Piątek, 30 września 2016. Imieniny Geraldy, Honoriusza, Wery

Seks w przedwojennej Polsce

2015-06-13 14:34:35 (ost. akt: 2015-06-25 16:02:43)

Autor zdjęcia: mat. Kamila Janickiego

Czego nie wiemy o pierwszych polskich feministkach? Jak leczono choroby weneryczne? Kamil Janicki, autor głośnej książki „Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce”, opowiada o obyczajach seksualnych w międzywojniu.

— Dlaczego poświęcił się pan badaniu obyczajów akurat II RP?
— Bo tamte czasy przypominają dzisiejszą Polskę. Nie wierzę w to, że 80 czy 70 lat temu mieliśmy cukierkowo prosty i jednoznaczny kraj dżentelmenów i szykownych dam. To był prawdziwy świat, z podobnymi jak dziś problemami. Borykaliśmy się z rozbiciem społeczeństwa i hipokryzją. A wszystko to na nieporównywalnie większą skalę niż dzisiaj. To było społeczeństwo po wielkiej, wyniszczającej wojnie. Zależało mi na pokazaniu tej rzeczywistości w sposób nieupiększony. Moim zdaniem ta przyziemna, brudna i kontrowersyjna historia jest dużo ciekawsza niż bajki, które się zwykle o tamtych czasach opowiada.

— Patriotyczne idee nie przepełniały ciał i dusz?
— Dziś też nikt nie zaczyna dnia od śpiewania hymnu narodowego. Ludzie mieli przyziemne potrzeby i oczekiwania. To nieprawda, że wszyscy byli zafascynowani tym, że buduje się Gdynia i że pociągi jeżdżą punktualnie. Zresztą nie jeździły (śmiech).

— Był za to znany krakowski lekarz Stanisław Kurkiewicz. Sporo miejsca poświęca mu pan w książce. Miał nowatorskie założenia, bo chciał badać seksualność. Oczywiście mężczyzn. Kobieca nie istniała?
— W tamtych czasach każdy, nawet najbardziej postępowy badacz seksu, jak Kurkiewicz czy Van de Velde, był do pewnego stopnia szowinistą. Niby twierdzono, że trzeba dbać o urozmaicenia w erotyce i zapewnić kobiecie przyjemność, ale... tylko w związku małżeńskim, a wszystko musiało kończyć się tradycyjnym stosunkiem. Wszystko jak Bóg przykazał. Co bardzo ważne, twierdzono, że kobieta nie może przejmować inicjatywy, bo konsekwencje psychiczne i moralne tego byłyby straszne. Nie sądzę, by mogli wtedy funkcjonować seksuolodzy, którzy wyrwaliby się z podobnego schematu myślenia. Kobiety nie były też prawie dopuszczone do tego, żeby badać ten temat. W medycynie było bardzo niewiele kobiet, a co dopiero w ginekologii czy raczkującej seksuologii. Swoistym wyjątkiem była Zofia Sadowska, jedna z pierwszych Polek, które ukończyły studia medyczne. Prasa na początku XX wieku zachwycała się jej osiągnięciem, ale po 20 latach gazety zmieszały ją z błotem. Była kobietą nowoczesną, wyzwoloną i otwarcie mówiła o swojej homoseksualnej orientacji. Dziennikarze tabloidów nie przyjmowali tego do wiadomości. Przedstawili ją jako narkomankę, morderczynię i uwodzicielkę sprowadzającą dobre kobiety na drogę zwyrodnienia. To pokazuje, jak wielkie wyzwanie czekało każdą kobietę chcącą otwarcie mówić o seksie. Albo po prostu — żyć według własnych zasad.

— Podział był jasny: kobiecie nie wypadało czuć satysfakcji z życia seksualnego, którego zresztą mogła zaznać tylko za sprawą męża. A w tym samym czasie mężczyzna miał nakaz kontaktów z wieloma partnerkami. Skąd ten podział?
— To nauka XIX wieku. Największe autorytety medycyny twierdziły, że mężczyzna jest z natury poligamistą, a jego organizm wymaga stałych kontaktów płciowych z wieloma partnerkami. Gdyby się do tych zaleceń nie stosował, miał mu wyschnąć mózg...

— Jak to?!
— Wierzono wtedy, że sperma jest produkowana w mózgu i jeśli nie będzie regularnie wypuszczana na zewnątrz, będzie to miało tragiczne skutki dla każdego organu znajdującego się na drodze między mózgiem a jądrami — czyli ogółem każdego. Kobietom natomiast wmawiano, że są pozbawione jakichkolwiek potrzeb seksualnych. Mogły jedynie odczuwać satysfakcję z macierzyństwa. Właściwie każdej kobiecie, która twierdziła, że odczuwa pociąg seksualny, przypinano łatkę histeryczki lub nimfomanki.

— Jak prostytutka, z której usług zresztą korzystali wszyscy mężczyźni?
— To jedyna kobieta, która miała prawo do uczestnictwa w świecie seksu. Ale wyłącznie jako mówiąca, chodząca zabawka erotyczna. Prostytutek nie traktowano w XIX wieku jak kobiet. Czy nawet — jak ludzi. Dobrze to zjawisko widać też na przykładzie służących, spośród których zresztą rekrutowało się 60 proc. warszawskich prostytutek. Z jednej strony był to zawód wymagający cnoty: służąca nie mogła prowadzić życia seksualnego ani być w ciąży. Posiadanie dziecka ją dyskwalifikowało. Jeśli zatrudniający ją państwo zauważyli ciążę, lądowała na ulicy. Nawet jeśli była w ciąży z panem domu, co wtedy było standardem.

— Czyli dziewicą jednak nie była?
— Już w XIX wieku feministki opisywały, jak pan lub panicz wraca do domu przez kuchnię, żeby zatrzymać się w łóżku u służącej. Tak samo akceptowane było to, że gdy pani wyjeżdża z córkami na wakacje, wiadomo, że pan się nie powstrzyma, choćby służąca miała 15 czy 16 lat. Ba, pisano wprost, że wtedy tym bardziej przeciętny mężczyzna się nie powstrzyma!

— W niektóre rzeczy trudno uwierzyć. Na przykład w powszechną pedofilię.
— To był sposób na uspokajanie dziecka i tak to było traktowane. Wynikało to z niewiedzy, z niezrozumienia ludzkiej seksualności. Powszechny był też zwyczaj molestowania młodych chłopców przez służące czy nawet matki, o czym pisał między innymi Stanisław Kurkiewicz — sam zresztą przyznający, że w świat seksu wprowadziły go dwie służące rodziców. W warstwach robotniczych pokutował też pogląd, że stosunek z małą dziewczynką, 4-, 5-letnią leczy z chorób wenerycznych. Wenerolog Paweł Klinger w „Vita sexualis” pisał o swojej pacjentce z przedmieść, która prosiła o zbadanie jej na obecność kiły. Swoją prośbę uzasadniła tym, że podejrzała, jak mąż gwałcił 7-letnią córkę sąsiadów. Nie była tym ani oburzona, ani mocno zaskoczona.

— W książce wspomina pan kilkakrotnie o ankietach dotyczących życia seksualnego. Są wiarygodnym źródłem wiedzy?
— Tych badań prowadzono bardzo dużo i na różne sposoby. Niektóre były przeprowadzane wśród studentów. Jedna z ankiet, zrobiona przez Izę Moszczyńską, była jawnie skierowana do zwolenników abstynencji seksualnej i w ten sposób miała sformułowane pytania. W takiej sytuacji wyniki musiały być zaburzone. Pytania dotyczyły między innymi tego, jak dbać o czystość codziennego życia seksualnego, więc i odpowiedzi, które padną, można przewidzieć. Na początku badania nie dotyczyły dziewcząt, bo panował pogląd, że ten temat w żaden sposób ich nie dotyczy. Dopiero w 1907 roku Walenty Miklaszewski przeprowadził w Warszawie ankietę poświęconą kobiecemu orgazmowi. Był ginekologiem, miał zaufanie swoich pacjentek, więc nie sądzę, żeby odpowiedzi były znacząco przekłamane. Są natomiast — z dzisiejszej perspektywy — szokujące. Na początku XX wieku zaledwie 18 proc. Polek kiedykolwiek odczuwało satysfakcję z życia seksualnego.

— Był też feministyczny głos, który nazywał małżeństwo monogamiczne „prostytucją dla majątku”. Zamiast niego zaproponowano „nowe małżeństwo”. Na czym miało polegać?
— Wraz z równym traktowaniem kobiet w pracy i życiu społecznym wysunięto żądania równości w życiu seksualnym. Feministki mówiły o tym wprost. Były dwa rozwiązania: albo zrównać kobiety z mężczyznami, żeby mogły swobodnie prowadzić życie seksualne i nie były krytykowane za niewierność w małżeństwie. Fizycznie zaczynało to być możliwe, bo wtedy pojawiły się pierwsze środki antykoncepcyjne. Inaczej niż w XIX wieku. Bo jak? Korzystając z prezerwatyw z rybich pęcherzy? Drugie rozwiązanie mówiło o tym, żeby doprowadzić do tego, aby seks zniknął. Niewiele osób wie, że większość pierwszych bojowniczek o prawa kobiet była za tym, żeby całkowicie zdelegalizować seks.

— My, kobiety, nie mamy, to i wy macie nie mieć?
— Tak. Niech seks zdarza się 3-4 razy w życiu, żeby spłodzić potomstwo. I tyle. Kiedy Zofia Nałkowska wyrwała się ze swoim postulatem, w którym żądała całego życia dla kobiet, została skrytykowana przez pierwsze feministki, kobiety ze starszego pokolenia. Oskarżyły ją o to, że chce, żeby wszystkie kobiety zostały prostytutkami. Nie było wtedy jednego dobrego rozwiązania. Wśród postępowych środowisk pojawił się też pomysł zniesienia małżeństwa jako instytucji, bo nie działało należycie. We Francji przebadano dziesiątki tysięcy małżeństw na przestrzeni kilku lat. Z badania wynikło, że zaledwie kilka promili to były małżeństwa, które można uznać za szczęśliwe. Pozostałe prowadziły wojny podjazdowe, były fikcyjne lub udawały szczęście. Wniosek był taki: jeśli ta instytucja nie działa, należy przyjąć, że każdy może być swingersem lub mieć tyle kochanek i kochanków, na ile tylko ma ochotę. Nawoływano do zupełnej szczerości w życiu seksualnym i do „ofensywy przeciwko zazdrości”. W wielkomiejskich środowiskach to często funkcjonowało. Dowodem są liczne pamiętniki, o których zwykle się głośno nie mówi, a gdzie autorki i autorzy opowiadają, jak to u nich wyglądało. Na przykład Władysław Grabski. Jeden z najbardziej zasłużonych ludzi w historii II RP, premier, człowiek, który wprowadził złotówkę. Jednocześnie miał dwójkę przedślubnych dzieci. Związał się z guwernantką, która pracowała w jego domu, i żył w skandalizującym konkubinacie. Tacy ludzie kierowali polskim państwem. To nie był kraj pruderyjnych dżentelmenów, którzy nie wiedzieli czym jest seks.

— Trudno dziś w to uwierzyć.
— Irena Krzywicka wspomina, że gdy leżała, zresztą po aborcji, w sanatorium w Wąchocku, pan ordynator chodził od pokoju do pokoju i zapewniał masaż erotyczny każdej pacjentce, żeby wracała do domu szczęśliwa (śmiech). To był szanowany również po wojnie, wysoko postawiony lekarz.

— W latach 30. XX wieku dziewictwo nadal otaczano wielką czcią. A kim były półdziewice?
— To efekt dysonansu poznawczego. Z jednej strony dżentelmeni święcie wierzyli, że kobieta powinna być cnotliwa. Półdziewice to dziewczyny, które wprawdzie posiadały fizyczną cnotę, nie zostały zdeflorowane, ale w opinii mężczyzn psychicznie dały się już zdemoralizować: rozmawiały na frywolne tematy, utrzymywały niewłaściwe kontakty albo w ogóle wiedziały, że seks istnieje. Półdziewice to także dziewczyny uświadomione seksualnie, które wiedziały, jakie problemy niesie ze sobą współżycie. Było to na przykład zagrożenie niechcianą ciążą. W tym czasie środki antykoncepcyjne były trudno dostępne i niebezpieczne. Zamiast seksu waginalnego wybierały inne techniki. Zaczęło się mówić o seksie oralnym czy też o tym, co Kurkiewicz nazywał „gmerankami” i „machankami”. Tradycyjny seks zszedł na dalszy plan. Kobiety były przyzwyczajone do tego, że mężczyzna przystępuje do stosunku brutalnie, szybko i po to tylko, żeby zaspokoić swoje potrzeby. A one oczekiwały czegoś innego. Przy seksie innym niż tradycyjny była większa szansa, że ten barbarzyńca i prostak się czegoś nauczy. To walka o postęp.

— Jak wyglądała sytuacja osób homoseksualnych w II RP?
— Męska prostytucja homoseksualna była zakazana i groziła więzieniem. Sprawa nie jest jedna wcale prosta, nie można powiedzieć krótko, że w II Rzeczpospolitej panowała homofobia. Przynajmniej oficjalnie zakaz ten miał za zadanie chronić osoby homoseksualne przed przemocą i szantażem. Według ówczesnych publicystów oszuści udający męskie prostytutki zbijali prawdziwe fortuny, wyciągając pieniądze za milczenie od swoich (często niedoszłych) klientów. Ofiarami bywały osoby wysoko postawione, prawnicy, politycy, dyplomaci.

— Zajął się pan też ówczesnym rynkiem tzw. niemoralnych książek i filmów.
Ludzie w tym czasie mieli jakieś szczególne upodobania?

— W Paryżu funkcjonuje Muzeum Erotyzmu prezentujące właśnie zdjęcia i filmy z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Rzeczy tam pokazywane mogą szokować, bo wcale nie jest to grzeczna, subtelna erotyka, pozostawiająca pole wyobraźni. Są tam i zakonnice, i film, w którym występuje labrador. W latach 20. XX wieku! Można by oczywiście powiedzieć, że to Paryż, przedwojenna stolica rozpusty. Ale Polacy wcale nie byli bardziej pruderyjni — jeśli nie produkowali filmów z ostrą pornografią, to tylko dlatego, że z powodu technicznego zacofania brakowało odbiorców dla tego typu nielegalnej rozrywki. Najbogatsi Polacy korzystali pewnie z usług przemysłu zagranicznego. Wiele rzeczy mogło istnieć, ale dziś trudno nam to udowodnić. Na pewno mieliśmy przed wojną setki rodzimych, polskich producentów fotografii erotycznych czy wręcz pornograficznych. Były związane z tym afery, procesy, aresztowania. W zarysie przedstawiłem ten temat w swojej książce, ale bądźmy szczerzy: w sprawach seksu wciąż dużo więcej jest do zbadania, niż zostało już ustalone.

Katarzyna Guzewicz

Kamil Janicki, historyk, publicysta i pisarz. Autor bestsellerowych "Pierwszych dam II Rzeczpospolitej", "Upadłych dam II Rzeczpospolitej" i "Dam złotego wieku". W maju 2015 roku ukazała się "Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce". Zajmuje się przede wszystkim historią przedwojennej Polski oraz sylwetkami zapomnianych i niedocenianych kobiet.



Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB