Poniedziałek, 15 lipca 2019. Imieniny Henryka, Igi, Włodzimierza

Zbieram się na odwagę, żeby zadzwonić do Stinga!

2015-04-06 18:45:44 (ost. akt: 2015-04-06 18:44:36)

Autor zdjęcia: Archiwum artystki

Z Izabelą Buchowską, pochodzącą z Olsztyna wiolonczelistką, rozmawiamy o tym, jak zachowuje się publiczność na koncertach w Stanach Zjednoczonych oraz o tym, jak łączyć muzykę poważną z popularną.

— Czyj to był pomysł?
— Zawsze chciałam mieć kontakt z muzyką. Bardzo dopingowała mnie mama, od najmłodszych lat woziła mnie na zajęcia rytmiki, a później na lekcje śpiewu i gry na fortepianie. Mój ówczesny nauczyciel zachęcił mnie do tego, żeby zdawać do Szkoły Muzycznej. Buntu chyba nie było, jednak nie wiedziałam, czy chcę to robić zawodowo. Jeszcze w liceum zastanawiałam się nad m.in. zarządzaniem albo ekonomią. Nawet w klasie maturalnej! (śmiech).

— Z czym to było związane? Za dużo uzdolnień?
— W liceum interesowało mnie wiele rzeczy, zawsze miałam umysł ścisły, stąd pewnie pomysł takich studiów. Jeśli chodzi o muzykę, znajomi z tamtego okresu chyba bardziej kojarzą mnie ze śpiewaniem niż z graniem na wiolonczeli. Jednak jak dostałam się do Akademii Muzycznej w Poznaniu, postanowiłam pójść w tym kierunku. Pierwszy i drugi stopień edukacji muzycznej to był oczywiście Olsztyn.

Uwaga, dla naszych czytelników mamy trzy płyty Izabeli Buchowskiej. Żeby je zdobyć, wystarczy zadzwonić do nas w poświąteczny wtorek pod numer 89 539 76 43.
— Urywałaś się czasem na wagary?
— Chyba każdy czasem to robił (śmiech). Zwykle na ptysie w nieistniejącej dziś kawiarni Wigry. Często chodziliśmy też do parku nad Łyną. Zarówno z I Liceum Ogólnokształcącego, w którym się uczyłam, jak i ze Szkoły Muzycznej, miałam blisko w wiele pięknych miejsc, więc było to bardzo kuszące.

— Kiedy pojawił się pomysł wyjazdu do Stanów Zjednoczonych?
— Podczas studiów podyplomowych w Lubece w Niemczech. Pomyślałam, że warto odwiedzić jedną z kulturalnych stolic świata i jeszcze trochę się pouczyć, więc poleciałam na egzamin wstępny do Nowego Jorku, zdałam go i tak się to zaczęło. Były to studia profesjonalne w Mannes College. Ostatni semestr nauki w Nowym Jorku spędziłam w Juilliard School - jednej z najlepszych i najbardziej prestiżowych uczelni muzycznych na świecie jako gościnna artystka.

— Przeżyłaś kulturowy szok?
— Zdecydowanie tak. Na studia do Niemiec jechałam nastawiona głównie na zdobywanie wiedzy. W Stanach Zjednoczonych oprócz nauki interesowało mnie nawiązanie zawodowych kontaktów. Bardzo się tam rozwinęłam, jednak odczułam wyraźne różnice kulturowe. Z jednej strony wszyscy są uśmiechnięci, z drugiej trudno jest nawiązać prawdziwe przyjaźnie. Oczywiście nie zawsze jest to zasadą - Święto Dziękczynienia na przykład spędziłam w domu mojej pani profesor. Zaproszenie na tak rodzinną uroczystość, to bardzo duże wyróżnienie.

— Jak ludzie zachowują się na twoich koncertach w Stanach Zjednoczonych?
— Mają znacznie swobodniejsze podejście. Na bardzo eleganckie koncerty niewiele osób przychodzi w garniturach czy pięknych sukniach. W Carnegie Hall zdarza się, że kurtki nie są zostawione w szatni, tylko są przewieszane przez siedzenie (śmiech). Podobały mi się natomiast entuzjastyczne reakcje publiczności. U nas stosuje się zasadę nieklaskania między częściami utworów. Pani Danuta Gwizdalanka, znana muzykolog, uświadomiła mi, że ta reguła została wprowadzona bardzo późno, bo dopiero w połowie XX wieku lub nawet później. Wcześniej oklaskiwało się także występ między częściami. Oczywiście, jeśli się komuś podobał.

— Podczas koncertu w Olsztynie (1 kwietnia — red.) w trakcie twojego występu dało się słyszeć słowa wypowiedziane przez małą dziewczynkę: „Idziemy już do domu?”. To było dość zabawne.
— To była moja córka, dwuletnia Basia (śmiech). Dzieci coraz częściej przychodzą na koncerty, co wydaje mi się czymś fantastycznym. Atmosfera na koncertach muzyki klasycznej bywa zbyt sztywna i napięta. Uważam, że mogłoby się to zmienić. Dlatego staram się wprowadzać takie elementy, jak na przykład użycie nagłośnienia i dodatkowych efektów, czyli to, co słyszeliśmy w Bagatelach Bartosza Smorągiewicza. Poza tym ważny jest kontakt artysty z publicznością, którego często brakuje podczas koncertów muzyki poważnej.

— W pewnym momencie twoja wiolonczela zabrzmiała jak gitara elektryczna…
— To było właśnie podczas utworu Bartosza. Podłączyliśmy wiolonczelę do dwóch mikrofonów i nadaliśmy jej za pomocą różnych urządzeń gitarowe brzmienie. Zaryzykowaliśmy zaprezentowanie takich brzmień również w Poznaniu podczas festiwalu muzyki współczesnej. Spodobało się to nawet bardzo wyrobionym słuchaczom, którzy przychodzili na trzy koncerty dziennie, a na co dzień obcują z muzyką, która dla przeciętnego bywalca sal koncertowych może być bardzo trudna. Po koncercie dostaliśmy bardzo entuzjastyczne recenzje, więc będę takie eksperymenty kontynuować.

— Jaki rodzaj muzyki jest ci najbliższy?
— Trudno mi się zdecydować. Uwielbiam muzykę romantyczną, ale świetnie czuję się też we współczesnej. Spełniam się również w muzyce rozrywkowej. Obecnie biorę udział w nowym projekcie Olgi Szomańskiej i Maćka Miecznikowskiego. Oprócz grania na wiolonczeli mam tam również okazję śpiewać, z czego bardzo się cieszę. Pierwszy koncert odbędzie się w Koszalinie dla kilkutysięcznej publiczności za około półtora tygodnia. To zupełnie inna muzyka — utwory Piotra Rubika w nowych, bardzo ciekawych aranżacjach oraz świetne, autorskie kompozycje Olgi i Maćka.

— Można powiedzieć, że nie gardzisz bardziej komercyjnymi propozycjami?
— Absolutnie nie. Jeśli tylko są to ciekawe, dobre projekty, bardzo chętnie biorę w nich udział. W Stanach nagrałam płytę rockową z zespołem Erica Margana, w Polsce m.in. kołysanki dla dzieci z Aurelią Luśnią, koncertowałam też z Mietkiem Szcześniakiem. Czymkolwiek się zajmuję, zawsze wchodzę w to do końca. Przygotowuję się bardzo dokładnie do każdego projektu.

— A jak odniosłabyś się do propozycji nagrania muzyki filmowej?
— Bardzo chętnie bym się zgodziła. Kilkakrotnie nagrywałam muzykę do filmu. Między innymi do „King's Gambit Accepted” w USA. Zdarzyło mi się też nagrać muzykę do kilku polskich seriali i do teatrów.

— W muzyce popularnej funkcjonują groupies lub fani podążający za swoim idolem. Spotykasz się z nietypowymi wyrazami sympatii?
— Nietypowymi raczej nie, ale zdarzają się sympatyczne komentarze. Jest mi bardzo miło, gdy ktoś na przykład pisze do mnie po koncercie. W czasach popularności tradycyjnych listów dostawałam listem gratulacje. Nieprzyjemnych reakcji na szczęście nie ma.

— Podobno planujesz zrobić licencję pilotki?
— Kiedyś zadano mi pytanie, na co bym się zdecydowała, gdybym miała wybrać jakiś inny zawód. Bardzo chciałabym być pilotem. Moi rodzice latali na szybowcach, brat lata paralotnią. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zrobić licencję. Nie mam oczywiście na myśli samolotów pasażerskich, tylko na przykład awionetkę. Plan jest poważny, ale na razie niestety nie mam czasu go zrealizować. A szkoda, bo to znacznie ułatwiłoby mi dojazdy na koncerty.

— Często bywasz w Olsztynie?
— Bardzo często. Uwielbiam tu powracać, mieszka tu większość mojej rodziny i wielu przyjaciół. Mieszkanie w stolicy wybrałam głównie ze względów praktycznych, bo kultura w Polsce jest mocno scentralizowana.

— Jak przyjmujesz wyrazy uznania? Wydajesz się być osobą bardzo skromną.
— Jest mi bardzo miło słyszeć pozytywne opinie. Nie lubię się jednak chwalić, wolę, żeby robili to inni, dlatego nawet w życiorysie zamieszczam recenzje z koncertów czy recenzje płyt. Profesor Krzysztof Meyer, którego Sonatę nagraliśmy z Jakubem Tchorzewskim na płycie, wypowiedział się o niej bardzo pozytywnie. Nazwał to nagraniem doskonałym pod każdym względem i stwierdził, że tak właśnie słyszał swoją Sonatę, gdy ją komponował. To chyba największy komplement dla wykonawców.

— Czy poruszanie się z wiolonczelą, w końcu sporym instrumentem, nie jest kłopotliwe?
— Wiolonczela waży około 6-7 kg, futerał jakieś 2 kg. Jeżdżę samochodem, więc przewożenie jej raczej nie jest kłopotliwe. Największe problemy pojawiają się podczas podróży samolotem. Zasady przewożenia wiolonczeli są opisane w regulaminach linii lotniczych, ale wielu pracowników lotnisk ich nie zna. Na lotnisku zawsze muszę dużo być wcześniej i oczywiście mieć dodatkowy bilet dla instrumentu. Prawie zawsze pojawiają się problemy, kilka razy nawet nie chciano wpuścić mnie na pokład!

— Czy jest jeszcze coś, co chciałabyś zrobić w przyszłości?
— Tak, chciałabym zagrać ze Stingiem. Nawet miałam się do niego odezwać, gdy byłam w Nowym Jorku, ale ciągle zbieram się na odwagę (śmiech). Poza tym chętnie wystąpiłabym z Peterem Gabrielem. Niestety, obaj Panowie mają już swoich wiolonczelistów, ale może kiedyś uda mi się któregoś z nich zastąpić...?

Rozmawiała Katarzyna Guzewicz

Izabela Buchowska urodziła się 21 września 1980 roku w Olsztynie. Kształciła się na uczelniach w Poznaniu, Lubece i Nowym Jorku. Ostatni semestr studiów w Nowym Jorku spędziła jako gościnna artystka w słynnej Juilliard School. Jest laureatką wielu nagród i stypendiów, jako solistka i kameralistka występowała w Europie i USA. Koncertowała podczas wielu festiwali w słynnych salach koncertowych, m.in. Carnegie Hall (Nowy Jork), Auditorium Parco della Musika (Rzym) czy Merkin Concert Hall (Nowy Jork). Jako kameralistka koncertuje w różnych składach, wielokrotnie nagrywała muzykę dla teatru, radia i telewizji. W 2014 wydała z Jakubem Tchorzewskim album „Polish Music for Cello and Piano”. Mieszka w Warszawie z mężem i córką.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB