Niedziela, 18 listopada 2018. Imieniny Klaudyny, Romana, Tomasza

Klej do piłki jak pasta do zębów

2015-02-21 15:30:37 (ost. akt: 2015-02-21 15:20:14)

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

— Miałem kiedyś rozbite dwa łuki brwiowe. Jeden rozwaliłem we wtorek na treningu, drugi w sobotę na meczu. Niech pan sobie wyobrazi, jak wyglądałem jadąc w niedzielę z córką do kina. Jak bandzior — mówi Marcin Malewski, piłkarz ręczny Travelandu Olsztyn, który zajął 2. miejsce w 54. Plebiscycie na Najpopularniejszego Sportowca Warmii i Mazur.

— Widziałem, że trochę pana przytkało, kiedy na naszym Balu Sportu wywołano pana do odebrania statuetki w trzeciej kategorii.

— Nie trochę, tylko po prostu zatkało. Jak powiedział pan Artur Dryhynycz (szef działu sportowego - red), zatkało kakao. Naprawdę nie spodziewałem się tego, byłem przekonany, że zostałem zaproszony wyłącznie ze względu na konkursy sms-owe.



— Pana żona pewnie cieszy się, że ma w domu gwiazdę.

— Nie rozpatrujemy tego w takich kategoriach. To bardzo fajna sprawa, że mam tylu sympatyków, kibiców, że piłka ręczna w Olsztynie i całym regionie jest bardzo popularna. Z tego się chyba bardziej cieszę, a bycie gwiazdą? Ja się taką nie czuję, gwiazdą to jest Cristiano Ronaldo.



— Chwila chwila. Ronaldo jak się rozstrzela, to zdobędzie w meczu trzy gole, ale jak pan ma dzień, to może rzucić z dziesięć.

— Tak, ale on wyjściem na jeden mecz Ligi Mistrzów zarobi tyle, co ja przez całe życie. I nie musi się martwić o stronę finansową, byt swojej rodziny.



— To dlaczego wolał pan rzucać piłką niż ją kopać?

— Piłka ręczna pojawiła się z tego względu, że w Szkole Podstawowej nr 27 nieparzyste roczniki grały w siatkówkę, a przy parzystych tworzono klasy sportowe o profilu piłki ręcznej. No i akurat trener przychodząc na lekcję w-f do każdej klasy czwartej, patrzył kto jest dobrze rozwinięty motorycznie na tyle, aby mógł w tą ręczną grać. Znalazłem się w gronie bodajże 35 osób. I zostałem w tym sporcie jako jedyny z mojego rocznika.



— Czyli można powiedzieć, że dyscyplinę wybrali panu nauczyciele poprzez swoje dziwaczne zasady?

— To był też duży zbieg okoliczności, bo gdybym był rocznikiem 1983, to pewnie grałbym w siatkówkę. Chociaż w podstawówce próbowałem swoich sił także w Stomilu Olsztyn. Byłem na kilku treningach, ale niestety nie zostałem aż tak bardzo zainspirowany tym całym szkoleniem i przykładaniem się trenera do młodzieży. A naprawdę bardzo dużo chłopców chciało grać kiedyś w nogę, bo Stomil był potęgą. Pamiętam, że na jednym z treningów było nas pewnie z czterdziestu. Nieco inaczej to jednak sobie wyobrażałem, niż bieganie w takiej gromadzie po boisku żużlowym.



— Piłka ręczna jest sportem bardziej kontaktowym niż nożna, gdzie wielu zawodników co chwilę zwija się z bólu, wymusza karne. Wasz sport nie jest dla leszczy?

— Dobrze pan mówi, nie dla leszczy. Od niedawna coraz więcej osób ogląda ręczną przez sukcesy naszych reprezentacji mężczyzn oraz kobiet i da się usłyszeć opinie, że nasz sport jest brutalniejszy nawet od... rugby. W ręcznej naprawdę trzeba mieć zdrowie i charakter, żeby próbować zatrzymać chociażby takich zawodników jak Michał Jurecki czy Piotr Grabarczyk.



— Pan jako skrzydłowy ma od czasu do czasu na boisku chwilę oddechu, ale jak patrzy się na grę obrotowych — którzy mają najbardziej przechlapane — to aż kości bolą siedząc nawet przed telewizorem.

— To prawda, dlatego częstsze zmiany zawodników dotyczą właśnie środka obrony, gdzie potrzeba większego wysiłku fizycznego. Na skrzydle trzeba przede wszystkim być szybkim i skutecznym, chociaż czasami też trzeba zejść do środka, minąć dużego zawodnika i rzucić. Tak już jest, że w ręcznej im się jest większym, tym jest łatwiej.



— Moją karierę w piłce ręcznej zakończyło zerwanie ścięgien w palcu podczas zawodów międzyszkolnych. Pan miał dużo kłopotów zdrowotnych?

— Obecny sezon jest dla mnie trochę pechowy. W styczniu złamałem kciuka, a wcześniej w listopadzie miałem zmiażdżoną krtań. Tak mocno, że spędziłem pięć dni w szpitalu. Z kolei dwa lata temu — kiedy grałem jeszcze w Elblągu — miałem rozwalone dwa łuki brwiowe.



— Krtań, dwa łuki brwiowe — jak solidnie obity bokser.

— No właśnie (śmiech). Jakby tego było mało, to jeden łuk miałem rozwalony we wtorek na treningu, a drugi w sobotę na meczu. Niech pan sobie wyobrazi, jak wyglądałem jadąc w niedzielę z córką do kina. Trochę jak bandzior.



— Może zabrzmi to brzydko, ale te kontuzje i tak są niczym w porównaniu z przypadkiem Karola Bieleckiego, który gra bez jednego oka. Wyobrażał pan sobie siebie na jego miejscu?

— Każdy z nas, piłkarzy ręcznych, próbował wczuć się w taką sytuację zamykając jedno oko. Przede wszystkim, kiedy naprawdę nie masz tego oka, musisz zmienić całą swoją koordynację, poruszanie się po boisku. Chociaż co ja tu mówię o boisku, taka osoba musi na nowo nauczyć się poruszania w zwykłym życiu. Przypadek Karola to dla mnie super sprawa pokazująca, jak silny trzeba mieć charakter. Przypuszczam, że niejeden piłkarz nożny pewnie by się z tego nie otrząsnął i skończyłby karierę. Ale nie Karol. Zaznaczam, że jest on zresztą z mojego rocznika, więc trzymamy się mocno.



— Zanim wrócił pan do Travelandu Olsztyn, grał pan w Elblągu. Oba miasta nie lubię się za specjalnie...
— Powiem panu, że odczułem to, ale tylko w Olsztynie przyjeżdżając tu na mecz ligowy z drużyną z Elbląga. Na spotkaniu było takich dwóch mężczyzn, którzy odstawili niezły numer, chociaż zawsze uważałem ich za odpowiedzialnych i mądrych gości. Wywiesili na małej trybunie transparent z napisem „Kto gra dla Elbląga, ten (...) drąga” czy coś takiego. Wiadomo dla kogo to było. Zdziwiłem się, że zrobiło to akurat tych dwóch facetów, którzy wcześniej zawsze przybijali mi piątki, gratulowali za mecz. No, ale to są tylko ludzie, w każdym mieście ktoś taki się znajdzie. W Elblągu takich historii nie było, ale tam jest nieco większa tradycja piłki ręcznej. Na mecze przychodzą ludzie chcący obejrzeć piłkę ręczną, mało jest takich wulgarnych tekstów.



— Ciężko było w ogóle odchodzić wtedy z Olsztyna do Elbląga?

— Ciężko. Całe otoczenie olsztyńskie zawsze mówiło, że Marcin nigdy nie odejdzie, bo gdzie on ma się wybrać. Tym bardziej, że teraz mu się córka urodziła, ma tu mieszkanie, no i gdzie on pójdzie. A w życiu — mówili. Ale w końcu po rozmowach z działaczami z Elbląga podpisałem kontrakt. Pamiętam, że jeszcze w lipcu przed rozpoczęciem sezonu zadzwonił do mnie prezes Warmii Olsztyn pytając, czy może jednak się dogadamy. Powiedziałem, że jest już trochę za późno. Ludzie byli strasznie zaskoczeni, że Maleś jednak gdzieś odszedł. Być może dobrze się jednak stało, że chociaż ten jeden rok pograłem poza Olsztynem, bo przez to zaczęto na mnie patrzeć jak na bardziej wartościowego zawodnika, którego chcą też w innych drużynach.

 No i z Elbląga miałem bliżej nad morze (śmiech).


— Popularność piłki ręcznej nakręcają ostatnie sukcesy reprezentacji. Siedząc przed telewizorem i oglądając te mecze nie jest pan nieco zawiedziony, że chociaż gra na całkiem wysokim poziomie, to nigdy nie dane było panu zagrać z orzełkiem na piersi?

— Gra w reprezentacji zawsze była moim marzeniem, jak pewnie każdego sportowca. Ale odkąd gram także w piłkę ręczną plażową, patrzę na to nieco inaczej. W pewnym momencie zostałem bowiem powołany do reprezentacji seniorów, przez co byłem na mistrzostwach Europy w Chorwacji. Trochę się przez to spełniłem i pogodziłem się z tym, że już nigdy nie wystąpię w kadrze halowej. Jestem zadowolony, że mogłem wystąpić z orzełkiem na piersi chociaż na plaży. Doceniam to.



— Przy okazji ostatnich mistrzostw świata w Katarze dużo mówiło się o przynależnościach do barw narodowych. Pewnie wie pan, o czym mówię.

— Oczywiście o pieniądzach.



— Takie produkty handlowe, jakim była na tej imprezie reprezentacja Kataru, której większość zawodników pochodziła z innych krajów, zabijają sport?

— Aż tak bardzo chyba nie, bardziej raził sposób w jaki Katar odniósł sam wynik. Sędziowie mogą pomylić się raz, drugi czy trzeci, ale nie przez cztery mecze z rzędu. Było widać, że sędziowie gwiżdżą pod gospodarzy, chociaż trudno było ich nawet nazwać gospodarzami. To było niesmaczne. A to, że ktoś w katarskim prawie wprowadził zasadę przyznawania paszportu na pewien okres, co umożliwiało grę dla reprezentacji? Z drugiej strony może być to w pewnym sensie dobre z perspektywy propagowania tego sportu na całym świecie.



— Niech pan sobie więc wyobrazi, że jestem szejkiem i przyjeżdżam do Olsztyna. Daję panu dwa miliony euro i samochód, ale pod warunkiem, że zostanie pan moim Katarczykiem. Co pan na to?

— Na dzień dzisiejszy, gdybym miał karierę taką jaką miałem? Wiedząc, że nie mam szansy zagrać w swojej reprezentacji, zgodziłbym się na Katar.



— I nie wytnie pan tego podczas autoryzacji?

— Nie, bo tak jak mówię, gdybym miał zamkniętą drogę do swojej reprezentacji i przyjechałby do mnie szejk, powiedziałbym „tak”. Inaczej było oczywiście chociażby w przypadku Marcina Lijewskiego, który miał taką propozycję i ją odrzucił, ponieważ grał już wcześniej z orzełkiem na piersi. Ja w swojej sytuacji pewnie chciałbym jednak podjąć taką przygodę. Dla mnie byłaby to jak "szóstka" w totka. 



— W MŚ w meczu z Hiszpanią do dogrywki doprowadził gol Michała Szyby rzucony w ostatniej sekundzie meczu. Każdy piłkarz ręczny marzy o takiej chwili?

— Wydaje mi się, że tak. Szyba dostał szansę już w meczu z Katarem, a w meczu o brązowy medal fajnie się złożyło, że akurat on wszedł za Rojewskiego, trafił w stu procentach z formą i rzucił tak ważną bramkę. Jego kariera i wiara we własne umiejętności na pewno teraz osiągną wyższy poziom.



— Trafił pan kiedyś w ostatniej sekundzie meczu?

— Kiedyś udało mi się rzucić bramkę już po czasie z rzutu wolnego. Stałem na dziewiątym metrze, przede mną zawodnicy utworzyli murek, ale i tak trafiłem. To było jednak jeszcze w czasach juniorskich. Jeśli dobrze pamiętam, tamta bramka dała nam chyba zwycięstwo.



— Na koniec chciałbym zapytać o... klej do piłki. Zawsze się zastanawiałem, dlaczego przyklejacie go sobie akurat do butów?

— To proste. Gdybyśmy trzymali klej przy ławce, byłoby do niego kawał drogi. A na to nie ma czasu, bo ciągle biegnie jakaś akcja. Dlatego najlepszym rozwiązaniem jest trzymanie kleju na bucie, bo tam nie obkleisz ani siebie, ani innych wkładając im ten klej do oka. Niektórzy trzymają go jeszcze na zewnętrznej części dłoni, ale wtedy wszystko wokoło się brudzi. A jak jest na bucie, to „pyk”, szybko sięgnie się i piłeczka trzyma się jak należy.



— Kupuje pan klej, czy może jakaś własna receptura?

— Jest specjalny produkowany przez profesjonalną firmę. Normalnie kupujemy klej do ręcznej, tak jak pan kupuje pastę do zębów. 




Rozmawiał Rafał Bieńkowski

O NIM

Marcin Malewski urodził się 1 maja 1982 w Olsztynie. Piłkarz ręczny grający na pozycji skrzydłowego. Obecnie reprezentujący barwy Travelandu Olsztyn. W przeszłości występował także w zespole KS Meble Wójcik Elbląg. W 54. plebiscycie "Gazety Olsztyńskiej" na 10. najpopularniejszych sportowców województwa zajął 2. miejsce. Poza tym w został wybrany najpopularniejszym sportowcem (głosowanie sms) oraz najpopularniejszych sportowcem Olsztyna.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB