Czwartek, 25 kwietnia 2019. Imieniny Jarosława, Marka, Wiki

Kamila, spinasz poślady i idziesz!

2015-03-29 21:30:53 (ost. akt: 2015-03-29 21:28:22)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Kamila Kielar, czyli Bear Girl, ostatnie pięć miesięcy spędziła na Jukonie w Kanadzie. Przeżyła tam temperatury sięgające prawie minus 50 stopni. Opowiada o miłości do niedźwiedzi, przekraczaniu granic i hejterach internetowych.

— Nie widzę twoich charakterystycznych warkoczyków. Taka oryginalna fryzura sprawdziła się podczas wyprawy?
— Wcale się nie sprawdziła (śmiech). Musiałam je w końcu rozplątać, bo włosy zaczynały odrastać i przestało to dobrze wyglądać. Zrobione zostały pod wpływem impulsu, nie był to pomysł szczególnie przemyślany. Nie były też zbyt wygodne, ale dzięki nim byłam bardziej rozpoznawalna. Byłam w miejscu, gdzie jest bardzo mało ludzi, więc jak ktoś mówił „ta z warkoczami” wiadomo było o kogo chodzi.

— Czy to znaczy, że na Jukonie w Kanadzie, gdzie spędziła pani pięć miesięcy, mieszka tak mało ludzi?
— Jukon ma terytorium półtora raza większe od Polski i 35 tysięcy mieszkańców, z czego 25 tysięcy jest zgromadzonych w jednym miasteczku.

— Twoja wyprawa przypadła na zimowe miesiące. Wróciłaś w lutym. Było zimno?
— Byłam do połowy lutego. Najniższa temperatura, z jaką się spotkałam to minus 48 stopni.

Mieszkałam w miejscu oddalonym od najbliższej wsi o 100 km. Żeby tam dotrzeć trzeba było lecieć samolotem i wylądować na płozach na zamarzniętym jeziorze
— Jak funkcjonuje ciało w takim mrozie?
— Ciężko się oddycha przy czterdziestu paru stopniach na minusie. Z drugiej strony, gdy ociepli się potem do minus 30 stopni, odczuwalnie jest tak ciepło, że można wyjść w krótkim rękawku. Niesamowite, jak ciało się przyzwyczaja do takich temperatur. Nie ma większych problemów z funkcjonowaniem organizmu do minus 40 stopni. Różnicę czuć poniżej minus 45 stopni. Ciekawe jest to, że między 25 a 30 stopni nie czuje się różnicy, a między 40 a 45 jest już ogromna.

— Można się jakoś na to przygotować?
— Nie da się. Tak naprawdę można się hartować i to nie zaszkodzi, ale odmrożenie można złapać w przeciągu minuty i nawet tego nie poczuć. Twarz staje się wtedy kredowobiała i następuje odmrożenie pierwszego stopnia. Twarz trzeba schować tak, że tylko oczy są widoczne. Skóra na twarzy jest zbyt wrażliwa i nie ma mowy o tym, żeby ją przyzwyczaić do tak niskich temperatur. Dodatkowo używałam chemicznych ogrzewaczy do rąk i nóg.

— Mówi się, że szczupłe osoby gorzej znoszą niskie temperatury. Ty ważysz niecałe 50 kg.
— Nie za bardzo mam porównanie, bo nigdy nie byłam większa (śmiech). Norwegowie mówią, że nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie. I ja się tego trzymam. Staram się być tak ubrana, żebym na tym mrozie mogła się jeszcze dobrze bawić. Braki w naturalnej warstwie tłuszczowej nadrabiam warstwą ubrań.

— Wróciłaś ponad miesiąc temu. Planujesz już kolejną podróż?
— Za 4 dni (rozmawiamy w środę 26 marca - red.) wyjeżdżam do Iranu i Turkmenistanu na rower w ramach projektu Rowerowe Jamboree. Potem w wakacje wracam na Alaskę. Zimą pewnie będę chciała wrócić w zimne tereny.

— Ciepłe miejsca są mniej atrakcyjne?
— Jeżdżę też w tropiki, głównie zawodowo, jako przewodniczka, więc w moich prywatnych podróżach nie brakuje mi tego. Zimne tereny to największe zainteresowanie i pasja, dlatego gdy mam wybór, wybieram zimno. Ale Afryka, Azja, Karaiby, to miejsca w których też bywam.

— Zaznałaś ekstremalnych temperatur. Polska zima musi być dla ciebie nieodczuwalna?
— To nie jest takie proste. Gdy jesteś w Polsce i jest minus 10 wydaje się, że będzie bardzo ciepło. Źle się ubierasz i marzniesz dużo bardziej niż w odpowiednim stroju przy dużym mrozie. Bywało już tak, że marzłam przy minus 5 stopniach bardziej niż przy minus 40, bo bagatelizowałam taki niewielki mróz.

— Nowy Rok przywitałaś na Jukonie. Podobno to była wyjątkowa noc.
— Ostatnie dwa miesiące podróży spędziłam w Terytoriach Północno-Zachodnich. To tam temperatury dochodzą do minus 50 stopni. Mieszkałam w miejscu oddalonym od najbliższej wsi o 100 km. Żeby tam dotrzeć trzeba było lecieć samolotem i wylądować na płozach na zamarzniętym jeziorze, dróg nie ma żadnych. Mieszkałam i pracowałam w schronisku. Miałam też mnóstwo czasu, żeby robić swoje pomniejsze wyprawy, na przykład parodniowe biegówki. Mieszkało nas tam 12 osób, taka nasza mała społeczność. Pięć minut przed północą pojawiła się zorza. Udało nam się zrobić zdjęcia zorzy i fajerwerków naraz. Było poniżej minus 40 stopni i alkohol zamarzał. To znak, że było już bardzo zimno...

— Lubisz polskie góry?
— Uwielbiam. Jestem z Krakowa. W góry mam godzinę, może dwie drogi. Gdy jestem w Polsce, bywam tam często, nawet w każdy weekend.

— Wolisz samotne wędrówki czy w grupie?
— Zazwyczaj jestem sama, ale nie zawsze. To nie jest tak, że mam jakąś obsesję, żeby wyjeżdżać na samotne wędrówki. Czasem po prostu nie mogę znaleźć kompana, bo jest za trudno, za długo, albo ktoś nie lubi zimy. Nie chcę nikogo ciągać na siłę, ani czekać nie wiadomo jak długo aż ktoś się znajdzie do towarzystwa. Wyjazdy samotne sprawiają mi frajdę, nie mam problemu z samotnością. Ale na przykład, teraz do Iranu, jedziemy w pięć osób. Czasem jeżdżę z chłopakiem, albo z przyjaciółką.

— Zdarzyło ci się żałować, że kogoś zabrałaś?
— Tak. Podróże wyciągają z ludzi cechy charakteru, które nie są widoczne na co dzień. Mogą to być to cechy bardzo dobre, takie jak odpowiedzialność, organizacja, zaradność, ale mogą to być tez cechy zupełnie inne. Osoba, która na co dzień jest dobrym kumplem, może zupełnie nie nadawać się do podróży. To kwestia niezgrania charakteru, konceptu wyjazdu, a nie tego, że ktoś był np. za słaby fizycznie. Kwestie wytrzymałościowe to sprawa drugorzędna.

— Podczas samotnych wypraw udaje ci się czegoś dowiedzieć o sobie?
— Zdarza się, że okazuje się, że istnieje jakaś granica, której nie mogę przekroczyć. Że więcej nie dam rady zrobić.

— Godzisz się z tym?
— Często tak, ale potem bywa, że okazuje się za dwa tygodnie, że jednak można zrobić coś więcej. W ten sposób sprawdzam siebie. Na Jukonie miałam takie momenty, że myślałam, że nie jestem w stanie zrobić nic bardziej ambitnego w swoim życiu. Teraz, gdy sobie tam poradziłam, jednak myślę, że to możliwe. Nauczyłam się, że nie warto czasem tych granic stawiać ostatecznie, bo wszystko może się zmienić.

— Osoby uzależnione od adrenaliny ciągle przesuwają tę granicę. W końcu to się musi skończyć się źle.
— Może nie aż tak, ale warto wiedzieć, kiedy powiedzieć dość. Na wyjazdach bywa ciężko. Zdarza się zmęczenie fizyczne, obciążenie psychiczne, z którym sobie trzeba poradzić. Albo przychodzą momenty, że nie jedzie się siłą mięśni, ale siłą umysłu, bo mięśnie już zwyczajnie odmawiają posłuszeństwa. Dlatego warto ten umysł trenować, bo potem pozwala nam więcej osiągnąć. Nie mam też potrzeby udowadniania czegokolwiek sobie czy innym. Te wyprawy pozwalają mi żyć w zgodzie z tym, co lubię. Dlatego realizuję kolejne pomysły, które przyznaję, mogą się wydawać coraz bardziej szalone.

— W jednym z wpisów na blogu opisujesz trudność, z jaką czasem wstajesz i opuszczasz namiot.
— Są dwa rozwiązania. Czasem przyjmuję, że to kryzys i uznaję, że wędrówka na siłę nie będzie mnie cieszyła i jest bez sensu. Wtedy odpuszczam. W innych sytuacjach, zwłaszcza jeśli wiem, że to bardziej marudzenie z mojej strony, mówię sobie: „Kamila, spinasz poślady i idziesz!”. Nigdy nie żałowałam, gdy już udało mi się zmobilizować. To jest potem nagrodzone: pięknym widokiem, satysfakcja. Dlatego to rozwiązanie wybieram najczęściej. Poza tym kryzysy nie są codziennością, tylko raczej wyjątkiem.

— Czy była wyprawa, o której możesz powiedzieć, że była początkiem twoich podróży?
— Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć. Pierwszy raz pojechałam do Afryki, gdy miałam 18 lat. To był wyjazd zorganizowany, żadna wyprawa. Ale dało mi to do myślenia. Jeszcze wcześniej, w liceum jeździłam na wielodniowe spływy kajakowe. To z kolei dało mi kopa do przygodowego spędzania wakacji. Było też harcerstwo. Podczas studiów jeździłam autostopem po Europie. Ochota na wyprawy kształtowała się naturalnie i stopniowo. Wszystkie te elementy doprowadziły do tego, że dziś mogę pojechać na pięć miesięcy do Kanady.

— Niedźwiedzie to w twoich opowieściach na blogu numer jeden. Jakie jeszcze stworzenia pojawiają się na twojej drodze podczas wędrówek?
— Wilki po wyprawie na Jukon stały się konkurencją dla niedźwiedzi (śmiech). Bywały takie dni, że codziennie widziałam wilki. Cały czas szłam za ich tropami. To piękne zwierzęta i niestety, tak jak niedźwiedzie, mają złą opinię. Uważane są za drapieżniki, które należy wystrzelać. Spotykałam rysie, chociaż nie było to łatwe, bo te zwierzęta unikają kontaktu z człowiekiem. Nigdy natomiast nie widziałam na żywo rosomaka. Bardzo chciałabym go zobaczyć, zwłaszcza, że tam, gdzie jeżdżę, one bytują. To zwierzęta nocne i raczej uciekają od ludzi, więc nie jest to łatwe. Oprócz tego lisy, lisy polarne, polarne zające. Ciekawe ptaki, na przykład sowy, orły. W Arktyce, na wybrzeżu Oceanu Arktycznego widywałam woły piżmowe.

— Zdarzają się niebezpieczne spotkania?
— Potencjalnie niebezpieczne. Spotkałam samicę niedźwiedzia z młodymi. Mama po jednej stronie, maluchy po drugiej. Nie pchałam się między nią a dzieci, po prostu poczekałam. Gdybym ruszyła, mogłabym oberwać. Poza tym, nigdy nie miałam żadnych sytuacji naprawdę nieprzyjemnych czy groźnych.

— Prowadzisz spotkania połączone z pokazami z podróży.
— Bardzo to lubię. To kontakt z żywymi ludźmi, pytania od nich. Chętnie daję się zapraszać, bo sprawia mi to przyjemność. Ludzie reagują entuzjastycznie, opowiadam o Alasce, Jukonie, Kamczatce, przyrodzie, zwierzętach. Nigdy nie miałam negatywnego odbioru z sali. Raczej gdy już ktoś przyjdzie na takie spotkanie, to nie w celu wypluwania jadu. Inaczej niż w internecie.

— Wierzyć się nie chce, że nawet ciebie to spotyka. Widziałam jednak, że ten hejt jest.
— Gdy ukaże się jakiś wywiad ze mną, zaraz za nim pojawiają tego typu komentarze. Podróżnicy masowo obrywają od takich komentatorów, nie tylko mnie to dotyczy. Wydawałoby się, że jeśli ktoś po prostu ma inny, pozytywny pomysł na życie i próbuje go realizować, to nie ma do czego się przyczepić. W internecie jest inaczej. Niektórzy mają ze mną problem, bo jestem kobietą. Sugerują, że to jedna wielka ściema i że na pewno nie dałabym rady.

— Dostaje ci się też za miłość do niedźwiedzi.
— Czytam na przykład coś takiego: „Jest głupia, pewnie zaraz zostanie przez nie zżarta. I dobrze jej tak”. Takie osoby nie rozumieją, że do tych zwierząt podchodzę bardzo ostrożnie. Niesłusznie jestem porównywana do Grizzy Mana, który żył z niedźwiedziami, dosłownie. Ten człowiek nie miał żadnych barier w kontaktach z niedźwiedziami. Ja je po prostu uwielbiam, czytam o nich, obserwuję i fotografuję. Ale nie zbliżam się do nich na niebezpieczną odległość, igrając z ich cierpliwością. Na przykład gdy widzę, że niedźwiedź niedawno był w danym miejscu, nie zostaję tam na noc. Wracając do tematu krytyki w internecie, nie rozumiem też dlaczego miałabym słuchać osób, które zostawiają jadowite komentarze, skoro osób w Polsce znających się na survivalu i niedźwiedziach jest naprawdę mało. Z tymi, którzy się na tym znają, mam kontakt osobisty i takich osób oczywiście słucham, tak samo jak np. rangersów na Alasce. A te pozostałe głosy mnie bawią. Jako dziennikarka w mediach internetowych, bo tak zaczynałam, uodporniłam się na „specyficznych” komentatorów. Nigdy mnie to nie to nie ruszało.

Rozmawiała Katarzyna Guzewicz

Kamila Kielar, urodzona w Krakowie niespełna 30 lat temu, skończyła dziennikarstwo i kreatywne pisanie na Uniwersytecie Jagiellońskim, podróżuje od kilkunastu lat, od 9 lat jeździ w tereny subpolarne i najchętniej tam wraca. Jest wielkim miłośnikiem przyrody, zwierząt i bushcraftu. Zawodowo pilotuje wycieczki, fotografuje i pisze o odwiedzanych miejscach. Prowadzi bloga, w którym występuje jako Bear Girl.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB