Sobota, 21 lipca 2018. Imieniny Danieli, Wawrzyńca, Wiktora

Basista zespołu Tune: Jestem osobą, która mało mówi, za to dużo obserwuje i widzi

2015-08-29 20:20:46 (ost. akt: 2015-08-29 20:32:06)

Autor zdjęcia: mat. zespołu/Grzegorz Kostulski

O tożsamości w świecie technologicznych gadżetów, oplu vectra w gazie, reggae i życiu nie po to, by mieć na kolejną plazmę. Z Leszkiem Swobodą, basistą zespołu Tune, rozmawia Łukasz Wieliczko

— W ubiegłym roku w lipcu mieliśmy okazję poznać się przy okazji koncertu w Kętrzynie. Wtedy przemaglowałem Kubę i Adama... Pamiętam, że po wywiadzie tak was słuchałem i słuchałem... I wiesz, do jakiego wniosku doszedłem? Że ten basista wcale nie jest tłem dla kolegów frontmanów.
— Miło mi to słyszeć, staram się, żeby ten bas był wyrazisty.

— Wtedy byliście u progu nagrania kolejnej płyty. Płyta wyszła i chyba znowu została przyjęta z pewnym entuzjazmem. Nie tylko w Polsce.
— Chyba tak, choć to płyta trochę inna niż pierwsza. Ale o to nam chodziło, żeby nie powtarzać siebie, żeby wyjść z pewnej pułapki, którą sami na siebie zastawiliśmy, w związku z charakterystycznym brzmieniem pierwszej płyty.

— Pytałem chłopaków o to, o co wszyscy was pytali po pierwszym albumie.
Akordeon... Zrezygnowaliście z niego, bo mieliście już dość opowiadania tej samej historii? Nie chcieliście być „tymi od akordeonu”?
— Akordeon był kwestią pewnego brzmieniowego eksperymentu na „Lucid Moments”. Stwierdziliśmy, że chcemy rozwinąć się muzycznie. Z każdą płytą chcemy robić coś innego, eksplorować nowe brzmienia, to nasza droga. Choć pewnie łatwiej byłoby opanować coś do perfekcji i na tym bazować.

— „Zmiany, zmiany, zmiany” — jak u Barei. To teraz pewnie wszyscy pytają, czemu zrezygnowaliście?
— Takie pytania się pojawiają. Chcieliśmy zaskoczyć słuchaczy. Jarają nas nowe brzmienia, nowe inspiracje. Słuchamy naprawdę różnych rzeczy, no i sami jesteśmy z roku na rok bardziej doświadczonymi muzykami.

— Stylistycznie na tej drugiej płycie bliżej wam do klasycznego rocka, niekoniecznie progresywnego.
— Nigdy nie staraliśmy się trzymać jednego gatunku. Użycie tego akordeonu na pierwszej płycie i sama jej tematyka ukierunkowały nas w mediach na ten rock progresywny. To nie było do końca zamierzone — nigdy nie mówiliśmy progrock i nic więcej na świecie. Na drugiej płycie zmieniliśmy instrumentarium więc i brzmienie się nieco zmieniło.

— Ta płyta chyba najbardziej twoje dziecko. To ty jesteś ideologiem tego zespołu. To ty opowiadasz, tyle że ustami Kuby.
— Ja piszę teksty, a wokół nich budowany jest aranż utworu. Te dwie płyty to wynik pewnych rzeczy, które gdzieś tam we mnie siedziały, a które chciałem z siebie wyrzucić. A że nie jestem zbyt dobry w śpiewaniu... (śmiech) zostawiłem tę rolę Kubie. Wolę być trochę na uboczu. W każdym zespole wokalista i gitarzysta to główne filary, a my z perkusistą coś tam sobie z tyłu klepiemy (śmiech).

— Lubisz piłkę nożną?
— Nie oglądam za bardzo, czasem, jak coś ciekawego się dzieje.

— A jak cię w Łodzi, gdzie mieszkasz, pytają: Widzew czy ŁKS, to co odpowiadasz?
— Jestem z Rzeszowa, przyjezdny, także się nie mieszam (śmiech).

— Pytam, bo w piłce nożnej mówi się, że bramkarz i środkowy obrońca, czyli ci ludzie, którzy grają z tyłu, widzą na boisku więcej i dzięki temu kontrolują całość.
— Mogę się pochwalić, że w podstawówce, na SKS-ie, byłem kapitanem drużyny i grałem na obronie (śmiech).

— Z wykształcenia jesteś anglistą?
— Tak.

— A socjologii nie liznąłeś? Bo „Identity” to właśnie taka trochę socjologiczna płyta. Przykład? Utwór „Trendy girl” — o modnisiach, pustych lalach.
— Generalnie jestem osobą, która mało mówi, ale dużo obserwuje. Sporo rzeczy widzę, a przynajmniej staram się zobaczyć. Potem to wszystko mielę w głowie i wypuszczam na świat. Więc raczej socjologia praktyczna — przytomna obserwacja.

— I takie „Trendy girls” zdarzają się na koncertach? Na koncertach albo po nich?
— To chyba nie jest ta publika (śmiech). Ale wystarczy w piątek czy w sobotę wieczorem na trzeźwo przejść się na spacer i kilka rzeczy można podpatrzeć.

— Najbardziej wbija się w mózg fraza z utworu „Crackpot”: „No Mac, no iPod and Jobs is not my god”. Steve Jobs nie dla wszystkich jest bogiem?
— Jest w tej chwili coś takiego... Podążanie za znaczkami, markami. Kiedyś byliśmy na koncercie w Berlinie. Siedzieliśmy w jakiejś modnej restauracji dla modnych ludzi, bo tam nas zaproszono. Każdy przy stoliku siedział ze swoim MacBookiem... Ci wszyscy niby-indywidualiści wyglądali dokładnie tak samo[/b]

— Oryginalne pokrowce na MacBooki mają dziurkę, żeby było widać jabłuszko umieszczone z tyłu ekranu.
— No właśnie o to chodzi. Identyfikacja siebie poprzez przedmioty... Mamy taki czas ślepego podążania za modą, gloryfikowania, ubóstwiania pewnych przedmiotów, które powinny nam tylko pomagać w życiu i ułatwiać pracę.

— A jednak wielu ludzi wkoło żyje tylko po to, żeby zarobić na kolejnego i-phone'a, plazmę w HD, dom, lepszy samochód z automatyczną skrzynią, wycieraczkami i strefową klimą. No i po to, żeby w weekend wyskoczyć „na miasto”. Schemat życia.
— Schemat życia, który świadomie odrzucam. Błędne koło.

— Uwaga, podchwytliwe pytanie: jakim samochodem jeździsz?
— (śmiech) Opel vectra c kombi na gaz. Nie ma nudniejszego samochodu na świecie. Ale można przewieźć i sprzęt na koncert, i zrobić remont w domu. Drzwi i szafa do środka się mieszczą.

— A jaki masz telefon?
— (śmiech) Najtańszy, jaki znalazłem na rynku: chiński smartfon. Dlatego smartfon, bo potrzebuję nawigacji i czasem korzystam z Facebooka. A ten model wybrałem dlatego, że ma baterię większą niż wszystkie inne — trzyma trzy dni.

— Czyli decydują kwestie praktyczne?
— To przedmioty codziennego użytku, które mają mi służyć, a nie świadczyć o moim statusie.

— Trzecie pytanie: masz telewizor?
— Nie.
— To tak jak ja.
— Nie mam i jestem z tego dumny. Od 12 lat nie oglądam telewizji. W moim domu rodzinnym był telewizor, ale też nigdy nie było sytuacji, żeby był włączony cały czas. Tata oglądał czasem mecze lub kanały przyrodnicze w stylu Animal Planet. Człowiek inaczej funkcjonuje, kiedy nie ma obok tej gadającej głowy.

— Ostatnie pytanie z kategorii „mieć czy być”: kredyt na głowie jest?
— Nie mam i nie zamierzam brać. Jeszcze na studiach wziąłem kredyt na gitarę, na której zresztą cały czas gram. To był jeden wielki stres, kiedy co miesiąc dzwoniła pani i pytała, dlaczego w tym miesiącu opóźniam spłatę. Mieliśmy też kredyt na pierwszą płytę, ale tam na szczęście rozkładało się to na pięciu, więc było łatwiej.

— Czyli muzyka jest na kredyt... „Identity” — „Tożsamość”... Kim jest Leszek Swoboda?
— Odludkiem, człowiekiem, który nie do końca przystaje do kreowanej przez media i koncerny rzeczywistości. Nie pasuje mi pewien format narzucany odgórnie i presja społeczna, która jest wywierana na jego przyjęcie.

— Ty jesteś na wskroś normalny. Trampki, czarna koszulka... Nawet włosów długich nie masz.
— W podstawówce miałem jako jedyny, wszystkim na przekór.

— I dlaczego ściąłeś? Długość włosów przestała mieć znaczenie?
— Ze względów praktycznych (śmiech). Poza tym chyba mimo wszystko lepiej wyglądam w krótkich.

— Gdzie tu szaleństwo?
— Szaleństwo... Szaleństwo tak naprawdę jest w muzyce, w tworzeniu dźwięków z niczego, z niebytu. Koncerty, które dają mi tyle adrenaliny, że zastępują mi szaleństwo „na mieście”.

— Zapytam cię jako obserwatora... Dużo jest takich ludzi jak ty, którzy żyją wbrew wspomnianemu wcześniej schematowi?
— Chyba coraz więcej. Na pewno więcej niż 10 lat temu. Słyszałem nawet, że jest taka nowa subkultura — normalsi.

— I nie chodzi o waszych kolegów po fachu z Łodzi...
— Nie, nie chodzi o zespół. O grupę ludzi, którzy szczycą się tym, że są normalni. To bardzo ciekawe.

— (śmiech) Paradoks świata. Normalni ludzie grupują się w subkulturę.
— No tak, słyszałem, może to taki żart? A tak na serio — wydaje mi się, że tych trzeźwo myślących ludzi przybywa. Może dlatego, że internet wyparł telewizję?

— Podobno coś szykujecie. Znowu będzie stylistyczny zwrot?
— Rzeczywiście, jesteśmy na etapie kończenia materiału na trzecią płytę. To będzie kolejne zaskoczenie brzmieniowe. Ale nie tylko brzmieniowe, także jeśli chodzi o samą koncepcję nagrywania płyty. Tym razem postanowiliśmy nie robić koncept albumu. Na pierwszej płycie było zagubienie, tu tożsamość. Teraz tekstowo chciałem dać się ponieść muzyce.

— Narzuciliście szybkie tempo.
— Ale to nie dlatego, że goni nas jakiś kontrakt, mamy wolną rękę. Po prostu — głód twórczy.

— Nie boicie się, że będzie to płyta nierówna, taka jak ostatni album Comy, nazwany — nomen omen — „Na pół”?
— Chodzi o inną koncepcję. Chcieliśmy z Adamem, aby dźwięki wskazywały tematykę utworu, aby nie było wcześniej sztywno określonych ram. Chcieliśmy popłynąć, nie ograniczać się pewną wizją.

— Mówiąc językiem hip-hopowym — freestyle?
— To chyba dobre określenie.

— Jaką część swojej osobowości pokażesz? Jeśli wszystko ma swoją jasną i ciemną stronę, to może teraz tą jasną?
— Chyba nie (śmiech). Na pewno nie będzie piosenek superradosnych. I Adam, i ja jako twórcy mamy jakiś charakter.

— Tak idę w stronę „Dark Side of the Moon” Pink Floyd. To sztandarowy koncept album. Obaj chyba uważamy, z tego, co się orientuję, tę płytę za jedną z najważniejszych. Tam pada taki cytat, że nie ma ciemnej strony księżyca. Pamiętasz dalszy ciąg?
— Tak, jak najbardziej.

— To rzeczywistość jest mroczna... Trochę chyba tak jest, jeśli mówimy o tej „radosnej” muzyce, że nie ma sensu śpiewać o niczym.
— I tym razem nie będziemy. Tu też będą pewne teksty obserwacyjne. Ale jak człowiek jest superradosny, to trudno pewne obserwacje poczynić. Do tego jest potrzebne krytyczne spojrzenie.

— Czyli pewnie reggae nie nagracie...
— Nie, nie (śmiech). Z pewnością nie. Zresztą polskie reggae to chyba jednak nie do końca dobry pomysł. U nas tak to wygląda, że pewne utwory z ostatniej płyty sugerują, co się będzie działo na następnej, w którą stronę będziemy się rozwijali. Na „Lucid Moment” klimat „Identity” nakreślały „Masquerade” i „Dr. Freeman”. Tym razem taką wskazówką jest „Live to work to live”. Będziemy zmierzać w tym kierunku.

Zespół Tune powstał w 2009 roku w Łodzi. Tworzą go: Adam Hajzer (gitara), Leszek Swoboda (bas), Wiktor Pogoda (perkusja), Janusz Kowalski (akordeon, instrumenty klawiszowe) i Kuba Krupski (wokal). Ich muzyka oscyluje pomiędzy art rockiem i rockiem progresywnym. W 2011 roku łodzianie wydali debiutancką płytę „Lucid Moments”, która specyficzne brzmienie osiągnęła m.in. dzięki zastosowaniu akordeonu. Ich druga płyta „Identity”, z charakterystyczną okładką przedstawiającą nadgryzioną postać ludzką, nawiązującą do logo Apple'a, opowiada o tożsamości w technologicznym świecie.


Łukasz Wieliczko

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB