Sobota, 10 grudnia 2016. Imieniny Danieli, Bohdana, Julii

Rozmowa przy patelni z Grzechem Piotrowskim plus przepis na meksykańską fajitę

2015-11-17 18:00:52 (ost. akt: 2015-11-17 14:10:04)

Autor zdjęcia: Agnieszka Maliszewska

Gdy wyznaczy sobie cel, uparcie do niego dąży. Czego dowodem jest koncert na wulkanie pośrodku oceanu, który udało mu się zagrać. Uznawany za mistrza saksofonu, ma także zdolności kulinarne. Naszym czytelnikom przyrządził meksykańską fajitę, mięsne danie z salsą. Z Grzechem Piotrowskim rozmawia i gotuje Agnieszka Maliszewska

— Grzech, jesteś gotowy na przygodę z gotowaniem?
— Powiedzmy że tak, mam ze sobą przepis i liczę na to, że mi trochę pomożesz, ale najpierw mam dla ciebie niespodziankę muzyczną.

Jestem uparty w dążeniu do celu. Jeżeli sobie wymyślę jakiś projekt, wydarzenie to zawsze dążę do jego sfinalizowania. W ubiegłym roku wymyśliłem, że zagramy koncert w wulkanie. Wszyscy mówili, że chyba zwariowałem, ale się udało!
— Już się boję (uśmiech), co to będzie?
— Nie zdradzę na razie, bo to niespodzianka. Proszę zamknij oczy i nic nie mów przez 10 minut.

Bez zastanowienia wykonałam życzenie Grzecha. Po chwili do moich uszu doleciały hipnotyzujące dźwięki. Czułam się, jakbym była w podróży w nieznanym, egzotycznym miejscu.

— Nieprawdopodobne brzmienie... Na czym grałeś?
— Grałem na misach z Nepalu. Wytopione są z brązu. Sam je wybrałem pod względem tonu i brzmienia.

— Niesamowite! Te dźwięki kojarzyły mi się z podróżą do Mongolii. Piękne doznanie, bardzo dziękuję. Ale gotowanie i tak cię nie ominie. Czego potrzebujesz do swojej meksykańskiej fajity? Sprawdzimy, czy wszystko mamy.
— 300 gramów polędwicy wołowej, 300 gramów piersi z kurczaka, 3 kolorowe papryki, olej. A do salsy: świeża kolendra, czosnek, oliwa z oliwek, sos sojowy, marynowane papryczki jalapeno, cytryna, wino, czerwona cebula, pieprz i sól. Chociaż dziś zrobimy ją może tylko z mięsa czerwonego, bo byłoby jej za dużo.

— Wszystko mamy, więc do dzieła. Gotuj i wydawaj rozkazy!
— Sos sojowy, gdzie mamy sos sojowy? Od tego zaczniemy. Musimy zrobić najpierw marynatę, ona jest tu najważniejsza. Ja będę kroił mięso na cienkie paseczki, a ty wlej do miski pół szklanki oleju, 6 łyżek sosu sojowego, 2 łyżki pokrojonej w plasterki marynowanej papryczki jalapeno, 3 ząbki czosnku pokrojone w cienkie plastry, 2 łyżki posiekanej naci kolendry, sok z cytryny, pieprz i sól. Włożymy tu mięso i musi to trochę postać.

— Oczywiście. Opowiedz proszę, od kiedy grasz, kiedy zacząłeś naukę?
— Od 7 roku życia. Najpierw była szkoła muzyczna: skrzypce, fortepian, potem obój, później saksofon w liceum, potem wydziały jazzowe, najpierw w Warszawie, potem w Katowicach.

— Co robimy z tą papryczką marynowaną, jak ją kroimy?
— Obcinamy końcówki, a resztę kroimy na kawałki.

— Nie przewraca ci w głowie, kiedy niektórzy przyrównują twoją grę ze słynnym Janem Garbarkiem, norweskim saksofonistą?
— Czasami to brzmi raczej jako zarzut, więc nie może to mi przewrócić w głowie. Z drugiej strony, porównanie mnie do najlepszego europejskiego saksofonisty odbieram jako komplement.

— Przy gotowaniu podobno łatwiej zadawać pytania osobiste. Co możesz powiedzieć sam o sobie?
— O, nie wiem... Na pewno jestem uparty w dążeniu do celu. Jeżeli sobie wymyślę jakiś projekt, wydarzenie to zawsze dążę do jego sfinalizowania. W ubiegłym roku wymyśliłem, że zagramy koncert w wulkanie (w Cabo Verde, czyli w Republice Zielonego Przylądka — przyp. red). Wszyscy mówili, że chyba zwariowałem. I co? Zrobiliśmy koncert w wulkanie. To było trudne, ale udało się.

— Widać, że to co robisz, robisz z pasją. Co na to rodzina? Przecież nie cię w domu prawie cały czas, grasz podróżując po całym świecie.
— Jeździmy przeważnie razem. Teraz żona nie może, jest w ósmym miesiącu ciąży i spodziewamy się córeczki.

— Gratuluję! Wybraliście już imię?
— Gaja, jak Ziemia.

— Bardzo ładnie.
— Pieprz, mamy pieprz? Posypiemy teraz marynatę pieprzem i solą, dodaj proszę ten czosnek pokrojony w paski.

— Jak ta marynata ładnie wygląda, a jak pachnie.
— Włożymy teraz do niej mięso i odstawimy, niech postoi. Tak naprawdę powinniśmy zrobić to wczoraj, aby mięso się przegryzło.

— Jesteś wymieniany w grupie najlepszych saksofonistów. Jak do tego doszedłeś?
— W muzyce jest tak, że musisz być najpierw najlepszy w szkole, potem w mieście, później na studiach, konkursach itd. W tym, co robimy, nie da się nic załatwić. To oznacza, że musisz dużo ćwiczyć, dużo pracować nad sobą. To oczywiście kwestia indywidualna; jeden musi ćwiczyć cztery godziny, drugi osiem godzin.

— A ty, ile ćwiczyłeś?
— Czasem po 12 godzin.

— I nie nudziło Ci się?
— Nie, bo jak zaczynasz lubić muzykę, staje się twoją pasją, to jest inaczej.

— Ukończyłeś Akademię Muzyczną w Katowicach na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Powiedz, czy były jakieś przedmioty, których...
— ...Filozofia.

— Chciałam zapytać o te, których nie lubiłeś.
— Filozofię lubiłem najbardziej. Nie było takich, których nie lubiłem. Wszystko na tych studiach jest bardzo mądrze sprofilowane. Nie było mi tylko potrzebne kształcenie słuchu, ponieważ mam bardzo dobry słuch.

— A dlaczego akurat filozofia. Pewnie jest w tym coś głębszego?
— Interesują mnie rozważania nad życiem.

— To już teraz rozumiem, dlaczego tworząc muzykę lubisz wracać do korzeni. Po prostu wybrałeś się w świat z saksofonem.
— Tak, dzięki temu poznałem wielu ludzi, z którymi rozmawiałem nie tylko o muzyce, ale także o ich spojrzeniu na religię. W tym lubię się zagłębiać.

— Jakie jest Twoje ulubione miejsce na ziemi?
— Lubię Oslo. W Afryce jest wiele takich miejsc. Ja chyba lubię wszędzie być, bo wszędzie znam kogoś i powracanie do tych miejsc to taka powolna przynależność. Mamy startujący festiwal na Cabo Verde na wyspie Sal (jedna z wysp Archipelagu Zielonego Przylądka — przyp. red.), będę tam na przełomie lutego i marca, już po raz trzeci w moim życiu. Jak tam wychodzę do miasta i spotykam znajome mi twarze, to czuję, że w jakimś stopniu przynależę do tego miejsca. Z drugiej strony, miejscowi, widząc mnie po raz kolejny, przyzwyczajają się do mojej obecności i po kilku takich podróżach myślą że mieszkam gdzieś za rogiem, na tej samej wyspie…

— To skoro rozmawiamy już o podróżach, a nasze mięso dalej w marynacie, powiedz proszę, czy miałeś okazję gdzieś zjeść coś... dziwnego?
— Ja jestem bardzo uważny podczas podróży w piciu i jedzeniu. Dziwnych rzeczy nie jadam, nie zjadłbym robaków, mrówek, mózgu małpy też.

— Tubylcy nie częstowali cię jakimiś dziwnościami?
— Były takie przypadki, ale nie spróbowałem. Są takie turystyczne podstawy, których się trzymam. Nie piję wody, jeżeli nie jest z butelki, którą sam odkręciłem. Już wolę się napić jakiegoś alkoholu albo soku. Ale za to zawsze, gdy jestem w Oslo, jadam renifera w ziołach. Przygotowuje go dla mnie najbardziej znana norweska piosenkarka, wokalistka Ruth Wilhelmine Meyer, dziewczyna o pięciooktawowym głosie, która jest u nas w World Orchestrze.

— Do czego można porównać smak mięsa renifera?
— To po prostu czerwone mięso. Jego smak zależy od tego, jak ktoś je zrobi. Ruth ma w swoim ogródku jakieś tam kwiaty, jakiś specjalny rodzaj sosny i do tego dania dodaje te igły i podaje to z czymś w rodzaju sałaty.

— To może już usmażymy to, co tak pięknie pachnie?
— Tak, rozgrzejemy patelnię i na rozgrzaną oliwę wrzucę najpierw mięso z marynatą, podsmażę z obu stron i dodam paprykę pokrojoną w paski, tak samo pokrojoną cebulę, niech się to wszystko poddusi. Mamy wino? Dolejemy troszkę do smaku.

— Ile?
— Niecały kieliszek.

— Dlaczego jesteś Grzechem, a nie Grzegorzem Piotrowskim? Czy to jest związane z grzechem np. twojej muzyki?
— Nie wiem, co ludzie robią przy mojej muzyce. Natomiast jeżeli chodzi o Grzecha, to bardzo proste. Kiedy byłem małym chłopcem, hej (śmiech)... Inny Grzegorz Piotrowski zamordował księdza Popiełuszkę. Z kolei kiedy byłem już młodym muzykiem i wpisywałem w Google "Grzegorz Piotrowski", od razu wyskakiwało mi mnóstwo stron związanych z tym tragicznym wydarzeniem. Był na to sposób, ale nie chciałem zmieniać imienia. Koledzy mówili do mnie Grzech, więc tak już zostało.

— Grałeś z takimi sławnymi muzykami jak: Theodossi Spassov, Bulgarian Voices Angelite, Jon Christensen, Arild Andersen, Hadrien Feraud, Poogie Bell… i wielu innych, czy jest jeszcze ktoś z kimś chciałbyś zagrać?
— Oj, jest wielu. Teraz planujemy koncerty z Mino Cinelu, Marylin Mazur, Mariusem Nesetem, zaprosimy na Wschód Piękna Festiwal Natalię Mateo, Hadriena Feraud… Przepraszam, tylko zakryjemy nasze danie na patelni, aby się poddusiło i doszło do odpowiedniego aromatu. Jeszcze z 10 minut i będziemy jeść.

— Wróćmy do muzyki. Jesteś twórcą World Orchestry, dla kogo tworzysz?
— W skrócie: muzyka filmowa i improwizowana, mamy bardzo dużo inspiracji muzyką, np. sprzed 2, 3 tysięcy lat. Grają u mnie artyści, którzy reprezentują różne nurty i kierunki, grają na różnych, mało znanych instrumentach.

— Ilu muzyków liczy twoja orkiestra?
— W zależności od projektu od 40-200.

— Dziękuję Grzegorz za nasze spotkanie. Nie będę już zagadywać, spróbujmy teraz tego obłędnie pachnącego dania.
— Proszę do stołu, położymy fajitę na talerze prosto z patelni.

Grzech Piotrowski (rocznik 1974) — pochodzący z Olsztyna saksofonista, kompozytor, producent. Niepokorny marzyciel, muzyczny podróżnik. Absolwent Akademii Muzycznej (wydziału jazzu) w Katowicach. Założył grupę Alchemik, w której występowali m.in. Łukasz i Paweł Golcowie. Pomysłodawca i założyciel projektu World Orchestra, w którym sięga do korzeni muzyki słowiańskiej, skandynawskiej i bałkańskiej.
Wielokrotnie nominowany do nagrody „Fryderyki”, oraz nagrody radiowej „Mateusze”. Ma na swoim koncie 12 płyt autorskich i kilkanaście współprodukcji międzynarodowych. Efektem dwuletnich podróży Piotrowskiego niemalże dookoła świata jest płyta „One World”.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB