Wtorek, 23 kwietnia 2019. Imieniny Ilony, Jerzego, Wojciecha

Teraz jestem kuzynem Bolkiem w „Klanie”

2015-03-01 09:25:46 (ost. akt: 2015-03-01 09:32:41)

Autor zdjęcia: wikipedia.pl

— Przed zdjęciami do serialu spotykaliśmy się z Alicją Janowką, Andrzejem Szczepkowskim, Kazimierzem Rudzkim i Ireną Kwiatkowską. Oni mnie przystosowywali do pracy — wspomina aktor Krzysztof Janczar. Dzisiaj znany z roli kuzyna Bolka w „Klanie”, 50 lat temu z roli Pawła w popularnym serialu „Wojna domowa”.

— Spodziewał się pan, że "Ida" dostanie Oscara?
— Z tym przewidywaniem to jest tak, jak z wróżeniem z fusów. Nie wiadomo także, jak się rozłożyły głosy członków Akademii Filmowej. Pamiętam, że film „Olimpiada 40” (polski film wojenny z 1980 roku; Krzysztof Janczar zagrał w nim Andrzeja — red.) nie dostał nominacji do Oscara, ponieważ przegraliśmy ją niewielką liczbą głosów z filmem „Moskwa nie wierzy łzom” (film radziecki, który zdobył Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny — aut.). „Ida” to fantastyczny film, ale przed otwarciem koperty podczas tegorocznej gali nie można było niczego przewidzieć.

— Pytam dlatego, bo w jednym z wywiadów powiedział pan, że z kinematografią w Polsce jest tak samo jak z polska piłką nożną. Czyli wszyscy chcą oglądać, a nie ma komu grać.
— Tak powiedziałem? To teraz powiem panu tak: mieliśmy swoje wielkie momenty zarówno w piłce nożnej, jak również w filmie. Myślę, że w naszym kraju nie ma czegoś takiego, co by się nazywało biznesem filmowym. Trzeba mieć świadomość, że znakomity film powstaje z synergii talentów. To wszystko musi ze sobą współgrać: aktorzy, reżyseria, scenariusz, tło, muzyka. I wtedy możliwy jest sukces. W Polsce rynek filmowy jest jednak jeszcze słaby, chociaż ostatnio się wzmocnił i ludzie chodzą na polskie filmy. Jest kilka produkcji, które potrafią na siebie zarobić.

— Jak na przykład „Bogowie”, w których pan zagrał?
— Łukasz Palkowski jest takim reżyserem, dla którego po prostu chce się grać. On ma inspiracyjną moc, którą trudno nazwać.

— Lubi pan wspominać?
— Myślę, że tak. Mam dużo fajnych wspomnień, które przeżywam na nowo.

— No więc zacznijmy... W wieku 15 lat zadebiutował pan w serialu "Wojna domowa" Jerzego Gruzy jako Paweł Jankowski. Za zarobione pieniądze w serialu ponoć kupił pan sobie motorower?
— (śmiech) No tak, to prawda.

— To kupę pieniędzy pan zarobił!
— Oczywiście! Dzisiaj szanujący się artysta, który gra w serialu, może sobie kupić za jeden dzień zdjęciowy motorower. W latach 60. XX wieku takie były przeliczenia, ale jeśli chodzi o zarobki, to nie ma o czym mówić. Jednak przygoda z „Wojną domową” była niezwykła. Ostatnio spotkałem pana Jerzego Gruzę w dobrym humorze i zdrowiu. I przypomniałem sobie istotny początek mojej drogi artystycznej.

— To znaczy?
— Jerzy, mój mistrz, był moim pierwszym przewodnikiem w tym świecie. Razem ze wspaniałymi aktorami, z którymi mogłem się spotkać i się od nich uczyć. Przed zdjęciami mieliśmy spotkania z całą czwórką, czyli z Alicją Janowką, Andrzejem Szczepkowskim, Kazimierzem Rudzkim i Ireną Kwiatkowską. To oni przystosowywali mnie do pracy.

— A dziewczyny w szkole pewnie się w panu kochały?
— Kończyłem technikum, w którym byli sami chłopacy. Także nie jest to niestety opowieść o przemiłym ogólniaczku, w którym odbywały się prywatki i dziewczynki z klasy 10b podkochiwałyby się w chłopcu z klasy 10a.

— A poza szkołą?
— Wtedy w telewizji był tylko jeden program. I kiedy emitowano odcinek „Wojny domowej”, to faktycznie ulice się wyludniały. Popularność tego serialu była ogromna i absolutnie nieporównywalna. Dzisiaj rozkłada się to na różnego rodzaju programy i stacje telewizyjne. Miałem bardzo dużo objawów sympatii, ale byłem za smarkaty na poważne dziewczynki.

— Ale wąs już panu rósł pod nosem.
— Tak, tylko pytanie, czy poważna dziewczynka spojrzy na ulicy na takiego smarkacza.

— Pański ojciec Tadeusz Janczar był aktorem. Mama Elżbieta Habich m.in. inspicjentką teatralną. Nie mógł pan wybrać dla siebie innego zawodu.
— Tak sobie myślę, co ja bym porabiał w życiu, gdyby nie aktorstwo. I odpowiedzi na pytanie, co by było gdyby, nie ma. Rzeczywiście przygoda z „Wojną domową” mocno skierowała mnie w stronę aktorstwa i teatru. Przyznam, że mój wybór był podyktowany również tym, co się działo na zewnątrz. Świat był płaski, szaro-bury, trzeba było sobie stwarzać enklawy, szukać przyjemnych miejsc. Można było je znaleźć, ale trzeba było się o to postarać. Wtedy byłem na to za młody. Dopiero teraz to wiem i rozumiem. A w sztuce jak zwykle było kolorowo i fascynująco. Żyło się jak w jakiejś bajce. Takie były podstawy mojego rozwoju.

— To dlaczego wyjechał pan do Stanów Zjednoczonych w październiku 1981 roku?
— Bo Ameryka zawsze mnie fascynowała. Miałem tam przyjaciół, którzy mnie zaprosili i dzięki temu mogłem poznawać ten kraj. Po dwóch miesiącach w Polsce ogłoszono stan wojenny. W Stanach Zjednoczonych trochę już się zakorzeniłem i postanowiłem spróbować zawodu za oceanem.

— Był pan m.in. operatorem komputerów, pracował w magazynie, fabryce, był barmanem, remontował i budował domy. Prawdziwa szkoła życia.
— Tak zaczynała większość amerykańskich aktorów. Niestety, takie są tam realia.

— Za oceanem nie miał pan żadnej grupy wsparcia, jeśli chodzi o aktorstwo?
— Strzał w dziesiątkę. Bardzo celnie pan trafił w to, do czego przez kilka lat dochodziłem, żeby to wszystko zrozumieć. Rzeczywiście, nie miałem żadnej grupy wsparcia. Żyjemy w stadzie, w relacjach międzyludzkich. I kiedy tych relacji nie ma, to i my przestajemy istnieć. Ja jestem aktorem, pan jest dziennikarzem. A jak pojadę w świat, to okazuje się, że tym aktorem już nie jestem, bo nikt o tym nie wie. I można sobie tylko bajki opowiadać.

— Ale dopiął pan tam swego, jeśli chodzi o aktorstwo.
— No, tak…

— Zagrał pan m.in. żołnierza radzieckiego w „Polowaniu na Czerwony Październik”. Pańskie nazwisko znalazło się obok takich aktorów jak Sean Connery czy Alec Baldwin.
— To było rzeczywiście wysokie C w tej mojej amerykańskiej przygodzie. Do tego dodałbym jeszcze „Wiosenne wody” (film z 1989 roku w reżyserii Jerzego Skolimowskiego; oprócz Krzysztofa Janczara zagrali w nim m.in. Nastassja Kinski i Timothy Hutton — red.). W tamtym czasie na "Wiosenne wody" był przeznaczony jeden z największych budżetów filmowych w Europie. Kręciliśmy ujęcia w Pradze i Rzymie. Ale wracając, do tego, że byłem pozbawiony grupy — jak pan to nazwał — wsparcia ze środowiska aktorskiego... To m.in. dlatego nie potrafiłem tego wszystkiego rozwinąć. Mój kolega Stellan Skarsgård, który w „Polowaniu na Czerwony Październik” grał rolę porównywalną do mojej, potem wrócił do Szwecji. I tam umiejętnie rozdmuchano tę iskrę. Były tam osoby, które miały kontakty międzynarodowe, agencje reprezentujące poważnych artystów. I Stellan jest dzisiaj znanym, światowym aktorem. Miał chłopak szczęście.

— Nie miał pan nadziei, że i przed panem otworzy się ta droga?
— (chwila milczenia) Książka naszego życia składa się z różnych rozdziałów. A ten rozdział mojego życia już się „wyczytał”. Nie miałem już pomysłu na siebie, nie miałem pary, siły i radości. To była walka w samotności. Trudno mi o tym rozmawiać, bo jak się tego nie przeżyje, to trudno jest to zrozumieć.

— Wrócił pan do Polski. I do dzisiaj pan tu mieszka i pracuje.
— Wiele moich zawodowych przygód doprowadziło mnie do grania w różnych polskich serialach. To z kolei doprowadziło mnie do postaci kuzyna Bolka w serialu „Klan”. Przyznam szczerze, że to jedna z najmilszych moich postaci do grania. Jest dobrze napisana i daje mi ogromną satysfakcję. Słyszę miłe komentarze od widzów i cieszę się tym Bolkiem. Tyle.

— My, Polacy, jesteśmy — pana zdaniem — zakompleksionym narodem?
— Trudno powiedzieć. Prawdopodobnie jesteśmy tak samo zakompleksieni jak każdy inny naród. Mamy nasze plemienne problemy i świetnie je znany. Ale weźmy na przykład Holendrów, Duńczyków czy pełnych słońca Hiszpanów. I pomyślmy, że dostają takie same bęcki jak my, zaczynając od rozbiorów. I przeżywają likwidację państwowości, pierwszą i drugą wojnę światową, która totalnie przetrzebiła Polaków. Plus do tego pięćdziesięcioletni bezsens komuny, która zniszczyła państwo obywatelskie. Niech mi pan powie, jaki naród przetrzymałby to lepiej od nas? Uważam, że ostatnie 25 lat to fenomen i przykład na to, że potrafimy sobie dawać radę. To nic innego jak powód do dumy. Myśmy to sami sobie wywalczyli. Kilku rzeczy jeszcze nie umiemy i nie rozumiemy, ale będziemy się ich uczyli.

— Po Euro 2012 przez długie miesiące mówiliśmy o tym, że wszyscy są nami zachwyceni. Tak samo jest teraz, po Oscarze dla "Idy". Przeczytałem ostatnio komentarz, że „Oscarem będziemy się podniecać przez trzy miesiące, co jest dowodem na nasze kompleksy”.
— Nie wszystkie komentarze są mądre. Tak samo jak są głupie pytania i głupie odpowiedzi. I uważam, że ten komentarz jest głupi. Bo teraz tak, jeżeli pan zaprasza kogoś w gości, to chce się pan przygotować do wizyty jak najlepiej. Chce pan, żeby goście dobrze czuli się u pana. Przecież nie chcielibyśmy komentarzy, typu: „Ale wiocha, ale świństwo, co on dał, wódka za ciepła, psy szczekają, telewizor gra za głośno”. Dobrze, może o miesiąc za długo chwaliliśmy się Euro. Ale zaprosiliśmy świat do siebie i się postaraliśmy. I byliśmy zadowoleni i dumni. Mistrzostwa świata w siatkówce również zorganizowaliśmy fantastycznie i jestem przekonany, że przyszłoroczne mistrzostwa świata w piłce ręcznej także zorganizujemy świetnie.

— Cieszymy się, bo przez wiele lat takich rzeczy nie robiliśmy, więc musimy światu pokazać, że potrafimy to zrobić.
— Dokładnie. I tak samo jest z „Idą”. Bardzo się cieszę z tego sukcesu. Powody do dumy mamy słuszne. I może ona spowodować, że inni młodzi Polacy uwierzą w siebie.

— No to dziękuję za rozmowę.
— To teraz ja pana wypytam.

— Proszę bardzo.
— Czy teatr w Olsztynie został już wyremontowany?

— Tak, półtora roku temu.
— To super!

— A co, wybiera się pan do Olsztyna ze spektaklem?
— To przemiłe miejsce. Jesteśmy z Januszem Kijowskim kolegami, pracowaliśmy razem. Znamy się i lubimy. Byłem w Olsztynie jako widz na ostatnim spektaklu „Mistrza i Małgorzaty” przed remontem teatru. Dzień później wjeżdżały tam buldożery. Mój tata też przez chwilę grał w Olsztynie. Widziałem zdjęcie taty na ścianie waszego teatru. Jak mnie dyrektor zaprosi, to z wielką przyjemnością do was przyjadę. Fajnie by było...

Mateusz Przyborowski


Autor cytatu: O nim

Krzysztof Janczar urodził się w 1950 r. w Warszawie. Syn aktora Tadeusza Janczara (1926-1997). Jego macochą była aktorka Małgorzata Lorentowicz. W wieku 15 lat stał się znany dzięki roli Pawła Jankowskiego w serialu „Wojna domowa”. Za rolę Tomka „Bicza” Maliniaka, byłego więźnia, który staje na czele bandy gitowców w filmie Mieczysława Waśkowskiego „Nie zaznasz spokoju” (1977), otrzymał Srebrną Plakietkę na 5. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku. Aktor Teatru im. C. K. Norwida w Jeleniej Górze (1974-75) i Teatru Narodowego (1978-81). W 1981 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Zagrał tam m.in. niewielką rolę rosyjskiego żołnierza w filmie sensacyjnym „Czerwony Świt ”(1984), dzięki której dostał się do związku zawodowego aktorów. Inne role filmowe i serialowe w Stanach Zjednoczonych: radziecki żołnierz w „Polowaniu na Czerwony Październik” (1990), agresywny agent KGB w „Mike'u Hammerze”. Wystąpił też w „Locie Świerkowej Gęsi” (1985).
Źródło: Filmweb.pl
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB