środa, 24 kwietnia 2019. Imieniny Bony, Horacji, Jerzego

To on wymyślił pana Józka i jego absurdalny świat kurczaków

2015-04-26 10:00:00 (ost. akt: 2015-04-26 10:09:43)

Jego twarz zna w Polsce chyba każdy. To on wymyślił pana Józka i jego absurdalny świat kurczaków. Dla niektórych jego dowcip, to zbyt ciężka przenośnia. Grzegorz Halama opowiada nam dlaczego miał na pieńku z Czesławem Niemenem i i jaka rola filmowa jest jego marzeniem.


— Zacznę od zagadki. Pamięta pan, gdzie pan krzyknął do publiczności: "Wyciągać pejsy! Nie wstydzić się!"

— Gdzieś tak było! W Olsztynie? (śmiech)



— A może w Mrągowie?

— A tak, przy okazji pana Józka. Zwykle nie pamiętam co mówię ze sceny, ale to akurat zapamiętałem. Nie było to jednak zaplanowane, wyszła moja improwizacja. Ale wiadomo, jak to w postaci Józka, bardzo dużo głupich rzeczy przy nim gadam. Podejrzewam, że inspiracją była ogólna fobia co do narodu żydowskiego, czy jakiegokolwiek innego. 



— Ale do Abelarda Gizy, który swojego czasu wziął na tapetę papieskie "bąki" i tak chyba jeszcze panu daleko?
— Nie chciałbym się z nim porównywać, ale w czasie, kiedy mój Józek święcił triumfy, to raczej nie narzekałem na słaby oddźwięk społeczny. Wielu widzów mocno zaangażowało się w życie Józka i hodowanych przez niego kurczaków, natomiast nigdy nie poruszałem kwestii związanych z polityką. Abelard Giza nie wywołał burzy raczej celowo swoim dowcipem. Bardziej chodziło o to, że trafił akurat na to, że istniała jakaś... komisja ds. przeciwdziałania ateizacji. I to oni właściwie narobili szumu, bo przedstawili Abelarda jako wroga wiary. Zobaczy pan — akurat miał takiego farta, że taka komisja istniała (śmiech). Dowcip był jednak delikatny, nie była to żadna szczególna konstrukcja. Po prostu czasami ma się szczęście i danego dnia o danej godzinie, przy danym ustawieniu Słońca i Księżyca powie się coś, co potrafi wywołać burzę. 



— A pan pamięta, za co się najbardziej dostało wspomnianemu Józkowi?

— Moja działalność zawsze była raczej neutralna. Podejmowałem humor absurdalny, dlatego i tak jestem mile zaskoczony, że udało mi się znaleźć dobrą formę na taki humor, że zdobyłem tylu fanów. Przygody pana Józka najczęściej dotyczyły oceny rzeczywistości, ale nie wprost, budowanej raczej na zasadzie pewnej przenośni. Świat jego kurczaków odzwierciedlał często nasze zachowania społeczne, chociaż i tak wiem, że dla niektórych ludzi była to za ciężka przenośnia.



— Byłoby pewnie gorzej, gdyby zamiast kurczaków hodował pan kaczki...

— Hmm, no tutaj mógłbym już mieć jakieś represje polityczne. Pamiętam, że kiedyś w Trójce zacząłem trochę nawiązywać do polityki, ale bardzo szybko zrezygnowano z mojej osoby (śmiech). Nie wiem, czy był to już po prostu przesyt Józka po dziewięciu latach w radiu, czy rzeczywiście dotknąłem jakiegoś tematu, który kogoś zniechęcił. Faktem jest, że kiedy się tam wyraziłem raz w stosunku do PiS, raz do PO, to jakoś miesiąc później nie miałem już kontraktu. Józek przez te lata miał i tak czas się wyszaleć, na pewno się spełnił. 



— Od pewnego czasu niektórzy kabareciarze znaleźli się na celowniku, przez raczkujący w Polsce stand-up, w którym artysta może sobie pozwolić na nieco więcej. Może my, Polacy, nie rozumiemy jeszcze takiej formy scenicznej?

— Stand-up nadal nie jest do końca rozumiany. To kultura, która tworzyła się na Zachodzie przez 60 lat. U nas chyba YouTube najbardziej kształtuje opinię o tym, czym jest stand-up. Najpierw zaczęło się od serii krytykującej religię, co już od razu wytworzyło pewien szczególny klimat. Co tu dużo gadać, nasza kultura kabaretu jest oparta na schemacie początek-rozwinięcie-zakończenie, natomiast stand-up jest specyficzną formą, która nie jest opowiadaniem historii, tylko zbiorem bystrych obserwacji. My Słowianie mamy jednak w naturze inklinacje do opowiadania historii. 



— Lubimy historie, ale lubimy też bronić naszych dóbr narodowych, kiedy poczujemy, że ktoś je wyśmiewa. Tak było chyba z pana parodią utworu "Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena, który pan przekształcił na "Dziwny jest ten flak". Było ostro?

— Okazało się, że poruszyłem tym pewien temat tabu, ponieważ dla pokolenia niżej od mojego, utwór "Dziwny jest ten świat" był pewnego rodzaju hymnem, wpisał się w ten klimat socjalizmu jako rodzaj protestu. Ja będąc młodym człowiekiem niezbyt zaangażowanym politycznie, szczerze powiedziawszy nie zwracałem na to uwagi. Lubiłem absurd, rzeczy czasami po prostu skrajnie durne. Przyznaję. Inspiracją był zawsze dla mnie Chaplin, Monty Python, Woody Allen. U nich, oprócz zwykłej treści, też było miejsce na absurd, na zwykły wygłup. Przed laty wszedłem do mediów z antytezą, bo nie chciałem, żeby moja twórczość była ważna, żeby to było moralizujące. Nie chciałem, żeby mój kabaret był taki strasznie poważny w ostatecznym wydźwięku. Bardzo chciałem wypełnić tę próżnię czystą, niezobowiązującą rozrywką, która mimo wszystko nadal może być inteligentna i dotykać fajnych tematów.

— To prawda, czy tylko anegdota, że Niemen na wiadomość, że nagrał pan parodię jego kawałka, nie był z tego zadowolony?

— Prawda! Niemen od razu był ostry i dość obcesowy. Miałem nawet wrażenie, że już po tym jednym telefonem zaczął mnie ścigać, bo niewinnie zapytałem, czy mógłbym tego "flaka" wydać na kasecie. On od razu zaczął mnie wypytywać, gdzie to już wykonywałem, gdzie mieszkam. Szybko się pożegnałem i zakończyłem rozmowę czując, że mój pomysł raczej nie przypadł mu do gustu. Trochę rozumiem Niemena. Jest coś takiego, że mając szacunek do samego siebie i własnej twórczości, nie zawsze można mieć ochotę, żeby ktoś w tym grzebał. Natomiast polskie prawo autorskie stanowi, że ja i tak mogę wykonać parodię bez pytania autora o zgodę. Z mojej strony tamten telefon bardziej był więc gestem grzecznościowym. Chciałem być w porządku. To był jednak chyba jedyny taki przypadek, bo zwykle artyści się zgadzali. Ale tutaj rzeczywiście trafiłem na wybitną postać. No i ok, ale dlaczego od razu musiał mnie pytać, gdzie mieszkam? (śmiech) 



— Ostatnio dużo mówiło się o filmie „Polskie gówno”, który miał być pastiszem polskiego show biznesu. Pan zagrał w nim jedną z głównych ról, czyli ekscentrycznego menedżera Czesława Skandala. Prywatnie chciałby pan, żeby ktoś taki dbał o pana interesy?

— Oj, rola Czesława Skandala jest ulepiona z najgorszych cech różnych menedżerów, których spotykałem na swojej drodze. Niewykluczone jednak, że takie postacie zdarzały się w historii polskiego menedżeringu (śmiech). W filmie widzimy upadek Skandala, gdyż jego skłonność do hazardu i alkoholu doprowadziła go do wyniszczenia. W prawdziwym świecie takie osoby istniały, żerowały na artystach, którzy byli skłonni uwierzyć w ten lepszy świat, jaki był im oferowany. Mnie osobiście raczej nie zdarzyło się, żeby zostać aż tak drastycznie oszukanym przez menedżera, ale słyszałem o różnych numerach.

— Od pewnego czasu trwa pana romans z filmem. Część produkcji okazała się niewypałem, ale widzę, że nie odrzuca pan propozycji.

— Tak, bo jest jeden duży problem. Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego na Zachodzie osoby, które zdecydowanie wyróżniają się talentem komicznym, szybko stają się gwiazdami i reżyserzy to wykorzystują. A w Polsce jest głęboka cisza, jakieś jednostki miały odwagę zaprosić mnie do współpracy. Nie wiem na czym dokładnie to polega, ale istnieje w naszym kraju opinia, że kabareciarz nie jest aktorem, dlatego przemysł filmowy w nich nie inwestuje. Sam ukończyłem studium aktorskie, ale nie wiem... Ale co ciekawe, już po „Polskim...” wiele osób wyrażało opinie, że pomylili się co do mnie. To dziwne, bo wśród samych aktorów zawsze spotykam się z miłym odbiorem i szacunkiem, chociażby za postać pana Józka. Aktorzy zdają po prostu sobie sprawę z tego, jak ciężko jest stworzyć postać z krwi i kości, w którą widz zaczyna wierzyć. To trudne zadanie. Nie wiem, dlaczego dla reżyserów już to takie nie jest. Cieszę się, że „Polskie...” było okazją do pokazania tej strony aktorskiej, bo ludzie znają mnie głównie z kabaretu, ale jak wspomniałem, z wykształcenia jestem też aktorem.



— To może sam pan stanie za kamerą?

— Zrobienie filmu kusi mnie i szykuję się do takiej rzeczy. Mam różne pomysły, bo aktor często jest zdany tylko na to, czy pojawią się propozycję, czy nie. Będę absolutnie szczęśliwy, jeśli będę takie otrzymywał. Tym bardziej po opinii reżysera Andrzeja Saramonowicza, który miał odwagę napisać na Facebooku, że pada przede mną na kolana i że pomylił się co do mnie. Być może będzie to rekomendacja, dzięki której warto dać mi rolę komediową, chociaż nie tylko taką. Obecnie biorę udział w filmie amatorskim, dlatego moje przygoda z kinem trwa. Co ciekawe, będzie to film poważny. Będę w nim grał rolę stalkera. Mógłbym podjąć się ról dramatycznych, ale bardziej marzy mi się kariera takich ludzi jak Louis de Funes czy Jaś Fasola. Niestety nie ma w Polsce specjalistów od takiej szczególnej estetyki. Mamy w sobie taką dramatyczną tradycję wynikającą ze szkoły dramatycznej. I nasze komedie mają troszeczkę inny klimat. Bardzo chciałbym spotkać odważnych reżyserów, którzy chcieliby robić po prostu filmy stricte komediowe, oparte na komicznych postaciach. Ale z drugiej strony bardzo chciałbym zagrać w polskiej komedii romantycznej gościa, który może pływać między postacią komiczną, a autentyczną.



— Wspomniał pan, że jest pan po studium aktorskim. Znalazłem jednak, że jest pan także absolwentem technikum elektrycznego. Daleko odszedł pan od swojej wyuczonej branży.

— Gdzieś w drugiej klasie szkoły średniej zacząłem grać na gitarze, śpiewać i już wiedziałem, że będę artystą. W latach 80. nie było tylu liceów artystycznych, no najwyżej plastyczne, ale te mnie nie interesowały. Ale interesowałem się także elektroniką. W szkole nie miałem problemów ani z działem humanistycznym, ani technicznym. Co ciekawe, jak pan sprawdzi, to okaże się, że znaczna część komików jest właśnie po kierunkach technicznych. Nie wiem, może po humanistycznych ludzie chętnie zostają pisarzami, a niekoniecznie pchają się na scenę? Weźmy jednak pod uwagę elektronikę. Czy może dziwić moje zamiłowanie do absurdalnego humoru, skoro wszystko, czego uczyłem się w szkole średniej, jest czymś... niewidzialnym? Przecież nigdy nie zobaczymy prądu, no chyba, że jest spięcie (śmiech). To nic dotykalnego, to tylko operowanie teorią. Owszem, stoi telewizor, świeci żarówka, ale wszystko o czym się uczyłem, było czystą abstrakcją, czymś niewidzialnym.



— Ale kiedy żona prosi pana o naprawienie elektryki, to wie pan gdzie jest plus, a gdzie minus?

— Z grubsza wiem. Umiem jeszcze zlutować dwa kabelki czy zrobić gniazdko.



Rafał Bieńkowski




Grzegorz Halama urodził się 2 stycznia 1970 r. w Świdwinie. Jeden z najpopularniejszych aktorów kabaretowych, filmowych i teatralnych, parodysta. Występuje pod szyldem „Grzegorz Halama Oklasky”. Popularność zyskał wykreowaniem przed laty postaci pana Józka, hodowcy drobiu, który komentuje rzeczywistość. Halama występował m.in. w takich filmach jak „Nie kłam kochanie”, „Wyjazd integracyjny” i „Polskie gówno”.
Źródło: wikipedia.pl
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także