Wtorek, 18 czerwca 2019. Imieniny Elżbiety, Marka, Pauli

Z Ryśkiem Riedlem z Dżemu wymienił kapelusz na harmonijkę

2015-09-19 12:20:12 (ost. akt: 2015-09-19 12:11:53)
Krzysztof Toczko: Krzysztof Toczko: Staram się wszystko robić dla ludzi. Bez nich moja praca nie miałaby sensu. To piękne, że nawet gdy gramy po raz trzeci z rzędu w tym samym mieście, mamy pełną salę

Krzysztof Toczko: Krzysztof Toczko: Staram się wszystko robić dla ludzi. Bez nich moja praca nie miałaby sensu. To piękne, że nawet gdy gramy po raz trzeci z rzędu w tym samym mieście, mamy pełną salę

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

W Dżemie grał na akordeonie i „przeszkadzajkach”, w Zdrowej Wodzie awansował na gitarę. Z Partyzantem, czyli Krzysztofem Toczko, wirtuozem gitarowego tapingu oburęcznego, rozmawia Łukasz Wieliczko.

— Byłem wczoraj na znakomitym koncercie (rozmawialiśmy w środę — red.). W Olsztynie zagrała Zdrowa Woda. Mówi ci coś ta nazwa?
— Mówi mi i cieszę się bardzo, że miałeś taką przyjemność.

— Ciebie w zespole nie ma już dwa lata, ale masz świetnego zastępcę. „Baran”, czyli Krzysztof Baranowicz, jest kapitalnym, szalonym klawiszowcem i przy tym jeszcze całkiem zdolnym harmonijkarzem. Twoich dźwięków jednak brakuje.
Rysiek był niesamowicie otwartym na ludzi, ciepłym człowiekiem. Bardzo wrażliwym, co słychać w jego muzyce. Prostym, ale nie prostackim, czytelnym i szczerym. Był konsekwentny we wszystkich swoich działaniach, także tych, które go zabijały.
— Krzysiek to multiinstrumentalista, gra również na gitarze i kiedy ze sobą rozmawialiśmy, mówił, że tę drugą gitarę, jeśli będzie potrzebna, też dogra... Wydaje mi się, że chłopaki znaleźli fajną formułę na swoje granie i ta nowa płyta będzie fajnym wydawnictwem dla fanów zespołu.

— Ale ja tak naprawdę nie o tym... Ma być o tobie. Skąd się wziął twój pseudonim?
— Ciągnie się za mną jeszcze od podstawówki. Koło szkoły był las. Wstyd się do tego przyznać, ale do tego lasu zwykliśmy chodzić na wagary. Jedna z pań nauczycielek przy czytaniu listy obecności, kiedy wróciłem do szkoły po dość długiej przerwie, skomentowała to: „O, partyzant wrócił”. I to do mnie przylgnęło.

— Do dużej polskiej muzyki wszedłeś partią akordeonu na „Autsajderze” Dżemu... Jak się w ogóle znalazłeś w Dżemie?
— Pod koniec lat 80. chłopaki założyli spółkę cywilną i chcieli uregulować kwestie formalne dotyczące ich utworów. Szukali kogoś, kto rozpisałby w nutach płytę „The band plays on” do ZAiKS-u. Zaprzyjaźniony zespół Dragon (grupa Jarosława Gronowskiego, późniejszego gitarzysty KAT-a — red.), któremu wcześniej to robiłem, polecił im moje usługi. A że byliśmy z jednej miejscowości, bo w Katowicach Piotrowicach mieszkali wtedy i do dziś mieszkają Beno Otręba, Adam Otręba, a mieszkał też św. pamięci Paweł Berger, więc połowa Dżemu, więc przyszli do mnie i zaproponowali mi to. Poznaliśmy się bliżej. Okazało się, że mamy wiele wspólnych muzycznych pomysłów. Najpierw byłem technicznym, potem zajmowałem się fanklubem, aż w końcu zostałem muzykiem towarzyszącym, supportującym. Od 1990 roku występami solo na gitarze otwierałem koncerty Dżemu.

— A akordeon?
— „Autsajder” jest autorstwa Bena Otręby. Byłem u niego i on mówi: „Kurczę, taki folkowy utwór, fajnie by tu brzmiał akordeon”. Przyniosłem więc akordeon, bo grałem na nim, zanim zacząłem grać na gitarze. Ułożyłem naprędce taką partię, która weszła na stałe do tego utworu. Trudne chwile przeżyłem w studiu. Młody, niedoświadczony chłopak... To było dla mnie spore wyzwanie, na szczęście wszystko ograło się na koncertach.

— Pamiętam któryś koncert transmitowany w telewizji, na którym grasz na grzechotkach zrobionych z puszek po pepsi...
— To był akustyczny koncert w Łodzi, grałem tam na wielu instrumentach. W „Autsajderze” był akordeon, w innym utworze gitara akustyczna, no i właśnie przeszkadzajki, tak jak mówisz, wielce autorskiego pomysłu. Fajny to był czas, fajny skład, Rysiek (Riedel — red.) był w bardzo dobrej formie. Miło wspominam te chwile.

— Jurek Styczyński w „Słodkiej” po prostu odleciał, Rysiek słuchał jego solówki z niedowierzaniem... Jurek wciąż czaruje dźwiękami, Ryśka już nie ma, a to była jedna z najwybitniejszych postaci polskiej muzyki. Ty się z nim mocno zakumplowałeś, dzieliłeś z nim pokój na koncertach.
— Mieszkając razem podczas trasy mocno się zżyliśmy. Zresztą przyjaźniłem się z wszystkimi. Do dziś się przyjaźnimy. Największą siłą tego zespołu są właśnie ludzie, którzy go tworzą... Rysiek był niesamowicie otwartym na ludzi, ciepłym człowiekiem. Bardzo wrażliwym, co słychać w jego muzyce. Prostym, ale nie prostackim, czytelnym i szczerym. Był konsekwentny we wszystkich swoich działaniach, także tych, które go zabijały. Człowiek bardzo dobrze się czuł, będąc obok niego. Potrafił się wsłuchać w ludzi, nie tylko w naszym małym gronie, ale też w dużym tłumie. To jeden z jego większych fenomenów. Bo ludzie, artyści, lubią narzucać swoją osobowość innym. U Ryśka było odwrotnie i za to ludzie go kochali.

— O takich ludziach mówi się, że samą swoją osobą wpływają na otoczenie. Czego nauczyłeś się od Ryśka?
— Przede wszystkim pokory. On już za życia uważany był za legendę, ale miał do tego dystans. Mało tego, planował nawet lekcje śpiewu... Wtedy studiowałem wychowanie muzyczne w Cieszynie i opowiadałem mu o emisji głosu. Mówił, że też by mu się coś takiego przydało, jakaś wizyta u takiego fachowca, bo w niektórych utworach czuje, że ciężko mu się śpiewa... Nauczyłem się też od niego konsekwencji. Jako jeden z pierwszych, powiedział mi, że powinienem robić to, co chcę robić, i to, co czuję. Podobały mu się te moje dźwięki na gitarze, a dzięki niemu zacząłem też kompnonować, śpiewać, tworzyć teksty. No i przestrzegł mnie przed ćpaniem. Gdy miałem zapędy, żeby spróbować, gasił mnie, mówił żebym w życiu tego nie robił, bo to syf. Był przestrogą, także dla swoich dzieci. Od kilku lat prezentujemy z Mikołajem programy muzyczno-profilaktyczne „Rysiek przestrzegał mnie przed braniem”, skierowany do młodzieży gimnazjalnej i ponadgimnazjalnej, który opiera się na moich przemyśleniach i doświadczeniach z czasów współpracy z Dżemem. Kładziemy w nim nacisk na rozwój pasji oraz świadome życie bez używek.

— Od Ryśka dostałeś harmonijkę, niezwykłą...
— To harmonijka, którą Rysiek dostał od Ryśka „Skiby” Skibińskiego... Przyjechałem kiedyś w kapeluszu, który kupiłem w czeskim Cieszynie. Spodobał mu się do tego stopnia, że stwierdził, że mi w ogóle nie pasuje, a jemu jak najbardziej. Wyprasował rondo, bo było takie bardziej kowbojskie... — to był ten sam kapelusz, w którym znamy go z różnych zdjęć. W zamian na którymś z koncertów dał mi harmonijkę. Nie dam jej ani nie sprzedam nikomu.

— Ty podobno jesteś w stanie opanować w kilkanaście minut każdy instrument. Prawda?
— Pewnie jest w tym trochę przesady, ale jestem ciekaw różnych instrumentów. Tym głównym jest gitara, ale nie ograniczam się, poszukuję nowych dźwięków, brzmień, harmonii.

— Jakie są te najważniejsze, oprócz gitary, instrumenty?
— Ostatnio przypadło mi do gustu ukulele, czyli — jak to mówi moja żona — mała gitarka, która stroi trochę inaczej i trochę inaczej się na niej gra. Odkąd ten instrument wpadł w moje ręce, to towarzyszy mi na wszystkich imprezach. Można na nim wygrać wszystkie melodie, harmonie... Uczuciem darzę też harmonijkę — może ma niewiele możliwości brzmieniowych, ale daje niesamowitą frajdę. Jest gdzieś ten akordeon, są instrumenty perkusyjne, choć to raczej zostawiam synowi Mikołajowi, który w zespole pełni funkcję rytmicznego. On ogarnia cajon i maszynę do pisania.

— Cajon to wiem, to takie pudełko, na którym się siedzi i można w nie stukać, ale maszyna do pisania?!
— Ostatnio nagraliśmy temat muzyczny „Janosika”, który swoją drogą świetnie sobie radzi na YouTubie. Ja gram na gitarze, Mikołaj zamiast perkusji używa właśnie maszyny do pisania. Tak cajonem i maszyną, można tak podrobić dźwięki perkusji, że wszyscy są zdziwieni.

— Gitarę opanowałeś jako nastolatek przez noc?
— Byłem na koncercie Metalliki 11 lutego 1987 roku w katowickim Spodku. Wtedy postanowiłem zostać gitarzystą. Wróciłem do domu, rodzice już spali, brat również. Obudziłem go i poprosiłem, żeby pokazał mi jakiś akord. Pokazał mi e-moll. Poszedłem do toalety i zacząłem go ćwiczyć. Za chwilę wróciłem po drugi, potem trzeci. W końcu brat dał mi całą tabelę chwytów, żebym radził sobie sam. Skończyło się to tak, że przez noc nauczyłem się wszystkich podstawowych akordów, ale musiałem zrobić sobie długą przerwę, bo palce odczuły to zbyt mocno — musiały się pogoić. A jak się już zagoiły, to trenowałem po kilkanaście godzin dziennie.

— Uchodzisz za światowego wirtuoza tapingu oburęcznego. Jakbyś wytłumaczył laikom, czym jest taping?
— To specyficzny sposób wydobywania dźwięku. Obie ręce traktujemy równorzędnie, każda z nich wydobywa dźwięk z gitary, samym uderzeniem palców w struny na gryfie, nie tak jak przy tradycyjnej metodzie, gdzie jedna ręka przyciska dźwięk na gryfie, a druga potrąca strunę. Daje to takie możliwości, że można prowadzić dwie niezależne linie melodyczne lub grać na dwóch gitarach jednocześnie. Sama technika to tylko „A”, a żeby powiedzieć „B”, trzeba wykorzystać podzielność umysłu — grać dwie rzeczy naraz. Wielu pianistów tego nie potrafi, że nie wspomnę o gitarzystach. Improwizacja w tej technice, kiedy obie ręce robią co innego, to jest jazda bez trzymanki. Daje to taką satysfakcję, której nie da się z niczym porównać.

— Wszystko da się tak zagrać?
— Wszystko.

— Doceniali cię ci najlepsi, nawet Joe Satriani się o tobie ciepło wypowiadał.
— To było bardzo miłe. Poszedłem się z nim spotkać na targach gitarowych. Ustawiłem się w kolejce, żeby choć chwilę z nim pogadać. Gdy go poprosiłem o autograf, on mówi do mnie: „Ale przecież ty super grasz, słuchałem cię przed chwilą, graliśmy na tej samej scenie”. Miałem przy sobie kamerę i poprosiłem, żeby powtórzył to. „Musicie koniecznie posłuchać tego gościa” — powiedział.

— Grasz różne rzeczy, a czego słuchasz?
— Ostatnio znowu odkrywam Beatlesów.

— Czyli korzenie.
— To dla mnie zawsze był ważny zespół, ich płyty są bardzo różne, ale to melodyczna i harmoniczna kopalnia dźwięków, wieczna inspiracja. Oprócz tego klasyka — Paganini, ale też muzyka filmowa, czy cięższe klimaty jak wspomniana Metallica czy Korn. Jestem też pod wrażeniem Lady Gagi.

— Zaczynała od coverowania Zeppelinów...
— To naprawdę ciekawa osoba, ma talent i pomysł na siebie. Jestem też fanem Michaela Jacksona, miałem okazję poznać Jennifer Batten, z którą współpracował, i zagrać z nią na festiwalu gitarowym w Mosinie.

— Ty sam masz coraz więcej fanów, coraz bardziej oddanych, z którymi masz doskonały kontakt na Facebooku.
— Tu wracamy do Ryśka. Tak jak on, staram się wszystko robić dla ludzi. Bez nich moja praca nie miałaby sensu. To piękne, że nawet gdy gramy po raz trzeci z rzędu w tym samym mieście, mamy pełną salę.

— Taping to trochę niszowa zabawa. Mimo że jesteś wirtuozem tematu... Da się z tego wyżyć?
— Oczywiście, z każdego rodzaju grania się da. Trzeba tylko znaleźć osoby, które chcą tego słuchać. Ale nasze koncerty nie opierają się na wirtuozerii instrumentalnej, eksperymentujemy na różnych polach. Taping jest tylko jednym ze sposobów wypowiedzi, dla mnie kluczową, bo nie da się bardziej subtelnie wydobywać dźwięków.

— A bluesa ci nie brakuje, że wrócę do Zdrowej Wody?
— Z Mikołajem ustaliliśmy kiedyś, że nie będziemy się gatunkowo ograniczać. Najnowsza płyta powinna zaskoczyć fanów. Więcej nie zdradzę. Typowo bluesowy utwór mamy jeden, ale tak naprawdę blues to coś więcej, to sposób odczuwania dźwięków i tak rozumianego bluesa jest dużo w naszym graniu. Współpraca ze Zdrową Wodą czy Dżemem to ważne etapy w moim życiu, ale trzeba iść dalej własną drogą. A wszystkiego naraz nie da się robić, bo w roku są tylko 52 tygodnie.

Rozmawiał Łukasz Wieliczko

Krzysztof Toczko urodził się w 1971 w Mikołowie; gitarzysta i multiinstrumentalista, wirtuoz tapingu oburęcznego. Na początku lat 90. współpracował z Dżemem, w którym grał na harmonijce, akordeonie, instrumentach perkusyjnych i gitarze akustycznej. W latach 1997-2012 był gitarzystą bluesowej Zdrowej Wody, od kilku lat z powodzeniem wraz z synem Mikołajem jako pARTyzant prowadzi działalność solową.
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB