Wtorek, 27 września 2016. Imieniny Damiana, Mirabeli, Wincentego

Tragiczna historia: "Na klatce było pełno krwi..."

2015-05-31 08:00:00 (ost. akt: 2015-05-31 08:49:27)

Autor zdjęcia: Beata Szymańska

Rocznik 1986. Na sumieniu ma zamordowanie matki. Schizofrenik. Po niemal pięciu latach wyszedł ze szpitala psychiatrycznego. Przerażony światem, z własnej woli wrócił do placówki. Sąd właśnie skierował go tam oficjalnie.

Jesień, 2009 rok. Późny, niedzielny wieczór. Michał (imię zmienione) mieszkał z mamą w klitce przy ul. Kętrzyńskiego. Kika metrów na kilka. Wiecznie siedzieli sobie na głowach. Każdy by zwariował, mówią sąsiedzi. Spokoju w tym mieszkaniu nie było.

— Ale to nie Michał był awanturny. To jego matka ciągle krzyczała, ciągle miała do niego pretensje, wiecznie trajkotała. Zdrowy by tego nie wytrzymał. Też musiała być chora. Po niej to nawet było widać, że coś jest nie tak. Wychudzona, blada — opowiada Wiesław (imię zmienione), sąsiad Ewy i Michała.

Poniedziałek, godzina siódma, może ósma. Wiesław wychodził z psem. Na klatce było pełno krwi. Michał pociął matkę nożem.



— Spotykaliśmy się czasami na klatce. Męcząca była, ciągle zaczepiała ludzi. I bardzo dziwne rzeczy mówiła — mówi Wiesław. Jakie? Takie dziwne, że dzisiaj nijak nie można sobie ich przypomnieć.

W ich klitce bardzo często głośno było. Słychać było trajkoczącą Ewę. Dzień i noc. I tak w kółko. Sąsiedzi nie wytrzymywali, wzywali policję. Ostatni raz dzień czy dwa przed śmiercią Ewy.

— Dławienie, przecięta krtań i przełyk, ciął od szyi aż doszedł do kręgosłupa — wyliczał biegły medycyny sądowej. Stąd tyle krwi.
— Musiał ją znosić, może na rękach, a z niej się lała krew. Niósł ją i kapało Wrzucił ją do śmietnika — mówi sąsiad.

Kobieta przeleżała w śmietniku do rana. O świcie znalazł ją bezdomny. Narobił rabanu, przyjechała policja. Ślady prowadziły do mieszkania Ewy.
O Michale ludzie mówią, że to był bardzo zdolny chłopak. Spokojny i cichy. Aż chce się powiedzieć, że za spokojny.

— Mieć takiego na klatce... On się może kłaniać przez pół roku, ale nie weźmie leków, wypije browara i skutek może być straszny — mówią sąsiedzi.
Michał w szpitalu psychiatrycznym przesiedział pięć lat. 2 czerwca ubiegłego roku sąd uchylił postanowienie o umieszczeniu go w placówce.

— W takiej sytuacji nie określa się z góry terminu. Psychiatrzy regularnie przesyłają do sądu opinię na temat stanu zdrowia pacjenta — mówi Anna Grygo-Janusz, szefowa Prokuratury Rejonowej Olsztyn-Południe. W ubiegłym roku lekarze uznali, że Michał może wrócić do ludzi. Dostał nadzór kuratora.

Chłopak wrócił, ale nie zabawił w społeczeństwie długo. Gnębiły go niepokoje i lęki, miał trudności z dostosowaniem się do rzeczywistości, bo długo był w zamkniętej placówce. Bał się i był zalękniony. Przestraszył się tej wolności i trzy miesiące później sam poprosił o ponowne przyjęcie go do szpitala. Wrócił do Choroszczy jeszcze we wrześniu ubiegłego roku. A kilka dni temu sąd wydał w tej sprawie oficjalne postanowienie.
Jeszcze długo po zabójstwie na klatce były ślady krwi. Pozasychane, rozmazane. Na śmietniku stała zakrwawiona wersalka. Ubrania Ewy porozwieszane były albo rzucone.

— Moja córka ją pamięta. Miała wtedy 14 lat i na podwórku widywała panią Ewę. Miło się o niej wypowiadała, dobrze — dodaje Dariusz Dubij, który do bloku obok wprowadził się kilka miesięcy przed tym strasznym zabójstwem.



W mieszkaniu, w którym wydarzyła się zbrodnia, dzisiaj żyją inni lokatorzy. Byli wstrząśnięci, kiedy dowiedzieli się, co tu się wydarzyło. Nikt ich nie uprzedził.

Ludzie z ul. Kętrzyńskiego i Jasnej są zszokowani, że Michał został wypuszczony ze szpitala, a oni nic o tym nie wiedzieli.

— Coś nie tak jest z systemem. Rodzina, jeśli jest, i przynajmniej najbliżsi sąsiedzi powinni być informowani przed wypuszczeniem takiego człowieka. Nie tylko ja tak uważam. Rozmawialiśmy o tym w swoim gronie. Rozumiem, że to osoba chora. Ale przecież nigdy nie wiadomo, kiedy zacznie słyszeć głosy i znowu kogoś zaatakuje — tłumaczy sąsiad. I dodaje: — Straszne to jest. Matka w ziemi leży... On powinien być izolowany.
Wiesław do dzisiaj żałuje, że poszedł na pogrzeb. Czuł się w obowiązku, w końcu to sąsiadka. — Niepotrzebnie to zrobiłem — mówi dzisiaj. Dorosły, rosły mężczyzna do tej pory nie wejdzie na klatkę schodową, dopóki osobiście nie włączy światła. Nie chce, żeby zgasło mu gdzieś między parterem a jego piętrem. Nie daj Boże, w okolicach mieszkania Ewy i Michała.

— Często sobie to wszystko przypominam — przyznaje Wiesław. — Szczęście tylko, że nawet jeśli Michał znowu wyjdzie ze szpitala, to już najprawdopodobniej tu mieszkać nie będzie.

mk
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także