Sobota, 21 lipca 2018. Imieniny Danieli, Wawrzyńca, Wiktora

Cezary Żak: Kultowy Karol Krawczyk i siła napędowa "Rancza"

2015-11-17 13:30:10 (ost. akt: 2015-11-17 13:35:57)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Przed egzaminami na studia aktorskie schudł kilkanaście kilogramów. Do dziś wspomina rodzinną syrenkę, którą podkradał, żeby wozić kumpli i dziewczyny. A już niedługo Olsztyn będzie jego miastem wojewódzkim. Kultowy Karol Krawczyk i siła napędowa "Rancza" — Cezary Żak w rozmowie z Mateuszem Przyborowskim.

— Podobno gra pan 200 spektakli rocznie!
— Aż tyle to może nie, ale może ze 150? Obecnie gram w siedmiu tytułach, to bardzo dużo. Tyle się tego namnożyło, od kiedy się związałem z teatrami Krystyny Jandy. Zacząłem reżyserować przedstawienia, w których również gram. Zresztą taki był warunek Jandy. Myślałem, że kiedy odejdę z etatu w Teatrze Powszechnym, to będę grał głównie przed kamerą.

— Żałuje pan?
— Im jestem starszy, tym teatr jest dla mnie trudniejszy i więcej mnie kosztuje. W ogóle teatr jest jedną z najtrudniejszych sztuk, ale z drugiej strony tylko tam możemy w pełni uprawiać nasz zawód. Po 30 latach w tym zawodzie wolałbym pójść na łatwiznę i grać tylko przed kamerą, ponieważ jest łatwiej. Propozycji nie mam jednak aż tak wiele, a właściwie można powiedzieć, że poza serialem nie mam żadnych, żebym mógł sobie pozwolić wyłącznie na pracę przed kamerą.

Moje role komediowe nigdy nie są stricte komediowe. Staram się znaleźć w tych postaciach jakiś dramat. Wtedy jest ona ciekawsza, nie mówiąc już o tym, że łatwiejsza
— Przygotowując się do naszej rozmowy, wszedłem na pana stronę internetową. Tam, gdzie powinna być pańska biografia, i to obszerna, nie znalazłem nic. Ceni pan sobie prywatność?
— Nie, po prostu nie przykładam wagi do tej strony. Nie ma mnie także na Facebooku, bo nie mam potrzeby dzielić się ze światem tym, gdzie w danej chwili się znajduję, co robię i co myślę. To jest moja sfera prywatności i jeśli uznaję za stosowne podzielić się tym, to robię to z premedytacją. Spektakularnie, a nie dzień w dzień. I tak często goszczę w domach telewidzów i przed publicznością na deskach teatru. Jestem ambasadorem kilku fundacji i o tym lubię rozmawiać, ponieważ przynosi to wymierne korzyści, również finansowe dla tych organizacji. Nie lubię natomiast wypowiadać się na przykład na tematy polityczne. Nie szanuję ludzi, którzy wykonują zupełnie inny zawód, a roszczą sobie prawo do osądzania innych i pouczania, jak trzeba postępować. Nie znoszę takiego zachowania. Poza tym jakbym codziennie pisał, że teraz właśnie jadę na plan zdjęciowy albo do teatru, to bym zwariował.

— No, a do tego jeszcze wypadałoby zrobić selfie.
— To jest poza mną. Tak więc najmocniej pana przepraszam za rozczarowanie moją stroną internetową.

— Kiedy ostatnio oglądał pan „Kobrę”?
— W momencie, kiedy otrzymałem propozycję reżyserii pierwszej komedii kryminalnej. Kupiłem sobie zestaw, oczywiście nie cały, który wydała Telewizja Polska i obejrzałem wiele spektakli Teatru Sensacji. To ciągle jest gatunek, który mnie kręci. Uważam, że komedii kryminalnych czy w ogóle kryminału wciąż jest mało na ekranie telewizorów i kin. Poza tym podejrzewam, że jest to moja podświadoma ucieczka od komedii.

— Pytam o to celowo, bo chcę pana zmusić do wspomnień. „Kobrę” oglądali pana rodzice.
— Aaa, tak! Rodzice byli fanami „Kobry” i pewnie nie tylko oni. W tamtym czasie społeczeństwo miało do wyboru jeden program i zasiadało w każdy czwartek przed telewizorami. Ja nie mogłem oficjalnie oglądać tych spektakli, ale radziłem sobie. Wykorzystywałem niedomknięte drzwi do pokoju, w którym stał telewizor.

— Skoro jesteśmy przy tym temacie, to ostatnio w telewizji emitowano „Ojca chrzestnego” i „Pulp fiction”. Oglądał pan?
— Oczywiście, ale tylko „Ojca chrzestnego”. Powiem panu więcej, oglądałem ten film w teatrze, ponieważ graliśmy wtedy spektakl.

— Ogląda pan takie filmy z cygarem w zębach, czy pali je pan tylko podczas czytania książek?
— (śmiech) Oglądam bez cygara. Jesienią i zimą palę je rzadziej, ponieważ żona wygania mnie z domu. Mam do tego rytuału przygotowane specjalne pomieszczenie, a kiedy jest trochę cieplej, to palę na dworze.

— Pytam o te filmy, ponieważ wielu widzów chciałoby pana zobaczyć w głównej roli mafioza.
— O, bardzo chętnie. Dostawałem propozycje poważnych ról w ostatnich latach, w czasie, kiedy byłem już rozpoznawalny. Z drugiej strony przez „Miodowe lata” byłem utożsamiany z komedią. To zawsze były moje zwycięstwa i, można powiedzieć, sukcesy, ponieważ byłem doceniany nagrodami aktorskimi i szacunkiem widzów. Do dzisiaj dostaję e-maile z gratulacjami, szczególnie za „Tajemnice twierdzy szyfrów” Bogusława Wołoszańskiego, gdzie zagrałem rolę majora SS Harry’ego Sauera, zupełnie odbiegającą od mojego wizerunku telewizyjnego. Na Scenie Faktu Teatru Telewizji w „Tajnym współpracowniku” (scenariusz Cezary Harasimowicz — red.) zagrałem autentyczną postać z początku lat 50. Facet był szefem UB w Warszawie, chodził po ulicach i strzelał do ludzi, bo uważał, że ma takie prawo. I za tę rolę również otrzymałem nagrodę. Może dlatego ludzie chcieliby mnie zobaczyć w takiej produkcji. Poza tym moje role komediowe nigdy nie są stricte komediowe. Uciekam od tego i staram się znaleźć w tych postaciach jakiś dramat. Wtedy jest ona ciekawsza, nie mówiąc już o tym, że łatwiejsza.

— Chciałem pana właśnie zapytać, czy łatwiej panu widza wzruszyć, czy rozśmieszyć…
— Znacznie trudniej rozśmieszyć i chyba wszyscy aktorzy to wiedzą. Publiczność myśli, że jak jest lekko, łatwo i przyjemnie, to tak samo lekko się nad tym pracuje. Tak nie jest tak. Do komedii trzeba podchodzić poważnie. Kiedyś przeczytałem artykuł na temat Oscarów. 70 proc. tych statuetek przyznawanych jest za role poważne, a tylko 30 proc. za komediowe. To świadczy o tym, że aktorstwo komediowe jest niedoceniane. Znacznie łatwiej jest mi wywołać u widza łzę niż uśmiech.

— Tęskni pan za rolami w mundurze?
— Oczywiście, bo są one ciekawsze. Raz, że się trochę chowamy za ten mundur. Dwa, zupełnie zrywamy z dotychczasowym wizerunkiem. Kiedy pierwszy raz założyłem hitlerowski mundur, to zobaczyłem w lustrze zupełnie innego faceta. Role kostiumowe są zupełnie inne niż amanckie czy inne jakieś takie obojętne.

— Ale nie może pan narzekać na brak zajęcia. 150 spektakli rocznie to bardzo dużo.
— To jest ciężki kawałek chleba i, umówmy się, w teatrze gram głównie w komediach. I tęsknię za poważnymi rolami.

— Zaskoczyła mnie także informacja, że ubiegał się o pan rolę Ryszarda Lubicza w serialu „Klan”.
— No tak, było coś takiego.

— I?
— Nie wyciągnie pan ze mnie nic na ten temat, ponieważ mało z tego zdarzenia pamiętam. Nie pojechałem na casting dla Ryśka Lubicza, tylko z moją żoną Kasią, która startowała do roli Grażynki. A że spóźnił się aktor, który miał jej partnerować w tej scenie, to o partnerowanie poproszono mnie. I oni pomyśleli, że ja mógłbym zagrać tego Ryśka. Na szczęście jednak nie zagrałem.

— Gdyby pan dostał angaż, to…
— …moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.

— I przypięta zostałaby panu łatka, jak Piotrowi Cyrwusowi.
— Dokładnie tak by było.

— A łatki motorniczego Karola Krawczyka z „Miodowych lat” już się pan pozbył, czy w ogóle jej nie było?
— Mam nadzieję, że już się pozbyłem. Dowodem na to jest chyba serial „Ranczo”. Dwiema rolami przebiłem Karola i go zamurowałem. Chociaż on cały czas powraca, ponieważ w telewizji serial ciągle jest powtarzany. I ja również zawsze powtarzam, że nikt nas nie przebił i nie zrobił w Polsce klasycznego sitcomu, kręconego w teatrze na żywo z publicznością. Dlatego ten serial wciąż cieszy się popularnością. Z pracy przy tym serialu pamiętam pewne obrazy i nieraz, jak trafię na „Miodowe lata” w telewizji, to oglądam kawałek odcinka, żeby sobie przypomnieć tamte czasy.

— Wierzy pan w każdy komplement, jaki pan usłyszy?
— Bardzo bym chciał. Komplementy są miłe.

— Lubi pan, jak ktoś pana krytykuje albo poucza?
— Nie.

— Czy jest pan zdystansowanym samotnikiem?
— Tak.

— Jest pan prawdziwym Karolem Krawczykiem!
— Na to wychodzi. (śmiech)

— Kiedy ostatnio był pan w Olsztynie?
— Jakieś trzy miesiące temu przyjechaliśmy z przedstawieniem. Poza tym niedaleko Giżycka buduję dom i niedługo Olsztyn będzie moim miastem wojewódzkim. Rodzinę w Olsztynie również odwiedzam, chociaż częściej rodzina odwiedza mnie w teatrze. Miasto pamiętam z młodości, kiedy jeszcze żyła mama Staszka Drozdy (Stanisław Drozda jest doktorem na Wydziale Matematyki i Informatyki UWM i młodszym bratem satyryka Tadeusza Drozdy; został wybrany Belfrem Roku 2014 na UWM — red.). Pamiętam nasze wypady nad jezioro Pluszne. Z Warmią kojarzą mi się także moje pierwsze kolonie w Olsztynku.

— Pański kuzyn Tadeusz Drozda zainspirował pana do występów na scenie?
— W pewnym sensie tak. Rok po studiach dostałem propozycję, żeby spróbować sił na estradzie. Bardzo się bałem, ale że rozczarowałem się teatrem, skorzystałem z okazji. Spędziłem tam 4 lata i to był świetny okres w moim życiu pod względem finansowym i zawodowym. Przestałem bać się publiczności i spojrzeć na nią. Po 4 latach doszedłem jednak do wniosku, że muszę wrócić do teatru, bo tam jest moje miejsce.

— Brzeg Dolny, z którego pan pochodzi, słynie z przemysłu chemicznego jeszcze od czasów drugiej wojny światowej. Rodzice nie mówili, żeby zajął się pan „normalnym” zawodem?
— Mama myślała, że będę nauczycielem, jak połowa mojej rodziny. Na szczęście nie dostałem się na romanistykę.

— Wiem, przez „Placówkę” Bolesława Prusa.
— Wszystko pan o mnie wie. Poległem na tej powieści, bo nie sądziłem, że trzeba zdawać także z literatury polskiej. Przez rok chodziłem do szkoły pomaturalnej. Chciałem uniknąć wojska. Po roku złożyłem papiery do szkoły teatralnej i, o dziwo, dostałem się. I zostałem.

— Przeczytałem gdzieś, że do egzaminów podszedł pan bardzo poważnie.
— To były czasy przedinternetowe i pzedkomórkowe. Pamiętam, że wysłałem do szkoły list, żeby mi napisali, co trzeba przygotować na egzamin. Zastosowałem się, najlepiej jak potrafiłem, do wszystkich wytycznych. Nie miałem przecież żadnego pojęcia o aktorstwie, pochodziłem z niewielkiej miejscowości i do czasów studenckich w teatrze byłem może ze cztery razy. Myślę, że komisji spodobałem się jako nieopierzony i surowy dziwoląg z małego miasta.

— Chodziło mi o to, że specjalnie na egzaminy schudł pan kilkanaście kilogramów.
— A, w tym sensie pan pyta. Jakiś idiota mi powiedział, że na aktorstwo nie przyjmują grubych. Motywacja była więc gigantyczna i bardzo szybko zrzuciłem chyba z 18 kilogramów. Mama była przerażona, a ja się dostałem na studia. I co? Usłyszałem na korytarzu od jednego z profesorów, że się cieszą z przyjęcia charakterystycznego grubasa. Wydawało mi się, że już chudszy nie mogę być. Wtedy to nie był komplement, ale dzisiaj się z tego śmieję.

— A co z pianinem i syrenką rodziców?
— Pianino stoi w moim domu do dzisiaj. Na razie nie brzdąkam, zostawiam to na emeryturę. A syrenka jest w moich myślach i zdarza mi się zobaczyć w Warszawie takie auto. Wtedy wracam pamięcią do naszej pierwszej rodzinnej syrenki 104 z drzwiami otwieranymi do przodu.

— Którą podbierał pan rodzicom.
— To było w liceum. Wiedziałem, gdzie są klucze i jak rodzice byli w pracy, to woziłem tą syreną kumpli i dziewczyny.

— Czeka pan na ciekawe role?
— Nie, ja po prostu staram się rzetelnie uprawiać zawód. Każdy powinien robić to, do czego został stworzony i co potrafi robić najlepiej.

— W jednym z wywiadów przyznał pan, że jest ponurakiem.
— To prawda. I chyba większość aktorów komediowych tak ma. Zostawiamy tyle energii na scenie i przed kamerą, że w życiu prywatnym nie tryskamy humorem na lewo i prawo.

— Podczas naszej rozmowy ani razu nie odczułem, że jest pan ponurakiem.
— Bardzo się cieszę! (śmiech)

Cezary Żak urodził się w 1961 roku w Brzegu Dolnym. W 1985 r. ukończył studia na Wydziale Aktorskim PWST we Wrocławiu. W latach 1985-1986 i 1990-1995 występował w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, w latach 1995-1996 w Teatrze im. Norwida w Jeleniej Górze, a od 1997 do 2006 roku był aktorem Teatru Powszechnego w Warszawie. Obecnie jest związany z warszawskimi teatrami fundacji Krystyny Jandy: Polonią i Och-Teatrem. Znany z ról w serialach telewizyjnych, m.in. „Miodowe lata”, „Ranczo” i „Ludzie Chudego”. Jest mężem aktorki Katarzyny Żak i kuzynem satyryka Tadeusza Drozdy.
Źródło: Filmpolski.pl








Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB