980 roku. Opłynął kajakiem Morze Bałtyckie i Bajkał. Również jako pierwszy opłynął całe polskie wybrzeże z Polic do Elbląga oraz Polskę po przekątnej z Przemyśla do Świnoujścia. Jako pierwszy kajakarz przepłynął całą Wisłę. I jako pierwszy człowiek w historii na przełomie 2010/2011 roku samotnie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki. W 2013 roku ponownie wypłynął na Atlantyk, pokonując tym razem ocean w najszerszym miejscu. Płynął z Lizbony na Florydę. Trasa miała w prostej linii ok. 9 tys. km, a rejs trwał od 5 października 2013 roku do 17 kwietnia 2014 roku.

Laureat wielu nagród. Tylko w tym roku został uhonorowany nagrodą Kolosa i wybrany podróżnikiem roku przez czytelników amerykańskiej edycji „National Geographic”.
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB