środa, 28 września 2016. Imieniny Libuszy, Wacławy, Wacława

Kiedy na ulicach było mało aut, ludzie też ginęli w wypadkach

2015-05-30 16:00:00 (ost. akt: 2015-06-25 16:03:36)
O ruchu samochodowym w latach 60. dwudziestego wieku, kiedy ulicami jeździło bardzo niewiele pojazdów, rozmawialiśmy z emerytowanymi milicjantami (od lewej): Julianem Czajką, Tadeuszem Gadzałą, Jerzym Kowalewiczem

O ruchu samochodowym w latach 60. dwudziestego wieku, kiedy ulicami jeździło bardzo niewiele pojazdów, rozmawialiśmy z emerytowanymi milicjantami (od lewej): Julianem Czajką, Tadeuszem Gadzałą, Jerzym Kowalewiczem

Autor zdjęcia: Przemysław Getka

Przerażająca wystawa na temat bezpieczeństwa w ruchu drogowym zrobiła ogromne wrażenie na olsztyniakach. I chociaż był to 1961 rok, kiedy ruch samochodowy był niewielki, zdjęcia nic nie straciły ze swojej aktualności.

Jak w 1961 roku, a także trochę wcześniej i trochę później, wyglądał ruch na ulicach? Garstka pojazdów, które nie osiągały takich prędkości jak dzisiaj.

— Kilka citroenów starego typu, później warszawy. Od czasu do czasu pojawiał się moskwicz — wspomina Julian Czajka, który w milicji obywatelskiej doszedł do stopnia pułkownika. No i były samochody frontowe, gaziki, a później jeszcze UAZ-y. Na gaziku właśnie pułkownik Czajka robił kurs prawa jazdy. Z motocykli pojawiała się kielecka SHL-ka i WSK-a ze Świdnika.

— Jadący samochód widać było już z daleka na horyzoncie i milicjanci zatrzymywali kierowców nawet bez powodu. Ustawiali się już z dużej odległości. Sami milicjanci w tamtym czasie mieli rowery i motocykle — opowiada Julian Czajka, który zresztą sam miał rower służbowy.

W połowie lat sześćdziesiątych, jak pamiętają byli milicjanci, pion ruchu drogowego został wydzielony z wydziału służby zewnętrznej i ruchu drogowego. Taka była potrzeba.

Zatrzymanie samochodu do kontroli było wydarzeniem nie tylko dla kierowcy. Wokół gromadzili się wtedy gapie, pytali, co się dzieje, dlaczego. Sam Czajka świetnie zna to z autopsji, bo i jego kiedyś — chociaż był w mundurze — zatrzymał funkcjonariusz drogówki.

— Wzbudziło to duże zdziwienie, bo jak to, szeregowy milicjant zatrzymuje oficera. Nie popełniłem wtedy żadnego wykroczenia. Milicjant chciał po prostu sprawdzić, czy mam uprawnienia albo czy nie jestem przebierańcem — dodaje pułkownik.

Z okazji wystawy, którą można obejrzeć w Muzeum Warmii i Mazur, spotkaliśmy się z ówczesnymi funkcjonariuszami milicji. Nasi rozmówcy działają w Stowarzyszeniu Emerytów i Rencistów Policji. Kiwając głowami, obejrzeli zdjęcia z wystawy. To zapis akcji informacyjnej z 1961 roku. Wtedy zdjęcia można było oglądać na tzw. karolku, czyli placu Świerczewskiego. Dzisiaj to Targ Rybny na Starym Mieście.

Organizatorem wystawy był Automobilklub Warmińsko Mazurski przy współudziale Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Olsztynie, Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej, Ligi Przyjaciół Żołnierza, Społecznego Komitetu Przeciwalkoholowego, Zespołu Rzeczoznawców Technicznych i Samochodowych. Autorem zdjęć, które są w archiwum Muzeum Warmii i Mazur, jest Zbigniew Grabowski. Organizatorzy wystawy chcieli wstrząsnąć ludźmi, „zwiększyć wiedzę i przekonanie o konieczności poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego oraz zmniejszyć liczbę ofiar wypadków”.

A wypadków, chociaż nie tyle co teraz, to jednak nie brakowało i pół wieku temu. Najbardziej w pamięci płk Czajki zapisał się paskudny zakręt na trasie Olsztyn — Szczytno w miejscowości Kośno.

— To był zakręt pod kątem prostym, na moście, pod którym płynęła rzeka Kośno. Samochody i autobusy nie wyrabiały się, uderzały w drzewa przy drodze albo wpadały do rzeki — wspomina. Był na miejscu, kiedy wydarzyła się jedna z takich tragedii. Wiedział, gdzie szukać telefonu (dla młodszych czytelników ważna informacja: komórek w tamtym czasie jeszcze nie było). W pobliżu był posterunek ochrony kabli telefonicznych. Stamtąd wezwał pomoc. Na tym zakręcie zginęło dużo ludzi. Później został wyprofilowany.

Albo przejazd kolejowy między Dajtkami a Olsztynem. Zabrał wielu ludzi, zanim powstał tam wiadukt. Zakręt był wyjątkowo brzydki, zza niego nie widać było zbliżającego się pociągu.

— Najgorszy jest moment, kiedy trzeba było powiadamiać rodziny. Pamiętam, jak jechałem do matki milicjanta zabitego w wypadku. Poprosiłem, żeby pojechał ze mną lekarz, bo bałem się, że ta starsza kobieta może dostać zawału. Nie mieliśmy wtedy psychologów, żeby prosić ich o pomoc — dodaje.

Najgorzej, gdy ginęły dzieci. Julian Czajka do dzisiaj ma przed sobą obraz sześciolatka, którego zabił samochód.
— Widziałem moment zderzenia. Chłopiec wybiegł zza zabudowań prosto na ulicę. Kierowca nie zdążył wyhamować. Z domu wyskoczył ojciec tego dziecka. Próbowaliśmy go reanimować, ale bez skutku. Przyjechało pogotowie, lekarz stwierdził zgon. Kierowca był roztrzęsiony. Już wtedy były probierze trzeźwości, wtedy stosowaliśmy tzw. balonik. Trzeba było dmuchać z całych sił. Im bardziej balonik stawał się zielony, tym bardziej kierowca był pijany. Dopiero później jechało się na pobranie krwi — mówi były milicjant. Ten, który uderzył w sześciolatka, był trzeźwy.

Ojciec na rękach wniósł ciało dziecka do domu. Tam przez kilka dni chłopiec czekał na pogrzeb. Kierowca po wylegitymowaniu i dmuchnięciu w balonik został puszczony wolno. — Nie był winny. Nie miał szans na reakcję. Zapytałem go, czy jest w stanie dalej prowadzić. Powiedział, że tak. Poinstruowałem go, żeby jechał ostrożnie, bo przeżył duży stres — tłumaczy Julian Czajka. Śledztwo zostało umorzone, bo kierowca nie miał szans uniknąć zderzenia i nie jechał zbyt szybko.

Do działań profilaktycznych milicja zachęcała harcerzy. Piesi lubili skracać sobie drogę przez skrzyżowania. Wtedy stojący z boku milicjant z megafonem nawoływał: pani w czerwonej spódnicy proszona jest o zejście z ulicy. A harcerz pokazywał, jak prawidłowo przejść przez ulicę. Zwykle ludzie bywali zawstydzeni.

Milicjanci wspominają wąskie ulice w Olsztynie, sporo brukowanych. Torowiska tramwajów, trolejbusy... I pijani kierowcy.
— Pijani kierowcy byli od początku motoryzacji. Od zarania. Oczywiście nie było wtedy radarów, kontrole milicji były rzadsze. Prowadzenie pojazdów mechanicznych po pijanemu było najpierw przestępstwem, później wykroczeniem, później znowu przestępstwem. Kierowcy karani byli przeważnie grzywną, chociaż teoretycznie mogli pójść do więzienia na dwa lata. Z kolei prowadzenie po pijanemu roweru albo motoroweru było wykroczeniem (tak jak w obecnie obowiązującym prawie, chociaż jeszcze niedawno było to przestępstwo).

— Rowerzystów najczęściej karano wykręceniem wentyla. Skutecznie, bo już pijany nie pojechał. Musiał prowadzić rower, nawet jeśli do domu miał pięć kilometrów — wspomina Jerzy Kowalewicz (od 1986 roku pracował jako technik kryminalistyki, m.in. na miejscach wypadków), który dzisiaj jest prezesem SEiRP w Olsztynie.

Julian Czajka do dzisiaj pamięta nazwisko mężczyzny, którego zatrzymał kilkadziesiąt lat temu za jazdę po pijanemu. Był środek nocy, kiedy został powiadomiony o rozbitym ciągniku opartym o drzewo. Traktorzysty w środku nie było.
— Znaleźliśmy go w rowie. Kompletnie pijanego. Nic fizycznie mu się nie stało. Wiózł spirytus z gorzelni w takim specjalnym zbiorniku, jak mlekobus. Miał go dostarczyć na dworzec kolejowy. Zgarnęliśmy go do wytrzeźwienia do aresztu. Rano go pytam, czym się upił. Spirytusem — mówi. Jak pił — spytałem. A on na to: deklem. Pokrywą od tego zbiornika — opowiada płk Czajka.

W jego sprawie interweniował osobiście dyrektor Państwowych Gospodarstw Rolnych. Prosił, żeby dać traktorzyście jeszcze jedną szansę, bo ona ma pięcioro czy siedmioro dzieci i jest jedynym żywicielem rodziny. Zapewniał, że odsunie go od prowadzenia ciągnika i przekwalifikuje na mechanika. Nie pomogło. Kierowca został ukarany.

— Rok później przeczytałem w prasie, że zginął po pijanemu w wypadku drogowym — mówi Czajka.
— Za duży dekiel był — dodaje płk Gamdzyk.
— Gdyby faktycznie uniemożliwiono mu wtedy jazdę, to może by żył — dodaje Czajka.

mk
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także