Wtorek, 25 września 2018. Imieniny Aureli, Kamila, Kleofasa

Na osiemnastkę zamiast prawa jazdy kupiłem maszynę do szycia

2015-06-29 11:05:09 (ost. akt: 2015-06-29 10:58:15)
Michał Zieliński, zwyciężca programu "Project Runway, opowiada o początkach swojej przygody z projektowaniem

Michał Zieliński, zwyciężca programu "Project Runway, opowiada o początkach swojej przygody z projektowaniem

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

Kiedy zgłosił się do "Project Runway", nie spodziewał się sukcesu. Wygrał, choć był najmłodszym uczestnikiem programu. Zdeklasował rywali. A dwa dni później wrócił do rodzinnego miasta, aby napisać maturę. Michał Zieliński, z Gdańska opowiada o początkach swojej przygody z projektowaniem.

— Chłopak z Nowego Portu, z rodziny, w której się nie przelewało, bierze udział w jednym z najpopularniejszych programów w Polsce i... wygrywa, deklasując konkurencję. Brzmi trochę jak bajka...
— Moje życie rzeczywiście totalnie się wywróciło po programie, ale nigdy nie analizowałem tego w ten sposób. Ciszę się, że wygrałem i że tak wiele rzeczy zaczęło się nagle dziać, bo pewnie siedziałbym teraz w domu po napisaniu matury i jak większość szukał jakiejś wakacyjnej, nudnej pracy. A tak mogę robić to, co mnie naprawdę interesuje i skupić się na tym, bo nie tylko mam na to czas, ale także zaplecze finansowe po wygranej.

Kiedy zaczynałem projektować, myślałem przede wszystkim, że chcę przygotowywać stroje teatralne, sceniczne
— Spodziewałeś się tego sukcesu? Czy poszedłeś do programu z nastawieniem: co ma być, to będzie?
— Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się nawet, że się tam dostanę (śmiech). Ale kiedy już mi się udało, postanowiłem wyznaczać sobie pewne cele. Początkowo było to założenie, żeby nie odpaść w pierwszym odcinku, żeby potem nie wstydzić się przed znajomymi. A gdy już tak dobrze poszło mi w pierwszym odcinku, stwierdziłem, że moim kolejnym celem będzie dojście do połowy programu. Ale jeśli chodzi o sam finał i werdykt jury, to choć bardzo chciałem wygrać, nie mogę powiedzieć, że się tego spodziewałem. Wiedziałem, że wszystkie kolekcje są dobre, jury ma ciężki wybór i wynik tak naprawdę mógł być każdy.

— Topowy program "Project Runway". Jak to się zaczęło?
— Oglądałem ze znajomymi pierwszą edycję programu. Wszyscy wiedzieli, czym się pasjonuję, więc zaczęli mnie namawiać, żebym też spróbował swoich sił w tym programie. Kiedy więc usłyszałem, że wystartowały castingi w ciągu dwóch dni zebrałem swoje wszystkie projekty od różnych znajomych, żeby to wszystko sfotografować i wysłać ankietę. A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.

— Byłeś najmłodszym uczestnikiem programu, w dodatku tuż przed maturą. Musiało być ci ciężko.
— Obawiałem się, w sumie to wciąż się obawiam, bo wyniki egzaminów maturalnych ciągle przede mną. Ale z drugiej strony, znam swoje możliwości i potrafię ocenić mniej więcej, jak mi poszło. Matematyka, której się tak bardzo obawiałem, nie sprawiła mi większego problemu. Ale był to bardzo ciężki okres. W tym samym czasie szyłem kolekcję finałową i chodziłem do szkoły i zaliczałem przedmioty, które ze względu na nagrania miałem trochę "zapuszczone"... Chodziłem też na korki z matematyki. To był intensywny okres wstawania o 7, żeby pójść spać o pierwszej. Moje życie towarzyskie wtedy umarło. Ale patrząc z perspektywy czasu, takie terminy są motywujące i myślę, że dobrze sobie z tym poradziłem.

— Po wygranej byłeś pewnie cały w emocjach. Zaledwie dwa dni później miałeś pierwszy egzamin. Trudno się było skupić?
— O wyniku wiedziała tylko rodzina, bo wtedy jeszcze nie mogłem nikomu tego powiedzieć. W szkole po prostu uśmiechałem się i próbowałem się od tego odciąć, żeby skupić się tylko na tej maturze i nie pisać potem poprawek.

— A jak zaczęło się to wszystko? Skąd twoja pasja?
— Można powiedzieć, że wszystko było kwestą przypadku. Zanim poszedłem do szkoły średniej, uczęszczałem na zajęcia plastyczne, bo rysowanie było moim hobby, ale nic więcej z tego nie wynikało. Potem przyszedł czas wyboru szkoły średniej. Miałem iść w kierunku chemii i biologii, ale mój znajomy z zajęć plastycznych stwierdził, że chce zostać technologiem odzieży. Czyli po prostu uczyć się, jak wykonywać narysowane przez siebie projekty. Pomyślałem sobie, dlaczego ja także nie miałbym tak zrobić? Po co mam wybierać kierunek, który mnie zupełnie nie interesuje? Stwierdziłem, że chcę iść w tym artystycznym kierunku mimo obaw, że może mi się nie udać. Dwa tygodnie przed rozpoczęciem roku szkolnego zabrałem papiery ze szkoły chemicznej i złożyłem je do technikum.

— Wtedy powstała twoja pierwsza kreacja?
— Tak. Ale za każdym razem powtarzam, że była straszna. I ta praca raczej nie ujrzy światła dziennego, choć mam do niej wielki sentyment. Ale musi minąć wiele czasu, żebym nabrał do niej dystansu.

— Jak na decyzję o przeniesieniu papierów na dość niepewny, artystyczny kierunek zareagowali twoi bliscy?
— Na początku byli bardzo sceptyczni. Przekonałem ich argumentem, że to jest tylko szkoła średnia i że zawsze mogę iść na studia i się przekwalifikować. Złapali haczyk i miałem spokój (śmiech). Ale byli bardzo sceptyczni, bo wiadomo, że facet i zawód projektant... Od razu włączało się wtedy pewne stereotypowe myślenie. Ale nie interesowało mnie to. Z czasem rodzina zaczęła nieco inaczej do tego podchodzić, a po programie wszystko się zupełnie odmieniło. Widzą, że sobie radzę i że to wszystko miało sens. Są moim wielki wsparciem.

— Czy masz już sprecyzowane plany co do przyszłych studiów?
— Na razie chcę być ostrożny. Wybrałem pewną uczelnię w Warszawie, bo i tak to właśnie tam toczy się cały przemysł modowy, a ja muszę być blisko niego. I tak jak wspomniałem, na razie wciąż czekam na wyniki matury.

— Słyszałam, że jtwoja kolekcja jest już dostępna w jednym z butików w Warszawie.
— Są to nowinki z moich kolekcji. Dodatkowo powoli planuję otworzyć sklep internetowy, żeby ludzie z całej Polski mieli możliwość kupienia moich ubrań.

— Poza tym masz już własną pracownię w Nowym Porcie...
— Początkowo w tym budynku, gdzie jest obecnie moja pracownia, mieścił się hotel. Nie istnieje już od 10 lat, na jego miejsce wprowadziło się Stowarzyszenie Nowy Port Sztuki, gdzie chodziłem na zajęcia artystyczne. Pomagałem im w wystawach, był to swego rodzaju wolontariat. Wiedziałem, że mają tam miejsce, w którym mógłbym pracować — po prostu dobre miejsce na moją pracownię. Zapytałem więc, czy mógłbym w nim pracować, a stowarzyszenie się zgodziło. Jedynym minusem było to, że miejsce było w opłakanym stanie i wymagało sporo pracy. Ale zbliżały się wtedy wakacje i to, co podczas nich zarobiłem przeznaczyłem na zagospodarowanie tego miejsca. A zamiast prawa jazdy na osiemnastkę kupiłem sobie własną maszynę do szycia. Rodzina także sporo mi pomogła i w przeciągu kilku miesięcy miałem prawdziwą pracownię.

— Jak opisałbyś styl Michała Zielińskiego?
— Chcę iść w futurystyczny minimalizm. Od początku projektowania stawiałem na nowoczesność i chcę, żeby to był mój znak rozpoznawczy jako projektanta. Choć oczywiście nie zamykam się na inne style.

— A styl codzienny? Jest taki strój, w którym nigdy nie wyszedłbyś z domu?
— Mam strasznie dużo takich rzeczy! Dlatego też na co dzień chodzę w czarnych spodniach i białym albo czarnym t-shirt'cie. To wpasowuje się w mój minimalistyczny styl. Co oczywiście nie przekłada się na to, co projektuję. Dużo ludzi się dziwi, że chodzę w całym czarnym komplecie, a projektuję rzeczy, które są zupełnie inne od tego, co noszę na co dzień. Wielu ludziom wydaje się, że projektant będzie chodził np. w pawich piórach, ale jest to bardzo stereotypowe myślenie.

— Twój styl jest często negatywnie komentowany. Czytasz internetowe komentarze na swój temat?
— Na początku czytałem, potem stwierdziłem, że jeśli dalej będę to robił, to dostanę choroby psychicznej (śmiech). Choć czasami tylko czytam "perełki", które wysyłają mi moi znajomi. Jedną z największych perełek jest komentarz, w którym ktoś sporządził moją analizę psychologiczną pełną lekarskich pojęć. Mam to zapisane do dzisiaj (śmiech).

— Ludzie często zarzucają ci, że twoje kolekcje są niepraktyczne.
— Kiedy zaczynałem projektować, myślałem przede wszystkim, że chcę przygotowywać stroje teatralne, sceniczne. Zamierzałem iść w bardziej artystycznym, niż użytkowym kierunku, przygotowując m.in. artystyczne instalacje. Ale z czasem to ewoluowało i teraz bardziej sprawia mi radość robienie czegoś, co ktoś z chęcią by ubrał i po prostu w tym chodził. Chociaż wiadomo, że na potrzeby sesji mogę zrobić coś, co niekoniecznie nadaje się do noszenia na co dzień, ale dobrze wygląda na zdjęciach.

— Mówisz o artystycznych instalacjach, ale czy twoim zdaniem moda nie zmierza w kierunku absurdu? W końcu dziwne pomysły na wybiegach, takie jak deski na głowie powoli stają się częstym widokiem.
— Sądzę, że moda jest dziedziną sztuki i instalacje typu deski na głowie po prostu służą czemuś wyższemu. Wiadomo, że nie wyjdziemy w tym na imprezę ze znajomymi, tylko jest to stworzone przez artystów jako środek wyrazu.

— Chodzi o to, żeby zaszokować odbiorcę?
— Projektant musi wywołać szum wokół siebie, żeby zostać zauważonym. Poza tym tyle już pokazano na wybiegach, że na dobrą sprawę po prostu ciężko jest zaszokować odbiorcę czymkolwiek. Na pewno potrzeba jest czegoś nowego, bo ciągłe pokazywanie tego samego, byłoby nudne. Ja też wychodzę z założenia, że nie powinno się powtarzać, dlatego kolekcja, którą przygotowuję, ma być czymś totalnie innym niż moje prezentacje w programie.

— Czego zatem możemy się spodziewać po twojej najnowszej kolekcji?
— Nie chciałbym nic zdradzać, żeby po prostu nie zapeszać, bo wiem, jak było podczas tworzenia kolekcji finałowej w programie. Koncepcja, którą wybrałem na początku, zupełnie odbiegła od tego, co stworzyłem na końcu. Miałem pewien pomysł w głowie, ale w sklepie zobaczyłem materiał, który zainspirował mnie do stworzenia czegoś kompletnie innego. Na razie więc nie będę zapeszał i nie powiem, co pokaże Michał Zieliński, ale na pewno będzie to coś zupełnie nowego!

— Czyli inspirują cię konkretne rzeczy?
— Zawsze mam najpierw pewną wizję w głowie. Ale najbardziej uwielbiam moment, kiedy wchodzę do sklepu z tkaninami i je oglądam. To właśnie inspiruje mnie najbardziej. Patrzę na materiał, widzę jak się zachowuje i to, co mogę z niego stworzyć.

Rozmawiała Ewelina Zdancewicz

Michał "Vandis" Zieliński ma 19 lat i pochodzi z Gdańska. Najmłodszy uczestnik programu i zwycięzca "Project Runway". Tegoroczny maturzysta. Swoją przyszłość jako studenta i projektanta wiąże z Warszawą. Ma własną pracownię w rodzinnym Gdańsku, gdzie powstawały jego pierwsze projekty.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB