środa, 27 maja 2020. Imieniny Amandy, Jana, Juliana

Gest za gest, gniew za gniew

2015-01-11 12:08:19 (ost. akt: 2015-01-11 11:45:23)

Autor zdjęcia: Agnieszka Kielak

— Jeśli mogłam być wokalistką zespołu Europe, to mogę wszystko — mówi Joanna Kondrat. Pochodząca z Bartoszyc piosenkarka i autorka w 2012 roku wygrała Debiuty na festiwalu w Opolu. Teraz przygotowuje się do premiery swojej drugiej, autorskiej płyty.

— "Gest za gest, gniew za gniew" (utwór Joanny Kondrat z płyty "Karma"). Wierzy pani, że to, co dajemy od siebie, później do nas wraca?
— Jesteśmy odpowiedzialni za nasze decyzje, które wywołują szczęścia i nieszczęścia do odpowiedzi. Łatwiej wprawdzie przypisać sprawstwo pechowi lub złemu losowi niż własnej głupocie. Nie uciekam od odpowiedzialności i konfrontuję się ze skutkami własnych decyzji. Mam do losu podejście zadaniowe. Kiedy jadę na wakacje, robię listę rzeczy, które chcę ze sobą zabrać. Tak samo planuję przyszłość. Mogę mieć żal do siebie, jeśli nie wszystko zapisałam na kartce albo, co gorsza, jeśli świadomie kilka punktów pominęłam. Jedyną przestrzenią, nad którą mam niepełną kontrolę, i pracy której nie lubię planować, jest serce. Zdarzyło mi się mu radzić, ale słono za to zapłaciłam. Jestem dziś karnym słuchaczem swjego serca — lepszego niż ja doradcy (śmiech).

— Pytam oczywiście, bo "Karma" to tytuł pani nowej płyty. Jej premiera była zapowiadana na jesień 2014 roku. Co się stało?
— Przesunęła się w czasie. Materiał jest w zasadzie gotowy, jego sporą część zrealizowaliśmy rok temu. Postanowiliśmy jednak popracować jeszcze chwilę nad brzmieniem. Koncertujemy, sprawdzamy się, stajemy się. W międzyczasie zmienił się skład zespołu, pojawiły się też nowe przemyślenia. Postanowiliśmy poszukać jeszcze chwilę w sobie. Myślę, że światu nic się nie stanie, jeśli odroczymy tę strawę. Nauczyłam się już, że nie warto się siłować z losem, bo nie wychodzi z tego nic dobrego.

— Pani pierwsza autorska płyta "Samosie" to album bardzo osobisty i emocjonalny. Jak w tej kwestii będzie z "Karmą"?
— Jest inna. Dojrzalsza i bardziej świadoma, jak ja dziś. Złe i dobre decyzje, a w ślad za nimi radości i dyskomfort sprowokowały mnie do przemyśleń, do których nie byłabym skłonna przed rokiem. Sporo materiału dopisałam już po terminie planowego wydania albumu. To najlepsze poświadczenie tego, że dobrze zrobiliśmy, nie eksponując się przedwcześnie. „Samosie”, moja pierwsza płyta, miała dla mnie moc terapeutyczną, właściwie pisałam ją przez 28 lat. Nie myślałam wówczas o odbiorcach, zamykałam moje i tylko moje emocje w utworach. Druga płyta jest o wiele bardziej świadoma. Zawarte na niej treści przepuszczam przez sito, bardziej troszczę się o słuchacza. Jest w niej więcej ogólnych prawd i przemyśleń na temat świata. Zachęcam słuchacza do wejścia w polemikę. Przerwa pomiędzy pierwszą a drugą płytą była mi bardzo potrzebna. Praktycznie musiałam zacząć wszystko od nowa, testowałam siebie, uczyłam się... Trzy lata to niewiele czasu na edukację muzyczną i życiową.

— Nieco ponad miesiąc temu otrzymała pani nagrodę specjalną w plebiscycie Stowarzyszenia Senne Marzenie Anioł Roku 2014. To chyba właśnie dowód istnienia karmy?
— Ogromnym przywilejem jest móc być widzialną. Wszyscy jesteśmy w jakiś sposób samotni w tym, co robimy. Niewidzialność, jeśli doskwiera nam zbyt długo, sprawia, że odpuszczamy. Jak długo można się wygłupiać i przebierać za mówcę, skoro uszu nie widać? Wiem, że to, co robiłam przez ostatnie trzy lata było bardzo niszowe. To była zabawa dla upartych, cierpliwych i zaawansowanych w szukaniu. To, jak ktoś powiedział, „wprawdzie wysiłki przerastają pani zyski, ale jeszcze dwa skrzyżowania i we mgle dostrzeże pani światła samochodu” (śmiech). Dla mnie to wspaniałe! Miałam w swoim życiu szczęście do ludzi, którzy wierzyli, kiedy nic nie wskazywało, że coś z tego będzie. Mówili, że będą obok, kiedy inni baliby się to zrobić. To swoją drogą, ogromna odpowiedzialność wobec organizatorów tego plebiscytu. Wykazali ogromne zaufanie i wiarę, że nie zmienię kierunku, nie przepadnę. Ja to wiem, ale oni nie mogli mieć pewności.

— Nawiązując do niszy, o której pani mówi, w jednej z recenzji dotyczącej pani twórczości przeczytałam, że nie jest łatwo na panią Joannę trafić, bo żeby panią znaleźć, trzeba poszukać głębiej. Chowa się pani, czy unika zbytniego rozgłosu?
— Zwykle bardziej namawiam nie do tego, żeby znaleźć mnie, ale żeby znaleźć się ze mną. A żeby znaleźć, trzeba chcieć szukać. Ten czasownik już zakłada udział ciężkich sprzętów i woli (śmiech). Istotnie, niełatwo jest trafić na mnie fizycznie. Nie widać nas grających w restauracjach i barach. Bardzo starannie wybieramy sale koncertowe i kontekst, w którym nasza muzyka się sprawdzi. Nie ułatwiam też tekstowo, lubię metafory i nie przepadam za dosłownością. Żeby mnie zrozumieć, trzeba chcieć ze mną pobyć (śmiech). Od celu ważniejsza była i jest dla mnie droga. Zachęcam słuchaczy do przejścia jej razem ze mną. Moja pierwsza płyta nie była łatwa pod tym względem, kolejna również taka nie jest.

— Wracając do Anioła Roku, za co dostaje się takie nagrody?
— Otrzymałam ją za wysokie wartości artystyczne, osiągnięcia, dorobek kulturalny i całokształt pracy. To pierwsza taka nagroda w historii tego plebiscytu. Podczas wręczenia nagród miałam przyjemność stać obok organizacji, fundacji i ludzi czyniących dobro, którzy pomagają innym bezinteresownie i są przy tym niewidzialni. Piękni ludzie, obecność wśród których była dodatkową nominacją.

— Inną ważną dla pani nagrodą to pierwsze miejsce w opolskich Debiutach w 2012. Nagroda znana, prestiżowa i zobowiązująca. Odbierając ją, czuła pani ten ciężar?
— W tamtym czasie jeszcze tego nie rozumiałam. Budowanie własnej tożsamości to bardzo długa droga. Taka nagroda może, ale nie musi jej skracać. Wszystko zależy od wartości i założeń, jakie nam przyświecają. Kiedy wchodziłam na rynek muzyczny, nie znałam nikogo z branży. Gdyby nie zaufanie Marka Niedźwieckiego, który zresztą sporo ryzykował, nominując właśnie mnie, nie znalazłabym się w konkursie. Schodząc ze sceny, pytałam: „To ja jestem teraz Anną Jantar? Teraz wszystko się zmieni?” Nic się jednak nie zmieni samo. Tylko ciężka praca może coś zmienić. Karolinka dała mi sporo siły.
Po wygranej na chwilę poczułam nadnaturalny przymus stania się „kimś bardziej”. Ale to była chwila. Chciałam zaprezentować się tak, jak według mnie należy prezentować się na scenie, powiedzieć „nie” fajerwerkom jako alternatywie dla prezentacji muzycznej. Mogło być różnie, ale — jak widać — nie tylko ja tęsknię za spokojem i kulturą prezentacji.

— Jednym z najważniejszych projektów w pani karierze jest też "Chopin. Powroty". Nie bała się pani zetknięcia z jednym z najwybitniejszych polskich kompozytorów?
— To było najtrudniejsze zadanie muzyczne, jakie kiedykolwiek przede mną postawiono. Byłam przerażona. Blokowałam w ten sposób potencjał swój i projektu. W tym punkcie zrozumiałam dosadnie, jak wielką siłę ma nasza podświadomość i że jedyne, co stoi mi na przeszkodzie, to ja sama. Musiałam zdecydować, kim mam być. Czy śpiewając Chopina, wolno mi być Joanną Kondrat? A może mam być postacią wykonującą jego repertuar? Gdyby nie osobowość, przestrzeń myślenia Macieja Tubisa, który zainicjował ten projekt, nie znalazłabym w sobie być może siły, aby poprowadzić wokalistykę we własnym kierunku. To trudna i zuchwała decyzja. Wiele jej zawdzięczam. Nie wiem, co by było, gdyby nie Chopin.

— Pochodzi pani z Bartoszyc. Trudno było pani przebić się z niewielkiego miasta?
— Moje pochodzenie to solidny fundament wewnętrznego kodeksu, który tworzy nie tylko Joannę prywatnie, ale i współpracownika, rozmówcę, autorkę, artystkę. Być może na pewnym etapie rozwoju zabrakło mi w Bartoszycach oferty muzycznej korespondującej z moimi potrzebami, miałam za to coś zupełnie większego. Ogromne wsparcie, zrozumienie i miłość. Dzięki temu nie przepadłam dotąd w bojach. Na każdym kroku mogłam liczyć na współpracę. Dom Kultury, Urząd Miasta, nauczyciele, Galiny — nie wiem, czy ci ludzie zdają sobie sprawę, jak bardzo wielki udział mieli w tworzeniu... potwora (śmiech). Siła, którą otrzymałam w moim bartoszyckim mikrokosmosie, pozwoliła mi odnaleźć się w skali makro. Odwaga i wytrwałość, brak lęku przed podejmowaniem decyzji — bartoszycki fragment mnie. Nie do przecenienia.

— Poza tym, że jest pani artystką, autorką, to w życiu prywatnym również mamą. Trudno jest łączyć karierę muzyczną z macierzyństwem?
— Każde z tych zadań: bycie mamą i artystką ma zupełnie inny kolor. Łączenie niektórych odcieni rodzi szarość, jej niebezpieczny odcień. Marzenia są tam, gdzie jest wolność. A wolność, to nie zawsze bezpieczeństwo, a już na pewno nie stabilizacja (śmiech). Połączenie tego, czego potrzebuję ja i mój synek, bywa niełatwe. Mam w sobie fragment dziecka i właśnie to pozwala mi tworzyć i marzyć. Bycie mamą wymaga niekiedy matematycznego porządku. Stabilizacja vs. wolność. Dusza marzycielki vs. gotowanie zupy. Kluczem do wszystkiego jest miłość i szacunek. Do siebie i otoczenia.

— Co to jest "Istofajociamciam"? Podobno to utwór, który dość często śpiewała pani w dzieciństwie...
— (śmiech) To najbardziej znany utwór zespołu Europe — "It's The Final Countdown". Brałam w rękę dezodorant mamy, na głowę zakładałyśmy z moją o siedem lat starszą siostrą rajstopy i grałyśmy swoje pierwsze koncerty przed lustrem. Czasami kłóciłyśmy się, kto będzie frontmanem, a kto zagra na gitarze. Z perspektywy czasu stwierdzam, że jeśli mogłam być wokalistą zespołu Europe, to mogę wszystko!

Nina Ramatowska

Joanna Kondrat - jest wokalistką i autorką tekstów. Urodziła się w 1982 roku w Bartoszycach. Jest laureatką m.in. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie, Przeglądu Piosenki Autorskiej w Warszawie, Ogólnopolskiego Studenckiego Festiwalu Piosenki Turystycznej Yapa w Łodzi, Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Poetyckiej w Oleśnie, Festiwalu Twórczości Marka Grechuty „Korowód", festiwalu Łagodne Spotkania Muzyczne — Muzyka i Środowisko czy festiwalu Bieszczadzkie Anioły. W 2012 zdobyła główną nagrodę konkursu Debiuty na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Na tym samym festiwalu uhonorowano ją nagrodą specjalną Programu Trzeciego Polskiego Radia. Od 2009 roku we współpracy z Filharmonią Łódzką współtworzy projekt "Chopin. Powroty", gdzie wspólnie z Maciejem Tubisem prezentuje utwory Fryderyka Chopina w jazzowych aranżacjach. W 2011 roku wydała autorską płytę „Samosie”, wyprodukowaną przez Pawła „Bzima” Zareckiego. Na płycie występują m.in. Robert Szydło, Maciej Tubis, Marcin Lamch, Krzysztof Napiórkowski i Kamil Barański. Większość tekstów napisała Joanna Kondrat.
Źródło: Wikipedia

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także