Wtorek, 18 września 2018. Imieniny Ireny, Irminy, Stanisława

Tutaj każdy wyczekiwany gość dostaje koguta i worek jajek


2015-09-05 16:20:24 (ost. akt: 2015-09-05 16:10:39)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

W Beninie je się rękami. Alicja podczas powitalnego posiłku musiała uważać, żeby przypadkiem nie użyć lewej ręki, bo ta służy do rzeczy nieczystych. To tylko jedna z obyczajowych niespodzianek, która spotkała olsztyniankę podczas misji w Afryce. Z Alicją Appelt rozmawia Katarzyna Guzewicz.

— Skąd pomysł żeby jechać na misję do Afryki?
— Gdy szłam na studia medyczne już myślałam o wyjeździe do któregoś z krajów trzeciego świata. Chciałam nauczyć się czegoś pożytecznego i pomagać, a w krajach afrykańskich brakuje wszystkiego. W wiosce, w której mieszkaliśmy były dwa dyspansery, czyli dwie przychodnie. Jedna była państwowa, drugą prowadziły siostry zakonne. To był dla mnie pierwszy kontakt z krajem afrykański, okazja, żeby sprawdzić czy się do tego nadaję. Nigdy nie miałam okazji spróbować życia w takich ciężkich warunkach. Było nas łącznie pięć osób: trzy koleżanki i ksiądz. Wyjazd przez kościół jest najprostszy, bo misjonarze są wszędzie. Dzięki nim łatwiej dotrzeć do osób potrzebujących pomocy, jest tam też sporo Polaków.

— To kraj bardzo zróżnicowany kulturowo i religijnie. Niedaleko tereny wpływów Państwa Islamskiego. Nie bała się pani?
— Tam sąsiedzi są przyjaciółmi, a ich religia nie ma dla nich znaczenia. Muzułmanie i katolicy żyją wspólnie. Muzułmański krawiec szyje ubrania katolickim księżom. Zdarza się od niedawna, że młodzi muzułmanie są zabierani na szkolenia do Arabii Saudyjskiej i niestety wracają już zmienieni. Benin graniczy z Nigerią, gdzie nie jest najbezpieczniej, ale w ogóle się tego w Beninie nie odczuwa. Ludzie są bardzo przyjaźni. Gdy prowadziliśmy rekolekcje dla dzieci, uczestniczyły w nich też mali muzułmanie. Dostawali od nas medaliki z Matką Boską i nikt nie miał o to do nas pretensji. Te dzieciaki przychodziły też na różaniec, żeby go odmawiać w języku bariba. W ogóle komunikacja bywała zabawna. Ja nie najlepiej mówię po francusku, oni też dość słabo. Rozmawialiśmy więc po francusku i w bariba (śmiech).

— Jak wygląda Biro, miejscowość w której pani mieszkała?
— Jest tam mnóstwo motorków. Czasem podobne obrazki można zobaczyć w Indiach, w Beninie jest dokładnie tak samo. Na jednym motorze jedzie po pięć osób albo więcej. Zdarza się, że ktoś potrafi wieźć na jednym motorze trzy żywe krowy albo ze trzydzieści kur. Udało mi się zrobić zdjęcie mężczyźnie, który w ten sposób transportował trumnę. A na drogach obowiązuje tylko jeden przepis, który mówi, że w mieście trzeba zwolnić. Ale raczej wszyscy jadą jak chcą i używają często klaksonów.

— Pewnie było gorąco. A może trafiła pani na porę deszczową?
— Tak, ale nie padało... Pora sucha zaczyna się tam w grudniu i trwa do maja. Potem powinna zacząć się pora deszczowa, a z nią raz dziennie lub co drugi dzień deszcze i burze. Przyjechaliśmy do Beninu 10 lipca i nie padało od listopada. Studnie zaczynały wysychać, ludzie nie mogli pracować na polach. Pora na wysiewanie bawełny już minęła i została możliwość zasadzenia manioku i kukurydzy. Ziemia jest twarda, a oni uprawiają ją ręcznie, bez maszyn, czy nawet konia.

— Jak wyglądał zwykły dzień na misji?
— Pobudka była o godzinie 6.30. Potem msza i śniadanie, po którym następował podział prac. Jedni malowali kaplicę, obrazy, ikony. Po obiedzie zajmowaliśmy się dziećmi już do wieczora. Tych dzieciaków bywało od kilkudziesięciu do nawet dwustu w ostatnich dniach naszego pobytu. Nas było zaledwie trzy do opieki nad nimi.

— Co się robi z takim tłumem dzieciaków?
— Trzeba okiełznać ten żywioł. Dzieci są tam naprawdę bardzo grzeczne. W Polsce dziecko na mszy prawie roznosi kościół, a tam siedzi bez ruchu. Najwyżej położy się i zaśnie. Maluchy słuchają i robią o co się je poprosi. Gdy dostaną plastelinę, będą lepić tak długo, aż plastelina się skończy. Pamiętam taką zabawną historię. Przywieźliśmy im do zabawy chustę Klanzy, która jest okrągła w kolorach tęczy. Gdy 150 dzieci uczepiło się tej chusty, pojawił się problem, bo były tam i dwulatki i nastolatkowie. Gdy chusta była podnoszona do góry, maluchy wznosiły się razem z nią, a potem odpadały (śmiech).
Robiliśmy im zajęcia, lepiliśmy razem arkę Noego ze zwierzętami, robiliśmy różaniec z bibuły. Były też wystawy tych wykonanych przez nie prac na które zapraszaliśmy rodziców.

Do dzieci możemy dotrzeć tylko poprzez zabawę, w przystępny sposób. Gdybyśmy próbowali prowadzić długie wykłady, jedna połowa by usnęła, a druga uciekła. Stąd taka forma zajęć. Bardzo pomagali nam benińscy ministranci, 15-latkowie. Tłumaczyli nam z języka bariba na francuski. Znacznie lepiej niż dzieci w Polsce znają pismo święte, przypowieści, modlitwy.

— Jak żyją mieszkańcy Beninu? Na zdjęciach widać mnóstwo kolorowych ubrań i uśmiechniętych twarzy.
— To bardzo barwni ludzie. Uwielbiają kolorowe ubrania. Na co dzień mężczyźni chodzą w kolorowych kompletach przypominających piżamy i takie też dostałyśmy my. Uznali, że jako Europejki powinnyśmy dostać stroje męskie, przez co wyglądałyśmy jak w kitlach chirurgów. Tkaniny, z których są uszyte są drukowane w jajka, kurczaki, a nawet w… USB (śmiech). Lubią też elementy sakralne, takie jak logo Caritasu czy twarz św. Jana Bosko, albo bożonarodzeniowe wzory. Kobiety noszą długie spódnice przewiązywane w pasie. Żyją w prymitywnych lepiankach bez okien, które są przykryte blachą, ale każdy z nich ma komórkę z dostępem do internetu. Mają w gospodarstwach zwierzęta, których w ogóle nie pilnują. Kury, barany, kozy i świnie spacerują luzem, ale wszyscy są świetnie zorientowani, który zwierzak do kogo należy.

— O inwentarz nie dbają, pieniędzmi pewnie też się nie przejmują. To co jest dla nich ważne?
— Myślę, że życie rodzinne. To, że są blisko siebie i mają co jeść. Wygląd domu jest sprawą zupełnie nieistotną. Za to wyjątkowo dbają o wygląd, mieszkańcy Beninu to bardzo zadbani ludzie. Kobiety mają kunsztowne fryzury pozaplatane w warkoczyki, które są zagęszczone i przedłużone owczą wełną. Wszystkie są zgolone prawie na łyso i do swoich krótkich włosów przyczepiają wełniane pasma. Byli zafascynowani moimi włosami. Tamtejsze dzieci odznaczają się wyjątkową urodą. Rodzice malują im kreski węglem wokół oczu, co jeszcze tę urodę podkreśla. Mają odświętne stroje, które zakładają w niedzielę. A mężczyźni i kobiety noszą kolczyki w uszach.

— Czyli różnice kulturowe na każdym kroku. Coś panią szczególnie zaskoczyło?
— Życie jest tam dużo wolniejsze. Zanim przyjechałam do Afryki, żyłam w ciągłym pędzie, bo miałam dużo pracy, spałam po dwie- trzy godziny na dobę. Tam panuje błogi spokój. Jeśli umawiałam się z kimś na 15., to jeśli pojawi się o 17. trzeba się było cieszyć. Na początku ciężko było się do tego przyzwyczaić.
Ciekawym doświadczeniem było zaproszenie do domu. Mieszkańcy czekali na nas, bo wiedzieli, że mamy się pojawić. Przynieśli nam koguta i worek jajek. Witają w ten sposób tylko wyczekanego gościa, a na nas czekano pół roku. Przyjął nas zarówno ich prezydent, jak i król wioski.
Szokiem było dla mnie to, że musiałam jeść z nimi rękoma. Do tego musiałam uważać, żeby przypadkiem nie użyć lewej ręki, bo ta służy do rzeczy nieczystych, czyli na przykład podczas korzystania z toalety. Podczas posiłku trzymałam tę rękę kolanem, żeby tylko przypadkiem nie dotknąć jedzenia, bo pani domu musiałaby wtedy je wyrzucić. Podczas posiłku jedliśmy dibu, czyli kaszkę z kukurydzy. Po prostu ręką zagarniało się kulkę dibu, po czym moczyło się w ostrym, klejącym sosie. Z innego garnka, też ręką, wyciągało się ser kozi. Pan domu gdy widział, że mam pustą rękę, sam wkładał mi do niej jedzenie. Niedopuszczalne byłoby, gdybym wyszła głodna. Cieszyli się, że mają gościa w domu.

— W Beninie są wyznawcy Voodoo. Spotkała ich pani?
— Tak, sprzedają na targach amulety. Są to na przykład głowy szczurów, wyroby z kości słoniowej. Na południu kraju w Kotonu znajduje się strefa Voodoo — są kościoły i nawet świątynia założona w czasach kolonialnych. Lepiej się na wszelki wypadek od tego trzymać z daleka... Wolę nie mieć nic wspólnego z czarną magią.

— Zamierza panie jeszcze kiedyś wyjechać na misję do Afryki?
— Podczas tej wyprawy byłam kilka razy w przechodni, w której leczy się niedożywienie u dzieci. Pomagałam też przy wcześniakach. To było w nieco większej miejscowości niedaleko wioski Biro. Ciekawe jest to, że gdy dziecko raz trafi tam z powodu niedożywienia, rodzina tak się tym przejmuje, że to się już nie powtórzy. Chciałabym teraz skupić się na pomocy chorym, pracować w szpitalu. Lubię dzieci, ale taki rodzaj pomocy nie pozwala mi na rozwijanie się w dziedzinie medycyny. Mieszkańcy Beninu to wspaniali ludzie. Uważam, że więcej zyskałam na tym pobycie niż oni. Gdy wyjeżdżaliśmy, powiedzieli, że jest im smutno i że mamy szybko do nich wrócić.

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB