Sobota, 22 września 2018. Imieniny Maury, Milany, Tomasza

Jacek Cygan: Piosenki wymagają szczerości

2015-06-27 16:56:23 (ost. akt: 2015-06-27 17:02:08)
Z Jackiem Cyganem spotkamy się 25 sierpnia w Olsztynie

Z Jackiem Cyganem spotkamy się 25 sierpnia w Olsztynie

Autor zdjęcia: Hanna Prus

Nie razi go stanie w cieniu artystów, którym pisze przeboje. Żartuje, że najchętniej zostałby w cieniu dużego mężczyzny Ryszarda Rynkowskiego. Jacek Cygan zdradza nam swój sekret na dobre teksty. W sierpniu zobaczymy go na scenie w Olsztynie.


— Pan w ogóle odczuwa, że ma pracę?

— Odczuwam. Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić, jaki stres przeżywa autor tekstów, który chce napisać coś do muzyki, a nie może. Albo wszystko, co powstaje odrzuca, bo nie jest z tego zadowolony. A musi to przecież oddać w określonym terminie, bo to nie jest pisanie wiersza, który można skończyć dzisiaj albo za pół roku. To potworny stres. Nawet niektórzy moi koledzy mówią, że jest on wyniszczający.  



— To który artysta był największym poganiaczem?

— Taka typowa historia, gdzie dzwoniły kolejne telefony w stylu „no i co, napisałeś?”, związana jest chociażby z Ryszardem Rynkowskim. To były czasy, kiedy powstawała piosenka „Wypijmy za błędy”. Przez kilka miesięcy do mnie dzwonił. Cały czas mówiłem mu „Rysiu, myślę”. 



— A teraz o czym pan myśli?

— O tym, że spotkamy się 25 sierpnia w Olsztynie i chciałbym, żeby ludzie na widowni mieli dreszcze zachwytu. 



Trzeba pisać o tym, na czym człowiek zna się najlepiej, o swoim życiu, prawdziwych historiach, przeżyciach. Jeżeli pisze się o nieudanej miłości obcych ludzi, a nie miało się swojej nieudanej, to jak człowiek może się na tym znać?
— Właśnie. W sierpniu zaprezentuje pan w Olsztynie swój spektakl „Życie jest piosenką”. Czym więc nas pan zaskoczy?

— Przede wszystkim zaskoczy fakt zupełnie nowej, momentami wręcz nieprawdopodobnej, sensacyjnej interpretacji moich piosenek przez aktorów Teatru Polskiego. Oczywiście wszyscy znamy Andrzeja Seweryna, Joannę Trzepiecińską czy Natalię Sikorę, ale w tym spektaklu pokazują się z całkiem innej strony. Jak to się mówi, to będzie druga strona księżyca.  



— Słyszałem, że Andrzej Seweryn początkowo nieco wzbraniał się przed śpiewaniem?

— Tak było w istocie. Wzbraniał się mówiąc, że nie ma doświadczenia w śpiewaniu i nigdy nie robił tego na scenie. Ale kiedy usłyszałem, jak interpretuje pewne rzeczy, to bardzo się uparłem. Andrzej jest niesamowitym zawodowcem.  



— A u pana jak było z tym śpiewem?
— Jestem autorem tekstów, więc jestem pod specjalną ochroną (śmiech). Wokaliści, którzy fantastycznie śpiewają, robią to zupełnie inaczej niż ktoś, kto te słowa napisał. Po tych dwudziestu spektaklach wiele razy dowiadywałem się od ludzi, że usłyszeli niektóre piosenki na nowo, bo ja je zaśpiewałem. Oczywiście zdaję sobie sprawę z moich możliwości, ale jednocześnie jest to dla mnie pasjonujące wyzwanie, więc postanowiłem się z nim zmierzyć. Wie pan, śpiewam tam pewną piosenkę, którą przed laty napisałem dla siebie, z własnych doświadczeń. Ona mówi o tym, że autor przychodzi do wytwórni fonograficznej, pokazuje tekst, ale tam mówią mu „nie proszę pana, to się nie sprzeda, panie Cygan”. Ten tekst wiele lat temu — w mojej takiej białej papierowej teczce, gdzie miałem swoje pomysły — znalazła Edyta Geppert. Uznała to za bardzo dobry pomysł i chciała to śpiewać. No więc zatytułowaliśmy piosenkę „To się nie sprzeda, pani Geppert”. Ale teraz wróciłem do tego wątku, więc śpiewam „To się nie sprzeda, panie Cygan”.



— Zastanawiał się pan kiedyś, dlaczego ważne wydarzenia w naszym życiu najbardziej kojarzą się właśnie z piosenkami?

— Kiedy promowałem swoją książkę „Życie jest piosenką” przychodziło do mnie wiele osób. Ktoś mówił, że przy tej piosence się zakochał, przy innej rodził dziecko, rozwodził się, a przy jeszcze kolejnej przeżył coś takiego, że aż go dreszcze przechodziły. To piękne, że piosenka wpisuje się w nasze życie i zostawia ślad.  



— Z jakim utworem najbardziej kojarzą się panu Mazury, jeziora?

— Słyszałem kiedyś u was nad jeziorem, jak ludzie śpiewali przy ognisku „za młodzi na sen...” Ale zmienili mój tekst. Tam jest „za starzy na grzech”, a oni śpiewali „za starzy na seks”. Miałem nawet lekką ochotę do nich podpłynąć i powiedzieć, że autor napisał inaczej, ale tego nie zrobiłem. Ludzie jednak tak śpiewają i zaczynam się do tego przyzwyczajać. Rozmawiałem o tym kiedyś z Rysiem Rynkowskim — z którym napisałem przecież tę piosenkę — i on mówi, że u niego na Pojezierzu Brodnickim... też tak śpiewają i raz nawet zwrócił takim ogniskowiczom uwagę. Odpowiedzieli mu, że oni wiedzą lepiej, jak pan Jacek napisał.



— Z Rynkowskim łączy pana ponoć silna, męska przyjaźń. Co to znaczy?

— To świadomość, że ktoś taki jest obok i że jak będzie trzeba, to pomoże, że można mu o wszystkim powiedzieć. Nie musimy dzwonić do siebie co dwa dni mówiąc, że któryś z nas kupił sobie nową parę japonek, ale jesteśmy w pewnej bliskości. Piosenki wymagają szczerości. Ten moment konfrontacji muzyki z tekstem, który w naszym przypadku trwa przecież tyle lat, wymaga otwartości. Bo tylko wtedy w piosence jest jakaś prawda.



— Wiele przyjaźni nawiązał pan właśnie poprzez pisanie tekstów?

— Rzeczywiście muszę najpierw zbliżyć się do osoby, która będzie potem śpiewać moje słowa. Muszę jej spojrzeć w oczy, wiedzieć o niej dużo. I potem ci ludzie zostają w bliskości wokół mnie. Właściwie ze wszystkimi moimi gwiazdami koleguję się lub przyjaźnię. Bardzo to cenię, bo to cudowni ludzie, którzy też dołożyli kawałek swojego życia do sukcesu tych wszystkich piosenek. 



— A zdarzyło się panu kiedyś odmówić komuś napisania tekstu?

— Oczywiście. Odmawiam z różnych względów. Dostaję na przykład muzykę i jej nie czuję, nie jest w moim klimacie. Wtedy szczerze mówię, że nie mogę się tego podjąć. Ludziom wydaje się, że jak ja napiszę tekst, to odniosą sukces. Wyprowadzam ich z błędu, bo często w przesłanej muzyce nie ma żadnego potencjału. Mówię wtedy, żeby taka osoba nie liczyła na coś, bo nie jestem cudotwórcą, nic się z tym nie da zrobić, wyrazić. A musi być wyrażona jakaś emocja, aby stworzyć postać na scenie. Jeżeli nie da się tego zrobić, to po prostu cała ta robota idzie jak para w gwizdek.  



— Czyli potrafi pan być brutalny.

— To nawet nie jest brutalność, tylko szczerość. Nie mogę oszukiwać kogoś, że stworzę mu nagle zamek z piękną wieżą, skoro wokół jest tylko piasek. Bo to wtedy rzeczywiście byłyby tylko zamki na piasku, jak napisał jeden z autorów, moich przyjaciół.



— Wielu muzyków bierze jednak sprawy w swoje ręce i samemu pisze. Jak im to wychodzi?

— Jestem przywiązany do tradycji, która mówi, że trzeba robić to, co się umie. Taka historia — przez lata w ogóle nie współpracowałem z zespołem Perfect. Ale zgłosił się do mnie Grzesiu Markowski dając mi utwór, który stał się potem pierwszym singlem nowej płyty „Wszystko ma swój czas”. Napisałem to z ogromną radością, bo bardzo ich cenię. Kiedy to wyszło, dostałem drugą balladę, napisałem „Odnawiam dusze”. Te dwie piosenki wypełniają tę moją szufladkę z najbliższymi mi pieśniami, które napisałem.



— Wiele osób pisze do szuflady marząc o karierze tekściarza. Często ktoś do pana się zwraca z prośbą o radę?

— Tak, wysyłają mi teksty, dają kartki na koncertach. Na ogół staram się odpisywać. W większości tych przypadków w tekstach przede wszystkim brakuje jednak pomysłu, pewnej oryginalności. Owszem, nieraz nawet ładnie jest to wszystko poukładane i rymuje się, ale to wszystko już było...



— ...Mówi pan, że coś już było, ale to przecież pan napisał już ponad tysiąc piosenek. Chyba trudno przez tyle lat tryskać pomysłami?
— Trzeba pisać o tym, na czym człowiek zna się najlepiej, o swoim życiu, prawdziwych historiach, przeżyciach. Jeżeli pisze się o nieudanej miłości obcych ludzi, a nie miało się swojej nieudanej, to jak człowiek może się na tym znać? Poza tym, kiedy się napisze już tekst, trzeba najpierw pokazać go swoim rówieśnikom, przyjaciołom. Ich zapytać o opinię, a nie mnie.



— A kto jest pana pierwszym recenzentem?

— No ja sam. A jak nie jestem pewien, to radzę się żony.  



— Czyli jest pan bardzo krytyczny dla siebie?
— Jest jeden brutalny moment w życiu tekściarza. Piszę w nocy — bo ona jest przyjacielem autorów tekstów — kończę o czwartej rano, idę spać. Wstaję i czytam to znowu. I wtedy okazuje się, że dzień jest dużo mniej przyjazny, bardziej krytyczny. Jak w dzień jest okej, to można to dalej pokazywać.  



— Tak sobie myślę, że najgorszym określeniem dla tekściarza jest chyba nazwanie go rutyniarzem. Mam rację?

— Jeżeli pisze się piosenki i czuje się, że każda jest nowym wyzwaniem, to rutyna nie grozi. Pisze się dla konkretnych osób. Dzisiaj np. napisałem tekst dla Zdzisławy Sośnickiej, ale jutro mogę napisać spokojną balladę z samym fortepianem dla Sylwii Grzeszczak. Takie zmiany są bardzo interesujące.



— Mam pan jakieś triki, jak pobudzić swój umysł do działania?

— Kiedyś Jacek Wszoła, nasz wybitny olimpijczyk, został zapytany o klucz do jego sukcesów. Powiedział, że najważniejsze jest te ostatnie pięć sekund przed skokiem. I ja staram się wytworzyć w moim organizmie taką idealną harmonię. Bo np. wiem, że muszę oddać tekst jutro rano. Staram się wzbudzić stan maksymalnej koncentracji. Oczywiście nie zawsze się to udaje, ale taka jest właśnie recepta, aby nic już nie istniało poza tą sprawą.



— Niektórzy mówią, że zieleń uspokaja.

— Nie ma się z czego śmiać, ale prawdą jest, że ja wiele piosenek „wychodziłem”. Czyli siedzę w domu, przy biurku, chodzę z kąta w kąt, ale jakoś nie ma efektów. Więc dalej chodzę: ulica, park, miasto, kawiarnia, siadam, dalej chodzę z tą muzykę w głowie. To co mi nie wyszło w domu, nagle przychodzi gdzieś w kawiarni, czy w samochodzie pod światłami.  



— Ja też tak mam. Kiedy na studiach wkuwałem notatki, też najczęściej spacerowałem po pokoju.

— Widzi pan, czyli jesteśmy z tej samej klasy.



— Jaki ma pan stosunek do muzyki. Bardziej słucha jej pan na gramofonie, czy z MP3?

— Lubię słuchać muzyki z dobrych głośników, ale często swoich piosenek, zwłaszcza nowych, słucham na komputerze. I w ogóle mi to nie przeszkadza, bo chcę posłuchać w takich warunkach, jak często słuchają ludzie. Jeżeli dobrze brzmi to na zwykłym laptopie, to na sprzęcie dobrej jakości tym bardziej.



— Znajomy powiedział mi kiedyś, że nie lubi słuchać muzyki. Da się tak w ogóle?

— Ja bym nie mógł. Zawsze jest tak, że jak wracam do domu po dłuższej nieobecności, to mam swoje ukochane płyty. I muszę je puścić. Zawsze te same.    



— Jeden z magazynów napisał kiedyś o panu "Jacek Cygan ma sławę, medale i sympatię Polaków". Wszystko się zgadza?

— No, rozglądam się po moim gabinecie i medali jakoś nie widzę... (śmiech) Ludzie pytają czasami, czy nie razi mnie, że pozostaję w cieniu swoich artystów. Jeszcze parę lat temu lubiłem odpowiadać, że Ryszard Rynkowski jest tak dużym mężczyzną, że ja chętnie będę znajdował się w jego cieniu.  



— Podejrzewam, że gdyby w latach 70. ktoś powiedział panu i rodzinie, że będzie pan żył na niezłym poziomie z pisania tekstów, to pewnie nikt by nie uwierzył.

— Pieniądze w zasadzie nigdy nie były ważne w tym, co robię. Nie mogły być ważne, bo fałszują ten prawdziwy obraz. Do każdej piosenki podchodzi się absolutnie pozamaterialnie, jedynie chcąc zrobić coś dobrego.  



— To jednak pana praca, sam pan tak powiedział na początku. Czyli kiedy jest czas na rozmowy o pieniądzach?

— Kwestie finansowe nie wchodzą w ogóle w grę. Żaden z artystów, którzy do mnie przychodzą, nie płacą mi za napisanie tekstu. Ani muzyk uznany, ani początkujący. Dopiero kiedy piosenka się sprzeda, ktoś kupi płytę, pojawi się ona w radio lub telewizji, to może na siebie zarobić. Lub nie. Jest wiele piosenek, których późniejsze życie pokazało, że napisało się je tylko dla przyjemności.



Rozmawiał Rafał Bieńkowski



Jacek Cygan — poeta, autor tekstów piosenek, librecista. Urodził się w 1950 roku w Sosnowcu. Podczas studiów zaczął pisać wiersze i teksty piosenek. Wywodzi się ze środowiska piosenki studenckiej określanej mianem „krainy łagodności”. Współzałożyciel grupy Nasza Basia Kochana, z którą w 1976 roku wygrał Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie. Napisał ponad tysiąc piosenek, współpracując z najwybitniejszymi polskimi kompozytorami i wokalistami m.in. Grażyną Łobaszewską, Edytą Geppert, Edytą Górniak, Marylą Rodowicz, Sewerynem Krajewskim, Andrzejem Zauchą i Ryszardem Rynkowskim. Pięciokrotnie piosenki z jego tekstami wygrywały Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu. W 1994 roku jego piosenka "To nie ja byłam Ewą" w wykonaniu Edyty Górniak zajęła drugie miejsce na Festiwalu Eurowizji w Dublinie. Źródło: jacekcygan.pl

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB