Niedziela, 25 września 2016. Imieniny Aureli, Kamila, Kleofasa

II wojna światowa we wspomnieniach weteranów z Olsztyna

2015-05-09 14:00:00 (ost. akt: 2015-06-25 16:04:13)
Edward Róg — trzeci z prawej — z frontowymi kolegami w Rembertowie jesienią  1944 roku

Edward Róg — trzeci z prawej — z frontowymi kolegami w Rembertowie jesienią 1944 roku

Autor zdjęcia: Fot. archiwum prywatne Edwarda Roga




Obaj z Kresów, z polskich rodzin, Edward Róg z Równego, a Mieczysław Jara spod Lwowa. Jeden i drugi bili się na wojnie. Obaj byli łącznościowcami. I obaj mieli jedną sprawę, Polskę. 


— Dzieci do armii nie bierzemy — usłyszał Edward Róg od oficera. Ale wzięli, choć miał dopiero 14 lat. Był najmłodszy w kompanii, prawdziwy syn pułku. 
Róg wyciąga z portfela obrazek Matki Boskiej. Podniszczony, nadszarpnięty zębem czasu. To jego talizman, amulet. Zawsze ma go przy sobie. 

— Mama mi dała ten obrazek, jak mnie wieźli na Sybir — mówi Róg.
Jak wybuchła wojna w 1939 roku, Róg miał 11 lat. Najpierw przyszli do miasta Sowieci, a potem Niemcy. I kiedy młody Róg nie szedł do szkoły, to spisywał numery wozów niemieckich, które przejeżdżały przez miasto. Poprosiła go matka kolegi, której mąż przed wojną był oficerem.

Po co jej te numery, nie powiedziała, a on nie pytał, ale zadanie musiało być ważne i niebezpieczne, bo miał nie dać się przyłapać Niemcom czy policjantom. To spisywał numery ciężarówek i nie dał się złapać. A gazetami na ulicy handlował, to nikogo nie dziwił jego widok na ulicy. Już po wojnie dowiedział się o „Wachlarzu”, organizacji dywersyjnej, dla której zbierał te dane. Dzięki temu alianci mogli śledzić ruchy wojsk niemieckich.

— Nawet nie wiedziałem, że byłem w konspiracji  — dziś z uśmiechem wspomina tamte wojenne lata. 


Jak na początku 1944 Sowieci weszli do Równego to wszędzie w mieście pojawiły się wielkie afisze „Niech żyje I Korpus Polski”. Potem Sowieci zrobili pobór Polaków do wojska. Róg był za młody. 
 
— Ale moich dwóch wujków poszło i dwóch braci — wspomina żołnierz. — Ja dostałem prykaz od władz, że mam jechać do Czelabińska za Ural. 

Matka dała mu na drogę prowiant. Ucałowała i wręczyła obrazek Matki Boskiej. — Żeby cię synku chroniła od złego — powiedziała.
 — I chroni, już od ponad 70 lat. 

— Było nas czterech chłopaków i wszyscy daliśmy nogę z pociągu — mówi Róg. — Potem lasami, polami, tak przez kilka dni szliśmy do Sum, gdzie — jak słyszeliśmy — jest wojsko polskie.
Mieczysław Jara mieszkał pod Lwowem, wojna go rzuciła do Olsztyna
Na bramie powiedzieli, że są ochotnikami i chcą do wojska. 
 — No i przyszedł jeden z tych moich wujków, co poszli do armii — śmieje się Róg. — Uściskał i zaprowadził nas na kuchnię, gdzie dostaliśmy jeść. Do dziś czuję ten smak amerykańskiej tuszonki i czekolady, którą nam dali — opowiada.
Potem stanęli przed pułkownikiem. Jak ich zobaczył, powiedział: my dzieci nie przyjmujemy. Idźcie do domu, do szkoły. 

Jakiego domu? — zaczęli prosić. Ubłagali, to wzięli ich do pułku zapasowego. Stąd Edward Róg trafił do łączności, do 11. Samodzielnej Kompanii Łączności. I tak dla 14-latka zaczęła się prawdziwa wojna. 


— Tylko mundur miałem za duży, ale sprzedałem buty, co miałem z cywila, to było na krawcową, zwęziła i już leżał jak ulał. No i był polski, ale broni nam nie dali — mówi.

Karabiny dostali już w Kiwercach, gdzie później trafili. Stąd pociągami przez Łuck, Chełm i dalej już autami trafili pod Garwolin. A stąd na front. Dostali pierwsze ważne zadanie.

— Kazali nam pociągnąć linię telefoniczną z Rembertowa na Pragę — wspomina. — To było w sierpniu 1944 roku. Powstanie jeszcze trwało. Do stycznia staliśmy pod Warszawą. Jak ruszyła ofensywa, po wyzwoleniu Warszawy poszliśmy na Bydgoszcz. 

Róg był jednym z pierwszych, którzy wjechali do miasta. Wyleciała na ulicę kobieta i krzyczy do nich: panowie, co tu robicie, tu są jeszcze Niemcy. Dobrze, że to było w nocy. 

— Trochę wyprzedziliśmy front, ale skończyło się dobrze — śmieje się Róg. 
Na Wale Pomorskim już nie było tak lekko. Niemcy stawiali twardy opór.
— Było strasznie, chłopaki padli od kul wkoło — wspomina Edward Róg.


Sam omal nie zginął pod Kołobrzegiem. Dostali rozkaz połączenia linią telefoniczną sztabu z punktem obserwacyjnym nad morzem.
— To jest bardzo ważna linia, bo po tej linii idą wielkie rozkazy, musi pracować — powiedział im pułkownik ze sztabu. 
Nad świtem linia padła. Róg poszedł sprawdzić, ale to tylko pasąca się na łące krowa zerwała przewód. Naprawił. Rankiem wszedł już z budynku, gdzie stał sztab, żeby pilnować swego odcinka linii. Leżał w krzakach ze słuchawkami na uszach, kiedy podjechały katiusze. Rosjanie otworzyli ogień na morze. Wystrzelili rakiety i odjechali. Róg został. W chwilę potem rozpętało się piekło. To Niemcy z okrętów odpowiedzieli ogniem. I wtedy myślał, że już po nim, odłamek ranił go w głowę. Dziś śladem po tym jest blizna na skroni. 
I za Kołobrzeg dostał brązowy medal Zasłużonym na Polu Chwały. 


— A to za Berlin — mówi Edward Róg i pokazuje na medal za udział w walkach o Berlin. 

Flagi na Reichstagu nie wieszał. — Na początku maja byliśmy na przedmieściach Berlina — mówi żołnierz. — Stamtąd przerzucili nas nad Łabę.

Mieli ciągnąć linię telefoniczną przez rzekę. Zabrakło drutu. Czekali aż podrzucą. Rano przyjechał dowódca: chłopcy, dalej nie ciągniemy, po drugiej stronie są Amerykanie. Koniec wojny — powiedział.


— Chwyciliśmy za karabiny i zaczęliśmy strzelać na wiwat — wspomina 15-letni wówczas żołnierz. 

Co poczuł na wieść o końcu wojny? — Wielką radość, ogromną ulgę i zarazem wielkie zmęczenie, bo padaliśmy z nóg — opowiada.

Swą żołnierską drogę zakończył w Rybniku, gdzie skierowali ich jednostkę. Rok po wojnie odszedł z wojska i przyjechał do Olsztyna, gdzie byli już jego rodzice, przesiedleni z Wołynia.


Czas na głębsze refleksje przyszedł później. — Spełniłem swój obowiązek. Przeżyłem. To było najważniejsze — mówi. — Ale miałem przecież obrazek Matki Boskiej — tłumaczy sobie Edward Róg. 

W Olsztynie swą wojenną tułaczkę zakończył też inny młody żołnierz Mieczysław Jara. 9 lutego 1940 roku skończył 14 lat, a już 10 lutego Sowieci wieźli ich na Syberię. Był rok 1940.
— Zabrali całą naszą rodzinę tylko siostra została, ale trafiła do więzienia — wspomina Mieczysław Jara. 

Mieszkali w Wołczy Dolnej w województwie lwowskim. Dzień przed wywózką na Sybir przyszedł do nich Żyd. Powiedział do matki, żeby mu jałówkę sprzedała. Zapłaci rublami, a pieniądze im się przecież przydadzą. 

Edward Róg pochodzi z Równego, był w w Berlinie w maju 1945 roku, miał wtedy 15 lat
— Żyd już wiedział, że nas wywiozą — mówi Jara. — Ruskie szybko się rozprawili z nami.

Jara z rodziną trafił w okolice Omska. Rąbał las, ładował drewno na barki. Tak przez prawie trzy lata. — Było ciężko, jak wszystkim zesłańcom — wspomina żołnierz. — Nie ma co do tego wracać, bo nie ma do czego. 
Rodzice pomarli na Sybirze. 


Bo z Sybiru nie było ucieczki, chyba że do grobu albo do armii. 17-letni Jara wybrał armię.
— Co za różnica, gdzie zginę, czy na Syberii czy na froncie — powiedział sobie. I tak na jesieni 1943 roku trafił do Sielc nad Oką. Wcielili go 3. Dywizji 9. pułku piechoty. 
— Ale Janka z „Czterech pancernych” tam nie widziałem — śmieje się 89-letni weteran. — Pamiętam tylko ziemianki.

Jarę wzięli do kompanii łączności, choć mówił, że chce do czołgów. Ale wtedy czołgistów to akurat Ruskie mieli w bród, polskich jeńców ze Śląska, których pojmali w bitwie pod Kurskiem. 
— No i walczyłem z kablami — mówi żołnierz. — Nad Oką byliśmy do wiosny 1944 roku, potem przewieźli nas z Riazania w kierunku frontu. Trafiliśmy do Kiwerc, a stąd szliśmy już jako odwód frontu. I tak doszliśmy w okolice Puław. 


