Sobota, 1 października 2016. Imieniny Heloizy, Igora, Remigiusza

Talent i szczęście to jeszcze za mało...

2015-11-21 13:50:00 (ost. akt: 2015-11-21 14:19:03)
Artur Milian: Skrzypkowie grają gdzieś do siedemdziesiątki, a potem przerzucają się na dyrygenturę. Muzyka się nie kończy

Artur Milian: Skrzypkowie grają gdzieś do siedemdziesiątki, a potem przerzucają się na dyrygenturę. Muzyka się nie kończy

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

Prof. Artur Milian jest koncertmistrzem Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej i szefem Zakładu Instrumentalistyki w Instytucie Muzyki UWM. W tym roku obchodzi 40-lecie pracy artystycznej. Rozmawiamy z nim m.in. o jego karierze i planach.

— Na koncert z okazji jubileuszu 40-lecia pracy artystycznej wybrał pan utwory Jana Sebastiana Bacha. Czy to znaczy, że najbardziej lubi pan muzykę dawną?

— Bacha bardzo lubię, ale też jeśli chodzi o kompozytorów doby baroku, bardzo lubię Antonia Vivaldiego i jego słynne „Cztery pory roku” oraz jego koncerty na dwoje, troje, a nawet czworo skrzypiec. Bardzo lubię koncerty wielkiej trójki na B: Bach, Beethoven i Brahms.


— Ile utworów ma pan w repertuarze?
— Kilkanaście koncertów skrzypcowych, w tym Feliksa Mendelssohna e-moll, Czajkowskiego, Beethovena i Mozarta, kilkadziesiąt miniatur, utwory na kwartet smyczkowy. Jeśli chodzi o muzykę współczesną, to wykonuję m.in. koncert na skrzypce i orkiestrę Dymitra Szostakowicza.


Włożyłem w zdobycie swoich umiejętności wiele pracy. Ale to jest tak, jak mówił Paderewski — sukces to 80 procent pracy, 10 proc. talentu i 10 proc. szczęścia. I ja miałem szczęście z Moskwą.


— Nauka gry na skrzypcach jest trudna. Nawet zdolne dzieci przez lata „piłują” instrument, który brzmi niezbyt przyjemnie. Kiedy osiąga się czysty dźwięk?
— Pierwsze lekcje pobierałem jako 5-latek. Na pierwszym koncercie zagrałem właśnie w tym wieku „Kiedy ranne wstają zorze” i „Szła dzieweczka do laseczka”. Kiedy byłem w liceum, moje skrzypce już brzmiały pięknie, ale ostateczny szlif artystyczny, swobodę interpretacyjną otrzymałem w konserwatorium moskiewskim.

— Studiowała tam również Kaja Danczowska, która opowiadała mi o Dawidzie Ojstrachu, swoim nauczycielu i mistrzu. To legendarna szkoła. Jak pan do niej trafił? 

— Pracowałem wówczas w Wielkiej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach (teraz to Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia) i studiowałem. Po czwartym roku rektor wysłał mnie na kurs mistrzowski do Weimaru i tam dostałem się do klasy prof. Galiny Barinowej. W ciągu dwóch tygodni zrobiłem tak duże postępy, że zaprosiła mnie do Moskwy na studia doktoranckie. W Moskwie spędziłem dwa lata. To był wspaniały okres w moim życiu i właśnie u pani profesor nabrałem tej swobody interpretacyjnej, o której wspominałem. W Moskwie poznałem najwybitniejszych muzyków, baletmistrzów. Byłem m.in. na ostatnim występie Mai Plisieckiej, wielkiej primabaleriny. Byłem na koncertach Dawida Ojstracha i na jego pogrzebie. Pamiętam, że w wielkiej sali konserwatorium była wystawiona trumna, przy której stała warta honorowa. Co 15 minut zmieniały się pełniące ją osoby. Nagle patrzymy, a tu podchodzi Dymitr Szostakowicz! Był już wówczas staruszkiem z laseczką, ale stanął obok trumny. Ktoś podbiegł z krzesłem, ale on nie chciał usiąść. Stał przez 15 minut. Na pogrzebie były tłumy.

— Kto jest dla pana skrzypcowym mistrzem? 

— Na pewno Dawid Fiodorowicz Ojstrach oraz Itzhak Perlman, w tej chwili uznawany za najwybitniejszego skrzypka świata. A z polskich skrzypków najbardziej cenię Konstantego Andrzeja Kulkę. 


— Był pan w Moskwie, w Katowicach, a w końcu znalazł się pan w Olsztynie? Jak to się stało?
— Mama przeczytała w piśmie "Ruch Muzyczny" ogłoszenie, że w Olsztynie poszukują drugiego koncertmistrza i gwarantują mieszkanie. Więc zadzwoniłem do olsztyńskiej filharmonii. Telefon odebrała pani sekretarka, później okazało się, że to pani Renata, a potem, że to Renata narzeczona, która została moja żoną. Jesteśmy razem prawie 38 lat. Mamy wspaniałego syna i siedmiomiesięcznego wnuka.


— Nigdy nie żałował pan, że wybrał pan Olsztyn? To jednak nieduże miasto. 

— Ale piękne! Odwiedziła nas w Olsztynie w 1980 roku moja pani prof. Galina Barinowa i powiedziała: — Nie zamieniajcie nigdy Olsztyna na Łódź. A Łodź stąd, że Bogdan Wodiczko, dyrektor Teatru Wielkiego, bardzo mnie prosił, żebym objął tam stanowisko koncertmistrza. Profesor mówiła, ze Olsztyn to taki „ujutnyj garodok”, a koncertować mogę na całym świecie. Mieszkałem w Moskwie, w Bari i w innych wielkich miastach, ale w Olsztynie mieszka się najlepiej. Środowisko muzyczne też jest wspaniałe. 


— W Instytucie Muzyki UWM pracuje pan z młodzieżą. Czym różni się to pokolenie od pańskiego?
— Ma o wiele łatwiej. Dostęp do wspaniałych nagrań jest nieograniczony. Można wybrać sobie dowolne wykonania utworów, co kiedyś było niemożliwe. Trzeba było sprowadzać płyty, łapać audycje BBC. Był kłopot ze zdobyciem nut. Teraz można kupić wszystko na całym świecie. 


— Czy przez to młodzi ludzi są lepsi od was? Czy jednak nie na tym to polega?
— Nie na tym. Palec Boży musi nas dotknąć i przekazać trochę talentu. Bez tego żadna, nawet wielogodzinna praca nie pomoże. 


— A pan był od razu cudownym dzieckiem? 

— Już mój pierwszy profesor Stanisław Sierant powiedział, że tak utalentowanego ucznia nie miał nigdy i trzeba go kształcić. Włożyłem w zdobycie swoich umiejętności wiele pracy. Ale to jest tak, jak mówił Paderewski — sukces to 80 procent pracy, 10 proc. talentu i 10 proc. szczęścia. I ja miałem szczęście z Moskwą.

— Po 40 latach pracy artystycznej idzie się na emeryturę? Chyba nie!
— Oczywiście, że nie! Skrzypkowie grają, powiedzmy, do siedemdziesiątki, a potem przerzucają się na dyrygenturę. Muzyka się nie kończy.


— Jakie ma pan plany? 

— Związane są przede wszystkim z Feliksem Nowowiejskim.


— Naprawdę olsztyńska orkiestra zagra jego utwory w Carnegie Hall i Berlinie? 

— Takie są plany. Nowowiejski był wspaniałym organistą i autorem znakomitych oratoriów, takich jak „Znalezienia Krzyża Świętego” i „Quo Vadis”. Należy promować kompozytora, który był znany na całym świecie. Cieszę się, że w przypomnienie Nowowiejskiego zaangażował się prof. Leszek Szarzyński, dyrektor Instytutu Muzyki UWM, i Piotr Sułkowski, dyrektor Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej.

Ewa Mazgal
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także