Czwartek, 25 kwietnia 2019. Imieniny Jarosława, Marka, Wiki

Piszę dla kobiet, które szukają głupich obrazków i bogatych mężów

2015-04-27 08:02:40 (ost. akt: 2015-04-27 08:49:26)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

O modelkach pisze per wieszaki. Świat mody zna na wylot. Z Kasią Gandor, studentką biotechnologii Uniwersytetu Warszawskiego i autorką popularnego bloga, rozmawiamy o tym, dlaczego porzuciła karierę modelki i jak się serwuje ciekawostki naukowe w lekkostrawny sposób.

— Jesteś byłą modelką. Po wybuchu głośnej afery pod tytułem „Modelki w Dubaju” (chodzi o polskie dziewczyny, które prostytuowały się w Dubaju — red.), skrytykowałaś nazywanie wszystkich jak leci „modelkami”. Napisałaś wręcz, że niedługo nawet kura zostanie nazywana modelką, jeśli przejdzie się się po wolnym wybiegu.
— Zamieszczanie swoich zdjęć na instagramie to jeszcze nie jest bycie modelką. To po prostu wrzucanie fotek na instagram, a do tego nie potrzeba żadnej z cech niezbędnych aspirującemu „wieszakowi”. Prawdziwe modelki mają agentów, zlecenia i portfolio, a nie przepuszczony przez tysiąc filtrów profil na instagramie.

— Jesteś szczupła. Próżno jednak szukać na twoim na blogu wskazówek dietetycznych. Więcej jest żartów i wpisów na przykład o tym, jak pochłaniasz słoiki Nutelli.
— Nie namawiam nikogo do żadnej diety, ale do używania rozumu owszem — i to bardzo! Każda dieta, byle tylko stosowana z głową, jest okej. Nie za bardzo lubię ten temat, bo mam wrażenie, ze za sprawą wszystkich tych jedzeniowych boomów ostatnich lat, dietetyka przestała być nauką, a stała się religią.

— Blogujesz od około roku. Szybko udało ci się zyskać rzesze wiernych czytelników.
— Mniej więcej rok temu mój tekst wrzucił na Facebooku Tomek Tomczyk (jeden z najpopularniejszych polskich blogerów — red.). Po takiej reklamie mój blog na chwilę kompletnie siadł, bo nie wytrzymał tysięcy wejść w tak krótkim czasie. Miałam wcześniej czytelników, ale wtedy to grono znacznie się powiększyło. Tamtego dnia wiele osób dowiedziało się o moim istnieniu. Serwery mi przez chwilę padły (śmiech).

— Weszłaś na rynek w dość trudnym okresie. W internecie pisze mnóstwo osób. Co cię wyróżnia?
— Rzeczywiście, blogów nazywanych lifestylowymi jest multum. W ogóle nie lubię tego określenia. Z lifestyle'u zrobił się worek ze wszystkim i z niczym. Wyróżnia mnie najprawdopodobniej to, że gdy coś przychodzi mi do głowy, to staram się nakładać sobie rodzaj sita. Mam listę obszarów tematycznych i staram się poza nią nie wychodzić. Pewnych tematów, nawet gdy mam coś do powiedzenia, nie poruszam, bo po prostu nie chcę się rozdrabniać. Trzymam się popkultury, spraw kobiecych z jednej strony i biotechnologii oraz wpisów o żywieniu z drugiej. Do tego od czasu do czasu dorzucam trochę satyry. Wydaje mi się, że większy autorytet mają blogerzy, którzy się w czymś specjalizują, niż ci, którzy próbują pisać o wszystkim.

— Pojawiły się tam pozytywne komentarze. Ale nie tylko. Niektórzy pisali o tobie, że masz „wybujałe ego” albo pytali, czym różni się twój blog od tysiąca innych tak zwanych lifestylowych.
— Krytyka zawsze będzie się pojawiała. Jeśli wychodzę z czymkolwiek do większego grona ludzi, to trzeba się z tym liczyć. Staram się nie brać tego za bardzo do serca.

— Nie lubisz określenia „blog lifestylowy”. To jak określisz swój?
— To blog dla inteligentnych, rozsądnych kobiet (śmiech). Wiem, że bywają u mnie też mężczyźni, ale to raczej rodzynki. Przyznam, że chciałabym tworzyć kiedyś bloga uniwersalnego. Na razie moje spojrzenie na świat bardziej trafia do kobiet i nie będę z tym walczyła.

— Wróćmy do modelingu. Zrezygnowałaś z tego zajęcia, żeby poświęcić się nauce. Dość często publikujesz jednak posty, w których trochę się śmiejesz z tego światka. Dziewczyny jedzące waciki, wieczna dieta, zależność od innych ludzi. Nawet nazywasz to zajęcie „wieszakingiem”.
— Nie spotkałam się podczas pracy z jakimiś ogromnymi patologiami, które należałoby obnażać. Napisałam po prostu, jak to wygląda od kulis. Opisałam różne mechanizmy, które rządzą światem modowym. Nie wydaje mi się, żebym odkryła jakieś wielkie tajemnice. Pracowałam w wielu miejscach, między innymi w Nowym Jorku i w Mediolanie dla Calvina Kleina. Mam sporo dobrych wspomnień związanych z tą pracą. Były podróże, poznawanie ludzi z całego świata. Zawarłam wiele znajomości, które przetrwały, mimo że od kilkunastu miesięcy nie jestem już modelką.

— Napisałaś, że modelek są tysiące, jeśli nie miliony. Na szczycie znajdą się nieliczne.
— Próg wejścia do tego biznesu jest bardzo niski. Wystarczy być szczupłą i wysoką. Na całym świecie jest mnóstwo ładnych i zadbanych dziewczyn. Są zgrabne i potrafią chodzić na szpilkach. Agencje chętnie je przyjmują i dają szansę. Dla takiej agencji koszt przyjęcia nowej modelki i zrobienia jej kilku zdjęć jest nieduży. Potem rynek nie jest w stanie ich wchłonąć. Na szczycie jest miejsce dla — najwyżej — kilkudziesięciu osób.

— Bycie zadziorną i inteligentną pomaga, czy raczej jest przeszkodą w tej pracy?
— Jest taki pogląd, że modelka to głupia blondynka. To oczywiście nie ma nic wspólnego z prawdą. Żeby się czymś wyróżnić na castingu, trzeba coś powiedzieć, choćby składnie brzmiące zdanie (śmiech). Inteligencja jest niezbędna, jeśli ktoś myśli o osiągnięciu czegoś w tej branży.

— Nie byłoby chyba łatwo łączyć studiowania biotechnologii z modelingiem. Skąd taki wybór kierunku?
— Zawsze lubiłam biologię. Kręci mnie inżynieria genetyczna. Trudno byłoby dziennie studiować i być w tym samym czasie modelką. To praktycznie niemożliwe. Zdarzają się dziewczyny, które jakimś cudem to łączą, rzadko więc, ale można spotkać modelkę, która jednocześnie studiuje np. na politechnice. Ja jednak wybrałam studia.

— Twój blog to też zgrabny koktajl nowinek ze świata mody. Dużo czasu musisz poświęcać na przeglądanie stron internetowych?
— Teraz nie, bo wyrobił mi się pewien wewnętrzny radar do wykrywania treści, które nadadzą się na bloga. Na początku poszukiwanie i odsiewanie tych informacji zajmowało mi sporo czasu.

— Raczej nie ma u ciebie kontrowersyjnych treści. Z jednym wyjątkiem. Jakiś czas temu opublikowałaś przewrotny tekst o tym, dlaczego nie warto czytać książek. Oczywiście był to żart. Zawrzało.
— Mój wpis trafił w takie rejony internetu, gdzie panoszą się dzieciaki. Nie byli to czytelnicy, którzy mają skończone 18 lat. Brakowało im też wyrobionego poczucia humoru i dystansu. Po prostu nie trafił do grupy, która jest oswojona z tego typu żartem i rozumie na przykład ironię. Dzieci, które na Facebooku zrzeszają się w grupach miłośników książek, potraktowały mój wpis na serio. Pojechały po mnie... Nigdy wcześniej nie dowiedziałam się tylu rzeczy na swój temat (śmiech).

— Które wpisy cieszą się największym powodzeniem: ploteczki czy teksty naukowe?
— Mam wrażenie, że czytelnicy wolą te merytoryczne. Teksty związane z biologią, tak samo jak te, w których podejmuję kwestie kulturowo-światopoglądowe. Czytelnicy oczekują konkretów. Ploteczki też są popularne, ale z przeprowadzonej przeze mnie ankiety wynika, że czytelnicy nie traktują tego jak osi bloga. Gdyby zapytać większość czytelniczek, o czym pisze Kasia Gandor, pewnie wskazałyby tematykę naukową.

— Widziałam, że tuż przed naszą rozmową pojawiło się na blogu coś nowego. Piszesz o pseudonaukowych rewelacjach z internetu. Lubisz demaskować błędne teorie i przekonania?
— Bardzo lubię. Widzę wszędzie te przekłamania związane z nauką: GMO, szczepionki. Cały dorobek nauki jest przeinaczany przez ludzi, którzy nie są żadnymi autorytetami. Irytuje mnie to. Takie teorie lubię obalać.

— „Publikacje naukowe nie są sexy” — to twoje słowa.
— Wpisy naukowe zajmują mi mnóstwo czasu i wymagają przygotowań. Zawsze staram się, żeby to, co piszę, było prawdą. Najpierw jest wymyślanie tematu, potem wizyta w bibliotece, grzebanie w książkach, szukanie badań i robienie notatek. Te dane są ciężkostrawne, nie ma tam nic, co mogłoby zostać uznane za sexy (śmiech).

— A wychodzi z tego całkiem lekki i przyjemny wpis.
— Trzeba nad tym trochę popracować, żeby tekst chciało się czytać, żeby nie był męczący. To długa droga. Staram się też nadać mu odpowiednią objętość, żeby nie zmęczyć moich czytelniczek.

— Jak widzisz swoją przyszłość?
— Blogowanie i biologia. Ten kierunek był strzałem w dziesiątkę. Szalenie mnie te studia interesują. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła w przyszłości wybrać tylko jedną z tych rzeczy. Poza tym trudno mi robić jakieś plany. Kiedyś też nie planowałam, że przeprowadzę się do Warszawy, że będę prowadziła bloga, że będę modelką. Miewam setki planów i nie wiadomo, co z nich wyniknie.

***
Kasia Gandor (sama o sobie), blogerka, była modelka, studentka i pasjonatka biotechnologii. Urodziła się na Górnym Śląsku, ale swoje serce na zawsze zostawiła w Nowym Jorku. Na karku, poza kotem, ma już dwadzieścia dwie wiosny, choć niewiele sobie z nich robi. Prowadzi bloga — kasiagandor.com — adresowanego do inteligentnych kobiet, które w internecie szukają nie tylko wysokojakościowej treści, ale też głupich obrazków i bogatych mężów.


Rozmawiała Katarzyna Guzewicz
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także