Tu Jara oszukał śmierć. 
— Jechaliśmy do Lubina po sprzęt i wylecieliśmy na minie w powietrze — mówi. — Lekarze postawili już na mnie krzyżyk. Myśleli, że już po mnie, że koniec, ale wyszło inaczej. Obudziłem się po pięciu dniach.

Jak miał ruszyć front na Warszawę, przywieźli nas do Chełma do szpitala. I stąd już trafił do 9. zapasowego pułku na Majdanku. 

— Widziałem obóz koncentracyjny, mieliśmy tam warty, byłem na trzecim polu, dalej było już krematorium — wspomina. — Ale nie chodziłem tam, nie miałem chęci ani odwagi. 


Któregoś ranka przyjechał oficer i pyta o łącznościowców. Wystąpił z szeregu. 

— I w kwietniu 1945 roku załadowali nas do pociągu i przywlekli do Olsztyna. W mieście jeszcze domy się paliły, wszędzie gruzy — opowiada Jara.

Tu zastał go koniec wojny.
 — Rano 9 maja, Rosjanie zaczęli strzelać na wiwat — wspomina — powiedzieli, że to koniec wojny.

A te mordy, gwałty na miejscowej ludności, na ile działo się to w Olsztynie.
— Tu ludzi nie było wiele, zresztą wojska też, bo jednostki stały po wsiach pod Olsztynem — mówi Jara. — Raz tylko przybiegła do nas Niemka szukać ratunku, zgwałcili ją Ruskie. Bardzo się bała. 

Jego pułk odgruzował miasto, przywracał mu życie. — Pierwszy prąd, który popłynął to był z elektrowni na Łynie, którą uruchamialiśmy — mówi Jara. — Uruchamialiśmy też wodociągi. 


W marcu 1946 roku został zdemobilizowany. Wyprowadzili ich przy dźwiękach orkiestry za wiadukt na Grunwaldzkiej i każdy już musiał pójść w swoją stronę. Jara wrócił do Olsztyna. Był łącznościowcem, znalazł pracę w Radio Olsztyn.

To bił Niemca, czy nie? — Walczyłem z kablami, a kiedy chciałem iść na front, to dowódca powiedział: a mało ci? I nie puścił mnie. Tak wyszło, może gdyby nie ta mina, na której wylecieliśmy, to byłoby inaczej, ale nie żałuję — mówi.


Niewielu już ich zostało. Co jak odejdą, pamięć o nich przetrwa?

— Nie, może będą pamiętać akowcach, o tych z Zachodu. My gorsi — mówi Jara. — Przecież chcieli nam zabrać uprawnienia weteranów, nam żołnierzom 1. i 2. Armii Wojska Polskiego, bo przyszliśmy ze wschodu. A jaki ja miałem na to wpływ? Człowiek się cieszył, ze idzie bić się o Polskę, że ucieka z tego diabelskiego Sybiru.

Gdyby miał trochę więcej lat, to pewnie przyszedłby do Polski z Zachodu, bo poszedłby jak jego starszy brat Franciszek do armii Andersa. Ale był za młody, zresztą tak jak drugi jego brat Edward , który jak on, też trafił do armii Berlinga. 
— Ale to było wojsko polskie, przecież mieliśmy orzełki — mówi Mieczysław Jara. — Jak w Riazaniu składaliśmy przysięgę, to była msza, po polsku przysięgaliśmy.


— A krew każdego żołnierza jednakowa, tak samo czerwona — zauważa Edward Róg. — Kula tak samo zabija. 
A mieliśmy jedną sprawę, Polskę. A kto teraz dzieli, żołnierze? Nie, politycy dzielą. I kto na tym korzysta, na tej naszej kłótni? Tylko nasi wrogowie.
Porucznicy rezerwy Róg i Jara są w Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. — Tu nie dzielimy ludzi, skąd kto szedł, u nas są żołnierze, jesteśmy rodziną — mówi prezes olsztyńskiego koła Śródmieście Eugeniusz Kaczyński, akowiec, ps. Mars.





Andrzej Mielnicki



Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (4) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Polacco #1736198 | 46.186.*.* 17 maj 2015 17:20

    Przestańcie pluć na żołnierzy którzy przyszli ze Wschodu... wielu nie miało innej szansy i poza tym mogło bić Niemców - a o to im chodziło.... czas odróżnić aparatczyków od żołnierzy którym należy się szacunek za przelaną krew... dlatego proszę odkłamujmy ten czas póki żyją ostatni świadkowie... zaraz będzie za późno i okaże się że naziści to Polacy anie niemieccy zbrodniarze...

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Olsztyniak #1735144 | 164.126.*.* 15 maj 2015 16:12

    Pan Róg mieszkał niedaleko dawnej SZ.P.nr 12,Pan Jara to ojciec Mietka sędziego siatkarskiego.Tak pamiętam te nazwiska.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Pozdrawiam Czytelników! #1734755 | 178.36.*.* 14 maj 2015 21:53

    Edward Róg z Równego, a Mieczysław Jara spod Lwowa!

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. fyw #1732001 | 80.52.*.* 11 maj 2015 13:02

    Weterani z Olsztyna, a właściwie Allenstein, to w polskim wojsku nie byli

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz