środa, 24 kwietnia 2019. Imieniny Bony, Horacji, Jerzego

Artur Barciś: Norek to postać tragiczna

2015-03-29 22:30:17 (ost. akt: 2015-03-29 21:56:48)

Autor zdjęcia: Artur Barciś

Znany i lubiany aktor Artur Barciś, który wkrótce przyjedzie do Olsztyn ze swoim spektaklem, przekonuje w rozmowie z „Gazetą Olsztyńską”, że po latach wciąż nie wie, kogo zagrał w filmach Kieślowskiego i że pamiętny serialowy Tadeusz Norek w rzeczywistości był postacią dramatyczną.

— 18 kwietnia zaprezentuje pan w Olsztynie wyreżyserowany przez siebie spektakl „Nie jesteś sama” z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Poznał ją pan osobiście?

— Tak, miałem okazję poznać panią Agnieszkę podczas Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. I kilka razy miałem przyjemność z nią rozmawiać. Kiedy byłem młodym, początkującym aktorem, wygrałem ten festiwal. Potem przygotowałem nawet swój recital na zamówienie tego festiwalu i pamiętam, że korzystałem z piosenki Agnieszki Osieckiej „Okularnicy”. Ale ponieważ mój monodram muzyczny opowiadał o życiu aktora, to napisaliśmy do niej nowy tekst o... halabardnikach. Takich aktorach, którzy nie są docenieni, grają małe role, a często tylko stoją z tą przysłowiową halabardą. Zapytałem wtedy panią Agnieszkę, czy moglibyśmy użyć jej utworu. Zgodziła się, była nawet na recitalu i chyba jej się podobało. Jej twórczość towarzyszyła mi od zawsze, jak zresztą każdemu Polakowi.





Jeżeli Norek znajduje się w sytuacji, w której zakuł się kajdankami ze swoim dwa razy grubszym przyjacielem, razem jadą w kuszetce i muszą położyć się spać, ale nie mogą, bo jeden drugiego przygniata, to sytuacja jest absolutnie tragiczna.
— Z tymi wszystkimi Polakami to wcale nie byłbym taki pewny. Nazwisko Osiecka pewnie niewiele mówi młodszym słuchaczom, niestety.
— Nawet jeżeli ktoś nie wie, że to akurat tekst jakiejś piosenki Agnieszki Osieckiej, to choćby „Małgośkę” znają przecież wszyscy. Będziemy zresztą mogli usłyszeć ten utwór podczas naszego spektaklu w absolutnie arcygenialnym wykonaniu Stanisławy Celińskiej. Będzie to zupełnie inna interpretacja, niż ktokolwiek by się spodziewał. Na tym jednak polegał cały pomysł. Kiedy dostałem z fundacji Okularnicy i od Agaty Passent propozycję przygotowania koncertu, to pomyślałem sobie, że zrobię przedstawienie, bo jestem przecież człowiekiem teatru. Spróbowałem wybrać takie piosenki, które będzie można zinterpretować poprzez wielkość aktorek. Poprzez dwie kobiety z bagażem życiowych doświadczeń, które te teksty mogą odczytać na nowo, które pokażą, że w tych utworach — często bardzo znanych — jest dodatkowa treść i wartość. W ten sposób chciałem opowiedzieć o Agnieszce Osieckiej coś nowego. Stąd role Stanisławy Celińskiej i Krystyny Tkacz, które będą razem na scenie, chociaż w zawodowym życiu często się mijają. Tak już jest, że jak którejś z ról nie może podjąć się Tkacz, to pyta się o Celińską albo odwrotnie. Ja chciałem je obie, bo obie się przyjaźnią, a ja je uwielbiam. 



— Jakie opinie widzów docierają do pana po spektaklu?
— Bardzo różne. Wiele osób jest jednak zdziwionych, że to właśnie o tym są te piosenki. Największym szokiem jest jednak wspomniana „Małgośka”. Sam od zawsze bardzo lubiłem ten utwór wykonywany przez Marylę Rodowicz i pewnego dnia zagłębiłem się w jego treść. I uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nikt nic z tej piosenki nie rozumie. Ludzie nucą to sobie jako przebój, a przecież w tej piosence rozgrywa się wielka tragedia, wielki dramat kobiety porzuconej dwa tygodnie przed ślubem przez ukochanego. To wszystko tam jest. Ale wszyscy pamiętają tylko refren.

— Agnieszka Osiecka została zapamiętana także z wielkiej dbałości o polszczyznę. Dziś trochę się to wszystko odwróciło.
— Trochę? Proszę pana, dzisiaj zapanowała moda na to, że piosenkarze — pożal się Boże — sami sobie piszą teksty, bo uważają, że w ten sposób wyrażają jakieś swoje wyższe myśli! Ale żeby napisać dobry tekst do piosenki, trzeba to umieć zrobić. Ostatnim z wielkich jest Wojciech Młynarski. Pisać trzeba umieć, a to, co dzisiaj najczęściej słyszymy w tekstach piosenek, jest jakimś bełkotem, czystą amatorszczyzną. Nie chcę pastwić się i znęcać nad niektórymi twórcami, ale tak jest.



— Początek lat 90. XX wieku, monodram śpiewany, Olsztyn. Pamięta pan jeszcze?
— To była „Gra, czyli musical na jednego aktora”. Oczywiście, że pamiętam.



— Udzielił pan wtedy w kafejce teatralnej wywiadu naszej Gazecie. Z opowieści wiem, że z przejęciem opowiadał pan szczególnie o Tadeuszu Łomnickim.

— Uważam go za jednego z absolutnie najwybitniejszych aktorów. Pewnie gdyby urodził się w Hollywood, byłby w tej chwili tak sławny jak Jack Nicholson czy inni tej miary aktorzy. To był geniusz.



— Dla większości widzów jest pan przede wszystkim Tadeuszem Norkiem z serialu „Miodowe lata”. Dla mnie w pierwszej kolejności z tajemniczą, niepokojącą postacią, która przewijała się w dalekim planie w wielu filmach Krzysztofa Kieślowskiego. Czasami miałem ciarki na plecach.
— (śmiech) Takie były te role. Wiele razy jestem pytany, kogo ja tam w ogóle grałem i za każdym razem odpowiadam tak, jak zawsze życzył sobie tego sam Krzysztof: że ja nie wiem, kogo grałem. Reżyser też tego nie wiedział i chyba nie chciał wiedzieć. To był po prostu taki znak zapytania. Moja postać wprowadzała pewien rodzaj metafizyki do tego realistycznego przecież w końcu cyklu filmowego, jakim był „Dekalog”. Ta rola została jednak przygotowana dużo wcześniej, kiedy nawet nie było jeszcze pełnego scenariusza. Krzysztof powiedział mi o swoim pomyśle po premierze filmu „Bez końca”, w którym też grałem. Chciał jakoś połączyć wszystkie części dekalogu i ja miałem mu w tym pomóc. W pierwowzorze miałem zagrać w każdym odcinku na innym instrumencie, ale w końcu stanęło na postaci, która od czasu do czasu pojawia się gdzieś w tle. Jak pan to dobrze prześledzi, to nie są to jednak zawsze momenty decydujące. Atmosfera na planie zawsze była jednak znakomita. Krzysztof cały czas miał głowę pełną pomysłów, dlatego praktycznie przez półtora roku nie znałem dnia ani godziny, kiedy będą potrzebny. W każdej chwili mogłem spodziewać się telefonu, że mam wstać z łóżka o godz. 2 w nocy, ubrać się i przyjechać na plan. Ale i tak byłem szczęśliwy, że w tym gram. 



— Może odpowiadała mu pana aparycja?

— Kieślowski powiedział kiedyś, że mam twarz, którą mógłby mieć każdy, ale którą ma jednak tylko jeden człowiek. Chodziło o to, że moja twarz przykuwa uwagę, ale jednocześnie jest jedną z wielu w szarym tłumie. Swoją aparycję uznaję jednak za atut, bo dzięki temu mogłem przecież grać tak różne role jak Norka w „Miodowych lat” czy Czerepacha w „Ranczu”. 



— Ciężko było w pewnym momencie przestawić się z ról dramatycznych na komediowe?

— Ja ról komediowych tak nie traktuję, bo dla mnie to w pewnym sensie też są role dramatyczne. Wszystko wynika z kontekstu. 



— Tadeusz Norek postacią dramatyczną?! Panie Arturze...
— Oczywiście, że tak. Proszę pana, jeżeli Norek znajduje się w sytuacji, w której zakuł się kajdankami ze swoim dwa razy grubszym przyjacielem, razem jadą w kuszetce i muszą położyć się spać, ale nie mogą, bo jeden drugiego przygniata, to sytuacja jest absolutnie tragiczna. Nie ma w tym nic śmiesznego z punktu widzenia Norka. Z punktu widzenia widza to oczywiście zabawne, ale ja, czyli mój bohater, nie widzę w tym nic komediowego. Woody Allen bardzo mądrze kiedyś powiedział, że komedia to tragedia, tyle że przydarzyła się komuś innemu. 



— Nie każdy widz wie, że serial „Miodowe lata” realizowany był w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Grając tam mógł się pan czuć jak na deskach teatru, a nie na planie serialu.
— Do połowy tak, do połowy nie. Najważniejsze było oczywiście to, co widzą kamery, dlatego trzeba było bardzo precyzyjnie się do nich dostosować. Na scenie stały cztery kamery, a publiczność służyła głównie temu, żeby nagrywać jej reakcję, czyli głośne śmiechy. Cały odcinek trzeba było zagrać za jednym zamachem, praktycznie nie było dubli, jedynie na zmianę dekoracji były zarządzane przerwy. To była naprawdę ogromna, ciężka praca, wymagająca wielkiej dyscypliny i dobrego warsztatu. 



— Czuje pan, że przynajmniej w świadomości widzów seriale „Miodowe lata” i „Ranczo” przyspawały Artura Barcisia do Cezarego Żaka i odwrotnie?

— Obecnie gramy razem w trzech sztukach teatralnych i serialu „Ranczo”, ale to wszystko. Stereotyp funkcjonuje dzięki temu, że „Ranczo” ma ogromną popularność, a „Miodowe lata” są często powtarzane i wciąż zgarniają dużą oglądalność. W prawdziwym życiu mieszkamy jednak na dwóch krańcach Warszawy i wbrew pozorom nie jadamy ze sobą codziennie kolacji. Lubimy ze sobą pracować, bo jesteśmy zawodowcami, wiemy też, czego możemy się po sobie spodziewać. Ale to nie jest tak, że nie możemy bez siebie żyć, proszę pana. 



Rozmawiał Rafał Bieńkowski

Artur Barciś urodził się 12 sierpnia 1956 roku w Kokawie na Śląsku. Aktor teatralny, filmowy, telewizyjny i dubbingowy, reżyser. Bardzo często występuje w rolach drugoplanowych, ale charakterystycznych. Pod koniec lat 90. XX wieku zyskał też sympatię widzów dzięki jednej z głównych ról w serialu telewizyjnym „Miodowe lata”, gdzie wcielił się w postać Tadeusza Norka i zagrał u boku Cezarego Żaka. Jest aktorem Teatru Ateneum w Warszawie. Oprócz tego znany m.in. z takich filmów i seriali jak „Dekalog”, „Krótki film o zabijaniu”, „Ranczo” czy „M jak miłość”.
Źródło: Wikipedia.pl
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Mirek z Rynu #1703266 | 37.248.*.* 1 kwi 2015 11:53

    Pan Barciś to miły, skromny i sympatyczny człowiek. Oczywiście aktor z klasą. Byłem na spotkaniu z nim w RCK w Rynie. Mam miłe wspomnienia. Zawsze pamiętam jak ratował Białoruskiego lotnika azylanta na swojej posesji. Warto pojechać do Olsztyna na jego spektakl.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz