Quantcast

Sobota, 26 września 2020. Imieniny Cypriana, Justyny, Łucji

Obecnie tylko poeci czytają poetów

2015-08-08 10:40:10 (ost. akt: 2015-08-08 10:15:19)
Hanna Brakoniecka, pisarka i artystka, przyznaje, że czasem zdarza się jej poprawiać swoich znajomych z kręgu kultury.

Hanna Brakoniecka, pisarka i artystka, przyznaje, że czasem zdarza się jej poprawiać swoich znajomych z kręgu kultury.

Autor zdjęcia: Natalia Nadzieja

Z Hanną Brakoniecką, pisarką i artystką rozmawiamy o kulturze słowa, poezji oraz propozycjach artystycznych Olsztyna. Nasza redakcja 2015 rok ogłosiła Rokiem 2015.

— „Gazeta Olsztyńska” ogłosiła rok 2015 rokiem kultury na Warmii i Mazurach. Co pani o tym sądzi?
— Uważam, że to dobra inicjatywa. Bardzo cieszą mnie i podnoszą na duchu takie akcje, ponieważ obecnie kultura jest traktowana przez nas po macoszemu.

— To znaczy?
— Samych inicjatyw kulturalnych w Olsztynie jest naprawdę dużo, ale my z nich nie korzystamy. Oferta kulturalna w stolicy Warmii i Mazur jest bogata, sama codziennie dostaję po kilka zaproszeń na różnego rodzaju wydarzenia. Z jednej strony cieszy mnie to, że tak wiele się dzieje, a z drugiej smuci, że na spotkaniach kulturalnych cały czas można dostrzec tylko te same twarze.

— Które dziedziny kultury są najbardziej zaniedbane?
— Wszystkie! Literatura, filmy, muzyka... Tzw. kultura wysoka nie jest już promowana i popularyzowana przez media i docierają do niej tylko te osoby, które mają taką świadomość. Większość niestety przyjmuje to, co się po prostu sprzedaje bez żadnej refleksji, a wiadomo, że sprzedaje się taka sztuka, która niekoniecznie jest dobra. Przykładowo, kiedyś widziałam, że na koncert osoby, która ma talent i klasę, przyszła zaledwie garstka ludzi. Z kolei na koncert pani z telewizji z wątpliwym talentem, ale znanej, przybyły tłumy. Wniosek? Wielka sztuka jest coraz bardziej schowana za blichtrem i tym, co potrafi się dobrze sprzedać.

— A jak to jest poezją? Pytam, bo w końcu na co dzień żyje pani z poetą, czyli ta dziedzina kultury jest stale obecna w pani życiu.
— Żyję z rozszalałym metafizycznym poetą, jak lubię często nazywać Kazika (śmiech). Jeśli chodzi o poezję samą w sobie, to muszę przyznać, że obecnie tylko poeci czytają poetów. Młodzi twórcy nie czytają nawet podstawowej poezji i często żyją w przekonaniu, że piszą świetne, błyskotliwe teksty. Tymczasem wszystko już zostało napisane i powiedziane w najpiękniejszy sposób, w jaki tylko mogło. Poezja ma się źle także w tym sensie, że już nie czytamy jej głęboko. Jeśli już komuś wpadnie wiersz w rękę, to nie stara się doszukać jego prawdziwego sensu. Sporą winę za to ponoszą nowoczesne technologie i to, że obecnie wszystko chcemy mieć na już, a zrozumienie poezji wymaga czasu.

— Zajmuje się pani także tworzeniem zabawnych książeczek z tzw. historyjkami z życia. Jak zaczęła się u pani ta pasja?
— Same rysunki sytuacyjne zaczęłam robić ponad 30 lat temu, kiedy zakochałam się w Kaziku. Życie z metafizycznym poetą nie jest łatwe i mogłam albo płakać, albo śmiać się z pewnych sytuacji. Oczywiście wybrałam śmiech! Następnie nasza rodzina zaczęła się powiększać, pojawiły się dzieci, wnuki. Bardzo chciałam zatrzymać te chwile i postanowiłam rysować rożne sytuacje do kronik rodzinnych. A 10 lat temu zaczęłam je systematyzować i porządkować oraz robić 20-stronicowe książeczki dla przyjaciół. Obecnie kolekcja książeczek mocno się rozrosła i mam ich już ponad 100. To sytuacje rodzinne, ale nie tylko. Łapię wszystkie chwile, które mnie zaciekawiają, śmieszą, o których myślę, że warto je zatrzymać w tej formie.

— Wiele z tych sytuacji znalazło się w państwa wspólnym projekcie „Na cztery ręce. Habra: Nie mam czym, czyli rysunki Hanny Brakonieckiej; Kabra: Myśli na wynos, czyli aforyzmy Kazimierza Brakonieckiego”.
— Nasza wspólna książka zawiera aforyzmy Kazimierza dotyczące sytuacji społeczno-politycznej oraz właśnie moje rysunki. Myślę, że to naprawdę ciekawe połączenie, chociażby poprzez zderzenie naszych zupełnie innych charakterów!

— W jakich wydarzeniach kulturalnych bierze pani udział prywatnie?
— Jestem już w takim wieku, że chyba najbardziej lubię usiąść w fotelu obok męża i obejrzeć film z płyty (śmiech). Ale oczywiście korzystam z naszej szerokiej oferty kulturalnej, choć także często zdarza mi się odmówić udziału w jakimś wydarzeniu. Staram się często chodzić do kina, oczywiście biorę także udział w Olsztyńskim Literackim Miesięczniku Mówionym, który redaguję razem z Justyną Artym.

— Czym wyróżnia się miesięcznik mówiony?
— Przede wszystkim, jak sama nazwa wskazuje, jest to „pismo” nietypowe, ponieważ opiera się na słowie mówionym. Są to spotkania z autorami, którzy prezentują swoją twórczość przed zainteresowaną publicznością. W miesięczniku może wystąpić każdy, zarówno początkujący artyści, którzy dopiero rozwijają swój warsztat, jak i wielkie, uznane nazwiska w literackim świecie.

— Skoro jesteśmy przy kulturze słowa, chciałabym także zapytać panią jako polonistkę na emeryturze, jak ocenia pani obecny poziom języka?
— Polonistką na emeryturze jestem z zawodu, ale sercem na pewno nie! Cały czas staram się dbać o język polski. Czasem poprawiam moich znajomych i przyjaciół zajmujących się kulturą, jeśli usłyszę coś, co po prostu brzmi źle. Oczywiście nie chodzi o to, żeby posługiwać się podręcznikowym językiem, ale ludzie kultury powinni władać prawidłowym językiem literackim. Rozumiem, że nasz język się bardzo zmienia i pewne formy, które były uznawane za niepoprawne, są teraz normą, ale faktem jest, że niektóre rzeczy będą zawsze drażnić. Mnie jako człowieka wrażliwego na język drażnią szczególnie sformułowania urzędowe, nie mogę się do nich przyzwyczaić.

Ewelina Zdancewicz

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także